Wspomnienia ze zjazdu do kopalni

 

 

 

Mój zjazd do inowrocławskich głębin solnych.


23 kwietnia 1986 rok.

 

Wspomina Zenon Mazur.

Kilka zaledwie minut brakowało do godziny dziewiątej, kiedy stanąłem przed biurowcem dyrekcji Inowrocławskich Kopalń Soli im. B. Krupińskiego w Inowrocławiu.

 

Przed portiernią czekał już na mnie mój kolega z dawnych, gimnazjalnych lat - Tadeusz Szczepański (zdjęcie obok), nadsztygar górniczy, pochodzący z jednej z wielu inowrocławskich rodzin górniczych.

Udajemy się do sztygarówki. Tutaj przebieram się. Zakładam ubranie robocze, buty gumowe, wkładam na głowę czerwony kask.

Dowiaduję się przy tym, że kaski obowiązkowo wszyscy zjeżdżający pod ziemię wkładać muszą dla ochrony przed ewentualnymi urazami głowy, i tak: osoby do dozoru - białe, mechanicy - niebieskie, elektrycy - żółte, a także i goście kopalni - właśnie czerwone.

Opuszczamy sztygarówkę. Idziemy do lampiarni. Stoją tu szeregowo ustawione lampy, każda z nich jest ponumerowana. Mechanik obsługujący lampiarnię wręcza mi pokrowiec na akumulator, przewód elektryczny i gałkę zasadniczej lampy. Otrzymujemy też pochłaniacz ucieczkowy. Przewodnik udziela instruktażu obsługi lampy. Dokonujemy wpisu do książki zjazdu. Otrzymujemy numerki kontrolne.

Udajemy się teraz na nadszybie szybu "Solno II" (zdjęcie poniżej).

Zdjęcie wykonane po likwidacji kopalni

Sygnalista i mój przewodnik wymieniają pozdrowienia górnicze: "Szczęść Boże !". Usłyszę je wiele razy pózniej w trakcie podziemnej wędrówki, dołączać będę również i moje pozdrowienia: "Szczęść Boże!". Po oddaniu sygnaliście numerków kontrolnych wchodzimy do klatki. Sygnały - dzwonki przekazywane przez sygnalistę do maszynisty zawiadamiają o zjezdzie ludzi na dół, do kopalni.

Zjeżdżamy pół kilometra pod nasze miasto z prędkością 4 metrów na sekundę. "Ucieka" mi podłoga spod nóg, czuję zwiększające się ciśnienie, szum w uszach. Jest ciemno, zapalamy latarki. Po upływie około dwóch i pół minut znajdujemy się na poziomie czwartym kopalni, 524 metry pod powierzchnią ziemi. Uderza mnie duża ilość sygnałów akustycznych i optycznych. Sygnalista obsługujący podszybie otwiera furtkę. Wchodzimy. Udajemy się do kopalni. Z piskiem i zgrzytem zarazem otwierają się metalowe drzwi tamy wentylacyjnej. Palą się lampki. Wchodzimy w kolorowe wyrobisko.

Nie bardzo wiem, w którą stronę patrzeć. Ledwo do mojej świadomości dochodzą słowa nadsztygara-przewodnika: "Znajdujemy się w cechsztyńskiej formacji solnej pod Inowrocławiem. Struktura ta powstała dwieście milionów lat temu. Jest to podziemna góra solna o wysokości około sześciu kilometrów, na której szczyt zatrzymał się na wysokości stu dwudziestu metrów od powierzchni ziemi".

Próbuję, choć "idzie" mi to z ogromnym trudem, przyswoić się do tych zupełnie dla mnie niesamowitych widoków. Jesteśmy w bajkowej wprost scenerii. Dookoła kolorowe ściany o nieprawdopodobnych kształtach, wgłębieniach i pofalowaniach. To bez wątpienia efekty strumieni widnych-natrysków. Jakoś trudno pojmuję, że znajduję się głęboko pod miastem, a dokładnie pod inowrocławskim Rynkiem.

Kierujemy się w stronę ulicy Królowej Jadwigi. Chodnik niezwykle barwny. "Znajdujemy się w rejonie najmłodszej soli kamiennej" - mówi przewodnik.

Kolor przemienny, od bladoczerwonego do czerwonego. Sól w tych kolorach jest laminowana cienką kreską anhydrytu, która nagle przechodzi w grubą kreskę. I te kreski, również kolorowe, od białej do szarej (zdjęcie poniżej).

Poziom IV (542 m) - chodnik 8./17. (na południe) - ściana wschodnia - utwory graniczne wciągnięte w głąb wysadu przeplatane utworami cechsztyńskimi

Zatrzymujemy się przy druzgocie. Dziwny twór, pomieszanie soli z iłem. Przed moimi oczami snuje się w dalszym ciągu kolorowy obraz, przemieszany różnokolorowymi solami włóknistymi, białą, różową i pomarańczową (zdjęcie poniżej).

Poziom IV (542 m) - młodsza sól kamienna z anhydrytem

Jeszcze krok i ... wchodzimy w chodnik obudowany w zubrze brunatnym. Idziemy dalej. Zatrzymujemy się przy dość szerokiej warstwie grubego głównego anhydrytu, jednej z przewodnich skał starszych. Mijając przerosty twardej solnej skały wchodzimy w zupełnie inny świat. Świat soli starszych. Inny zupełnie obraz, choć ten sam kształt chodnika. Przeważa tu barwa szara.

Spoglądam z zaciekawieniem. Widzę sole zebrowane piaskiem anhydrytowym, co do złudzenia przypomina kształt egzotycznej zebry (zdjęcie poniżej).

Poziom IV (542 m) - chodnik 17., starsza sól kamienna, pasiasty period solny (cyklicznie się powtarzający)

W oddali widać dwie migocące lampki. Podchodzimy bliżej. Są tu dwaj przodowi górnicy obsługujący natrysk. Jeden z nich wyrównuje posadzkę. Drugi reguluje ruchome końcówki natrysków. - "Szczęść Boże!" - "Szczęść Boże!" , a potem następuje krótka wymiana zdań o bezpieczeństwie i o sytuacji na przodku.

Wędrujemy dalej. Chyba już dwa kilometry. Obraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Znajdujemy się aktualnie na poziomie czwartym w chodniku siódmym, którego długość wynosi dwa kilometry i rozciąga się od szybu "Solno I" pod ulicę Poznańską, a kończy przy ulicy Młyńskiej. Setki metrów kolorowej soli, a co czterdzieści metrów na wschód i na zachód znajdują się wydrążone w soli dwudziestometrowe chodniki dojściowe do zasadniczych komór eksploatacyjnych.

Na końcu chodnika widzę zabudowany wiszący pomost, na którego końcu sterczy długa drabina zejściowa.

I oto kolejne dziwo. Znajdujemy się jakby przed bramą triumfalną, wykonaną przez przyrodę przed dwustu milionami lat, składająca się z warstwy anhydrytu o grubości około 30 centymetrów. Przed naszymi oczyma roztaczają się kolorowe ściany i strop, przepiękny barwny, czerwony.

Skręcamy w chodnik w prawo i schodzimy pochyłym wyrobiskiem w dół do jednej z wyeksploatowanych komór. Na jej spągu (dno komory lub chodnika) znajduje się około dwóch metrów solanki. Komora ma długość około stu metrów. Stoimy w komorze na pomoście. Wchodzimy na pływającą tratwę. Rozmawiamy. Coś niepodobnego! Głos odbija się i uwielokrotnia się. To komora "Echo" (zdjęcie poniżej).

Komora "Echo" - w głębi widoczna pływająca tratwa

Wokół rozpościerają się wysokie, dziewięciometrowe ściany. Tego przecież nie budował człowiek. Nie mogę porównać oglądanego w tej chwili przeze mnie widoku z żadnym innym dotychczas oglądanym. Różne odcienie koloru czerwonego, nie wykonane ludzką ręką, tylko przez wodę. Zauważam niby zmaganie się dwóch żywiołów: twardej, ale rozpuszczalnej skały solnej, z rozpuszczającą ją wodą.

Nad naszymi głowami - idealnie gładki strop, tylko z przedniej części na początku komory widoczna zapadnia z wiszącym pomostem, zakończonym dziesięciometrową drabiną zejściową. Widziałem to z chodnika, gdy szedłem przez pochylnię i widzę to teraz z drugiej strony.

Płyniemy po idealnej, spokojnej tafli wody. Słucham głosu przewodnika i za chwilę jego śpiewu.... Nieprawdopodobne! Śpiew jednej osoby przeradza się w głos chóru, daje złudzenie głosu urządzenia elektronicznego.

Posłuchaj pogłosu.

Pogłos w kopalni soli.

Idziemy pochylnią głębiej, na poziom piąty, na głębokość 542 metry pod powierzchnią ziemi. Znajdujemy się w wyrobisku podobnym do opisywanego, ale jego spąg jest suchy. Jest to komora "Zwarycza" (zdjęcie poniżej).

Komora "Zwarycza" - widok na bryłę soli z wykutym krzyżem

W końcowej części komory, na postumencie z cegieł stoi "Obelisk Krzyż" (zdjęcie poniżej).

Jest to pomnik poświęcony tym górnikom, towarzyszom pracy, którzy tu - w tej kopalni zostawili swe życie. Krzyż wyrzezbiony ręką górniczą, wykuty w bryle soli kilofem, podświetlony przeistacza się w kolorową czerwoną bryłę. Ma wysokość jednego metra, waży około dwustu kilogramów. Nie można obok tego dowodu czci i hołdu dla prostych ludzi przejść obojętnie.

Wąskim chodnikiem przechodzimy w dwudziestometrowym filarze do następnej komory. Zwana jest ona komorą "Teatralną".Inna niż pozostałe (zdjęcia poniżej).

Komora "Teatralna" wyeksploatowana systemem statycznym, położona na głębokości 542 m z widoczną wstęgą soli lampkowej
Komora "Teatralna" - widok na drabinę zejściową. Za drabiną na ścianie komory "zastygły wodospad"

Ociosy, sterczące filary, jakieś inne filary poprzecinane plastrami. Na jednej ze ścian dziewięciometrowej wysokości litera "S", utworzona w białej skale. Jest to przerost anhydrytu. Część tylną komory zajmuje usypana pryzma, na której wybudowano scenę, a w komorze ustawiono kilkanaście rzędów ławek dla czterystu widzów.

W przodku komory umieszczono fontannę tryskającą solanką. Solanka idealnie czysta. Czerwone ściany fontanny są suto ubrane w regularne, przezroczyste kryształy soli. Całość oświetlona, tworzy niepowtarzalny teatr, niespotykany na powierzchni ziemi.

Komorę tę adaptowano do tych funkcji w 1973 roku z okazji  "100-lecia solarstwa w Inowrocławiu". Odbywały się tutaj imprezy, akademie i górnicze "Barbórki".

Wychodzimy z sali teatralnej. Zaglądam do pomieszczenia obok. Rozsuwam zasłonę. Jest i inne pomieszczenie, nieduże, ozdobione dwoma solnymi żyrandolami z drobnych kryształów solnych. To garderoba. Jeden z żyrandoli mieni się barwami czewieni, aż do koloru niebieskiego, drugi żyrandol jest czysto biały (zdjęcie poniżej).

Wracamy. Idziemy chodnikiem siódmym na poziomie piątym. Kierujemy się w południową stronę. Wszędzie barwne sole. Zatrzymujemy się. Mój wzrok kieruje się ku górze. Mała kawerna o kolorze marmurowym, jakby ptasia dziupla. Przewodnik mówi: "Jest to kuriozum w skali światowej. Niebieskie, raczej atramentowe, wpadające w fiolet regularne kryształy halitu".

Idziemy dalej. Wokoło cisza. I nagle...gwałtowny szum spadającego słupa wody. Co się dzieje? Czyżby jakieś niebezpieczeństwo czyhało na nas? Dochodzimy do krótkiego chodnika podkomorowego. Wchodzimy na pomost. Z wiszącego rurociągu spada strumień wody. Jest to strumień półsolanki, który napełnia nie rozługowaną komorę. W tej komorze półsolanka musi się dosycić do pełnej solanki, do około 315 gram soli w litrze wody.

Wędrujemy dalej. Robi się nieco jaśniej. Przed nami niby idealnie mleczna skała, jednak jak gdyby nieco spryskana atramentem, w środku widoczne są niebieskie kryształki soli. Jest to warstwa soli potasowej, sylwin i chlorek potasu.

Dochodzimy do podszybia szybu "Solno I". Podszybie inne niż przedtem (zdjęcie poniżej).

Nie ma już urządzeń wyciągowych, rurociągi porośnięte wykwitami soli. Zieje pustką, czuje się zapach staroci. Teren ten sprawia wrażenie opuszczonego zamczyska.

To są wyrobiska nie uczęszczane od dawna przez górników. Czy jest tu bezpiecznie? Przewodnik opukuje laską sztygarską skałę solną. Można iść dalej.

Dochodzimy do starej hali pomp na poziomie piątym (zdjęcie poniżej).

Hala ta obsługiwała ongiś cały przemysł chemiczny naszego regionu oparty na soli.

Sterczą kikuty rurociągów o różnych przekrojach (zdjęcie poniżej), fundamenty betonowe są rozbite, pomosty pod pompy tłoczące solankę również porozbijane. Wiszą nieużyteczne od dawna szczątki kabli.

Na rozkrzyżowanym stole, pod ścianą leży stara i zmurszała wielka książka pracy pompy. Zaglądam do jej wnętrza. Na jednej ze stron widoczny zapis: "Pompa nr.2 przepracowała 8 godzin - 12 sierpnia 1957 rok".

Hala pomp dawno już opuszczona. Na jednej ze ścian hali pomp widoczny kolorowy obraz patronki górników - "Świętej Barbary", o wysokości normalnego człowieka (zdjęcie poniżej).

Poziom V (542 m) - podszybie szybu "Solno I" - hala pomp, olejny obraz na tynku św. Barbary

Obraz ten namalowany został farbami olejnymi w 1947 roku przez jednego z pracowników, a mianowicie: F. Mikołajewskiego. Górnicy autentycznie czcili ten obraz, co przechodziło na następne pokolenia górnicze. Opuszczamy halę maszyn. Snujemy się labiryntem różnych wyrobisk. Zupełnie pogubiłem się w sytuacji.

W pewnym momencie przewodnik otwiera tamę drewnianą, przed nami mała komórka ze sterczącym kikutem drabiny.

Jest to szybik komunikacyjny ułatwiający zejście na niższe poziomy. Schodzimy pięćdziesiąt cztery metry w dół i znajdujemy się na głębokości 596 metrów, to znaczy na ósmym poziomie kopalni. Idziemy. Obraz podobny do widzianych już przedtem.

Czuję się jak zagubiony w labiryncie bez wyjścia. Mijamy warstwy kolorowych soli o różnych barwach i odcieniach (zdjęcie poniżej).

I oto kraina  - zupełnie dla mnie dotąd nie znana. Rozpościera się bowiem przed nami las stalaktytów, stalagmitów i stalagmatów (zdjęcia poniżej).

Po spągu płynie strumień solanki. Coś fantastycznego! Jakby ktoś pozawieszał misterne rzezby, laski, kandelabry i figury o różnych kolorach, od czysto białej barwy do ciemnej sepii. Są one zażeleznione. Dla takiego człowieka jak ja - zaskakujące są zupełnie twórcze możliwości natury. Można przecież pomyśleć: "abstrakcja". A to najprawdziwsza natura. Ów las przedziwny i przecudowny jednocześnie rozpościerał się na przestrzeni około stu metrów. Broczymy w strumieniu solankowym i przedzieramy się przez las z obawą, by przypadkiem nie utrącić, by nie naruszyć tego piękna. Las kończy się chodnikiem.

I cóż? Jakby tego piękna  nie było jeszcze dosyć. W ścianie ukazuje się czerwona bryła masy solnej, a w niej ukośnie postawiona, gruba, jasna, metrowa warstwa soli o barwie kanarkowej (zdjęcie poniżej).

Kolor dotąd w naszej wędrówce niespotykany. Co to za sól? Jest to karnalit. Próbuję. Smak gorzkawo-kwaśny.

Idziemy dalej. Zatrzymujemy się. Następnym szybikiem schodzimy na poziom dziewiąty. I znów zatrzymujemy się. Tym razem przed otworem przy spągu chodnika. Przewodnik klęka. Ja czynię to samo. Zaczynamy przeciskać się przez szczelinę sięgającą w głąb ociosu.

Ciężko dyszę. Przeciskamy się około dziewięciu metrów szczeliną w głąb calizny solnej. Widzę buty przewodnika. To już koniec mordęgi. Prostuję krzyż. Staję na nogi.

Co widzę? Znów olśnienie. Matecznik. Ogromna komora ustawiona kaskadowo, inkrustowna kryształami soli (zdjęcia poniżej).

Naturalna grota kryształowa na poziomie IX (619 m)

Puszczamy światło. Odbija się tysiącami migających świetlików. Kojarzy mi się ten widok z gwiazdami na niebie. Podchodzę bliżej. Widzę przepiękne kryształy, czyste, różnej wielkości, jedno małe, inne tak ogromne jak koński łeb. Na pamiątkę nieśmiało biorę do ręki leżący pod moją nogą kryształ. Czy ktoś tego nie widzi? Mam bowiem wrażenie, że znajdujemy się w ogromnym skarbcu, z którego nic zabrać nie można. Skarbiec zbudowany przez naturę. Olśnienie na każdym kroku. Światła pod nogami i nad głową. Chodzę po kaskadach. Z każdym krokiem coś nowego. Z każdego miejsca widać inny obraz. Bardzo trudny do opisania. Z żalem opuszczam ten skarbiec.

Przeciskamy się znów przez ciasną szczelinę w skale solnej. Idziemy chodnikiem w starszej soli kamiennej. Jest jaśniej. Robi się chłodniej. Czujemy więcej wilgoci. Dla bezpieczeństwa idziemy w torowisku (zdjęcie poniżej).

Dochodzimy do kopalnianego przodka. Urządzenie w kształcie krzyża, rury o przekroju około półtora cala, krzyż równoramienny o wysokości dwóch metrów, każde ramię ma półtora metra wysokości. Woda pryska na ścianę solną. Wylatuje z pięciu plastikowych ruchomych końcówek krzyża. Wyjaśnia się tu tajemnica wyżłobionych chodników w skale solnej. Pryskająca pod ciśnieniem trzech atmosfer woda rozmywa ścianę tworząc solankę półnasyconą, płynącą strumieniem w kierunku do głównych rurociągów. Części nierozpuszczalne, znajdujące się w skale solnej opadają na dno.

Z lewej strony stoi samotna, czarna tablica, na której widnieje napis: "Kontrolna tablica metanowa". Takie tablice stoją w każdym przodku, bowiem jak mówi przewodnik: "Kopalnia zaliczana jest do kopalń o najwyższym stopniu zagrożenia metanowego". I dalej stwierdza: "Dlatego też mimo swego piękna nie była nigdy udostępniona dla turystów i szerokiego ogółu".

Wracamy tym samym chodnikiem. Skręcamy w lewo. Szum wody staje się bardziej znaczny. Zbliżamy się do szybu. Jesteśmy na poziomie dziewiątym. Przed nami sieć krzyżujących się rurociągów o różnej średnicy, zaworów, zasuw i liczników. Wydaje mi się, że produkt końcowy - solanka - tu gdzieś blisko jest magazynowany.

Hałas zwiększa się, szum, syk i warkot maszyn. Zaglądamy do hali pomp. Co zwraca moją uwagę? Co uderza? Otóż człowiek dostosował się do harmonii i piękna natury. Widzę regularnie wypoziomowane i ustawione silniki elektryczne o wielkiej mocy. Są one spięte z pompami wielostopniowymi i różnokolorowymi rurociągami, oznakowanymi strzałkami w różnych kierunkach, wskazujących przepływ cieczy, które mogą znać tylko ludzie obsługujący te urządzenia. Jest taki huk, że nic nie słyszę. Cała hala pomp jest oświetlona, na betonowym pomoście górnicy. To obsługa w nausznikach głuszących hałas. Opuszczamy to niezwykle hałaśliwe pomieszczenie.

Idziemy chodnikiem, prawdopodobnie w kierunku szybu. Tak jest istotnie. Ogarnia mnie ogromny pęd orzezwiającego powietrza. Daleko w perspektywie, migają górnicze lampki. Słychać sygnalizację dzwiękową. "Szczęść Boże" - "Szczęść Boże" - odpowiadam sygnaliście.

Nieco zmęczony i spocony wchodzimy do klatki szybowej. Dobrze robi mi łyk miętowej herbaty podanej z termosu przez przewodnika. Wyjeżdżamy szybem "Solno III" (zdjęcie poniżej) na powierzchnię.

Rozstaję się z moim gimnazjalnym kolegą, nadsztygarem Tadeuszem Szczepańskim. Opuszczam teren kopalni. Wiele różnych myśli tłucze mi się po prostu po głowie. A wśród nich bezustannie jedna. Dlaczego takie piękno, najbardziej naturalny pomnik postawiony przez przyrodę, musi zginąć?

26 czerwca 1986 roku rurociągami z Janikowskich Zakładów Sodowych i Inowrocławskich Zakładów Chemicznych im. B. Rumińskiego w Mątwach zaczęto wprowadzać do podziemi kopalni ługi sodowe.

Inowrocławski podziemny solny świat, który mnie zauroczył, zadziwił i nieco nawet w pewnych chwilach zatrwożył z powodu swej potęgi, przestaje istnieć.

Poleć tę stronę na: