Wspomnienia Czesławy Jankowskiej, żony prezydenta Inowrocławia - Apolinarego Jankowskiego.

Czesława Jankowska z mężem Apolinarym - 1935 rok

Urodziłam się 12 marca 1906 roku w Nakle nad Notecią. Moim tatusiem był Julian Dawczyński, który po swoim ojcu Antonim odziedziczył i z dużym powodzeniem prowadził przedsiębiorstwo budowlane.

Także mama Anna z Ziętarów pochodziła z majętnej rodziny. Miałam czworo rodzeństwa, starszych ode mnie, Łucję, Janinę i Bernarda oraz młodszego Janka.

Przodkowie rodziców wywodzili się z ziemi wielkopolskiej i zawsze akcentowali swój narodowy charakter.

Do szkoły powszechnej chodziłam w Nakle, tam też ukończyłam dwie klasy gimnazjum.

Po śmierci tatusia przenieśliśmy się do Poznania, gdzie wcześniej osiedli i prowadzili interesy bracia i wujkowie mamy. Rodzina zresztą była bardzo liczna. U dziadków ze strony mamy do pełnoletności wychowywało się dziewięcioro synów i córek, w moim pokoleniu było już nas czterdzieściorosześcioro wnucząt. Wszyscy się znaliśmy i przyjażniliśmy.

W Poznaniu zamieszkaliśmy w ładnym i obszernym domu przy Wałach Zygmunta Augusta pod numerem 10. To był pamiętny 1919 rok. Polska odzyskała wtedy wolność narodową. W Poznaniu ukończyłam średnią szkołę handlową, a dodatkowo kursy księgowości i stenografii.

Do czasu zamążpójścia, a miało to miejsce na początku 1925 roku pracowałam w hotelu "Britania" (zdjęcie poniżej), który był własnością Józefa Dawczyńskiego - mojego wujka. Kiedy wychodziłam za mąż, nie miałam jeszcze ukończonych 20 lat. W moim pokoleniu była to wszak normalna praktyka, iż dziewczęta wcześnie opuszczały dom rodzinny. Stało się tak poniekąd za przyczyną mojej siostry ciotecznej Gertrudy z domu Bernat, o kilka lat starszej ode mnie powiernicy z lat dziecięcych. Getrudka mieszkała w Mogilnie ze swoim mężem Stefanem Borysem, który kierował tamtejszym Urzędem Skarbowym

Jego przyjacielem z lat młodzieńczych był natomiast Apolinary Jankowski, wówczas referent Izby Skarbowej w Poznaniu.

Obaj panowie dalej podtrzymywali bliskie kontakty i pewnego dnia Apilinary pojawił się w naszym domu z wizytą. Przypadliśmy sobie do serca i odtąd często się spotykaliśmy.

Hotel "Britania" w Poznaniu - 1923 rok

Mój przyszły mąż urodził się 22 lipca 1899 roku w Hucie Palędzkiej, małej wsi niedaleko Mogilna. Jego mama miała na imię Anna.

(w księgach urodzeń z 1899 roku pod nr. 80 zapisano: "Przed niżej podpisanym Urzędnikiem Stanu Cywilnego stawiła się dzisiaj osobiście znana żona chałupnika Marianna Paradowska, z domu Brzeska, zamieszkała w Hucie Palędzkiej, wyznania katolickiego i zgłosiła, że niezamężna służąca Anna Jankowska, katolickiego wyznania, zamieszkała u zgłaszającej w jej mieszkaniu w Hucie Palędzkiej urodziła 22 VII 1899 r. o godzinie pierwszej minut trzydzieści dziecko płci męskiej, które otrzymało imię Apolinary"). 

Teściową wspominam z dużą sympatią. Była dobrą, uczciwą i kochającą nas kobietą. W następnych latach miałyśmy ze sobą doskonałe porozumienie. Często z dziećmi odwiedzaliśmy ją w Trzemesznie. Przyjeżdżała także do nas do Inowrocławia na wypoczynek czy święta. Mieszkała w Trzemesznie do wybuchu wojny, a zmarła w 1944 roku, kilka lat po wysiedleniu przez Niemców na wieś koło Starachowic. Los sprawił, że mnie z córkami wywieziono do Żelechowa. To nie było daleko. Przed jej śmiercią, kilka ostatnich miesięcy byliśmy razem.

Apolinary od wczesnych lat mieszkał w Trzemesznie i tam ukończył szkołę powszechną. Był utalentowanym i pilnym uczniem z celującymi ocenami, dyrygował też szkolną orkiestrą. Potem od 1913 do 1918 roku przebywał w Berlinie i praktykował w którejś z kancelarii prawnych. Pod koniec 1918 roku wrócił do Trzemeszna, akurat w gorące dni przedpowstaniowe. Brał czynny udział w przygotowaniach do zbrojnego wystąpienia na terenie Trzemeszna i działał w tamtejszej Radzie Robotniczo-Żołnierskiej. Kiedy zaś wezwano powstańców pod broń, walczył z karabinem w ręku. Za trud i poświęcenie dla Ojczyzny odznaczono go Medalem Powstańczym. Był patriotą ziemi wielkopolskiej, a wśród licznych odznaczeń, jakimi Apolinary póżniej honorowano, tym medalem chlubił się w sposób szczególny.

Nie miał uniwersyteckiego wykształcenia, ale lata praktyki w kancelarii prawnej i usilna samodzielna nauka sprawiły, że posiadł dużą wiedzę i był wielce przydatny dla tworzonej administracji polskiej na terenach Wielkopolski. Przydzieloni mu stanowisko w departamencie skarbu Ministerstwa byłej Dzielnicy Pruskiej, a po jego likwidacji przeniesiono do Wielkopolskiej Izby Skarbowej, gdzie początkowo był starszym referentem, a potem kierownikiem oddziału podatków realnych i egzekucji.

Władysław Grabski

W 1923 roku, gdy premier polskiego rządu - Władysław Grabski wprowadzał reformę finansową, Apolinary jako fachowiec obeznany z ustawami podatkowymi byłego zaboru pruskiego powołany został na konsultanta Ministerstwa Skarbu i pracował przez pewien czas w Warszawie przy tworzeniu ustaw podatkowych i ustawy o finansach komunalnych. W czasie pierwszej konferencji któryś z ministrów dziękując mu za nad wyraz trafne wystąpienie zatytułował go "panie radco", na co Apolinary odrzekł "przepraszam panie ministrze, ale jestem referentem". 

Kiedy zaś wrócił do Poznania dostał awans o dwie grupy uposażenia i mianowano go kierownikiem. Niewątpliwie były to ważne fakty z życiorysu, jednak dla mnie podlotka liczyło się najbardziej, że ten przystojny pan jest szarmancki, muzykalny (bo potrafił usiąść przy pianinie i zagrać z pamięci), recytuje wiersze, a nawet sam próbuje tworzyć poetyckie strofki.

Wśród nielicznych pamiątek, jakie po Apciu zdołałam ocalić, jest też jego młodzieńczy poetycki brulion z lat 1914-1917. Starannym, kaligraficznym pismem umieścił tam wiersze Pola, Niemcewicza, Konopnickiej, Bełzy, Jabłonowskiego, Mickiewicza, Garczyńskiego i innych poetów. Dużo w tych strofach romantycznych porywów i patriotyzmu. Dla Apolinarego były to bardzo istotne uczucia, skoro pierwszy wiersz, jaki tam wpisał, nosi tytuł

"Hohensalza" i opisuje złych Niemców i Żydów, którzy poważyli się przechrzcić prastary Inowrocław.

 

Kiedy zatem Apolinary złożył oświadczyny, zostały przyjęte. W wigilię na Boże Narodzenie  1924 roku odbyły się zaręczyny. Ślub cywilny mieliśmy wyznaczony na 14 lutego 1925 roku, a trzy dni póżniej w kościele św. Marcina (zdjęcie obok), ślub kościelny.

Po ślubie zamieszkaliśmy na razie u mojej mamy, bo o samodzielne mieszkanie było wtedy w Poznaniu bardzo trudno. W końcu jednak wuj Józef Dawczyński wziął nas do swojego domu przy ulicy Artylerzystów 6.

Dostaliśmy mieszkanie 4-pokojowe z kuchnią i łazienką. Mama podarowała całą wyprawę. Tam na świat przyszła nasza najstarsza córka - Sabinka.

Było to 23 września 1927 roku.

Młodsza Helenka urodziła się 7 sierpnia 1933 roku już w Inowrocławiu.

Byliśmy młodzi, pełni optymizmu i staliśmy na progu dobrze zapowiadającego się wspólnego życia. Z nadzieją, iż z woli Bożej dane nam będzie dobrze czynić i po chrześcijańsku wychowywać dzieci.

Adolf Bniński

Z początkiem  maja 1927 roku, Apolinary na polecenie wojewody poznańskiego (zdjęcie obok) wyjechał do Inowrocławia. Mianowany został delegatem rządowym (ofcjalnie był kontrolerem Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu) i jako przestawiciel Wielkopolskiej Izby Skarbowej zobowiązany był do przeprowadzenia całościowej kontroli stanu finansów Magistratu i gospodarki w inowrocławskich przedsiębiorstwach komunalnych. Miasto przeżywało wówczas trudne dni, a do Urzędu Wojewódzkiego słano listy z petycjami i przyjeżdżały delegacje inowrocławskich obywateli, głównie radnych miejskich, którzy w zależności, którą stronę reprezentowali, przedkładali odmienne prośby i żądania. Ponoć wiele było pomówień, publicznie składanych ciężkich zarzutów i wojewoda zdecydował się ostro ingerować. Dlatego też wysłał do Inowrocławia swojego kontrolera.

Nie byłam świadkiem tych wydarzeń. Do Inowrocławia przyjechałam już po uspokojeniu nastrojów, dopiero z początkiem lutego 1929 roku.

Z opowiadań męża wiem tylko, iż po zakończeniu kontroli sporządził dokładny raport, który przedłożył wojewodzie i prezydentowi Inowrocławia - doktorowi Józefowi Krzymińskiemu, a także Radzie Miejskiej podczas utajnionego posiedzenia. Stan gospodarki miasta ocenił jako fatalny, a wiele zgłaszanych wcześniej zarzutów okazała się prawdziwymi. W następswie tego przezydent Krzymiński podał się do dymisji, bo zrozumiał, że nie ma innego wyjścia.

Z tego co mi relacjonowano, i co pamiętam, była to samodzielna decyzja pana Krzymińskiego, wielce zasłużonego dla Inowrocławia i dla polskości ziemi kujawskiej. Nikt nie zmuszał go do odejścia z urzędu i nie wywierał presji. Taka jest moja wiedza na ten temat. Podkreślam to, bo zetknęłam się póżniej z odmiennymi zdaniami, że prezydenta szantażowano, by złożył dymisję.

Mąż wypełnił postawione przed nim zadanie, ale w Radzie Miejskiej Inowrocławia dalej ścierały się przeciwstawne sobie grupy i miasto nie miało władzy prezydenckiej. Praca komisarza rządowego, choć był to człowiek młody, jeszcze przed 30 rokiem życia, dała inowrocławianom wiele do myślenia, że jest to urzędnik odpowiedzialny, zdolny i być może byłby odpowiedni do sprawowania wysokiego urzędu. Bodajże w połowie marca

1928 roku Rada Miejska głosowała nad powierzeniem Apolinaremu stanowiska wiceprezydenta Inowrocławia. I choć wynik głosowania był pomyślny, to mój mąż odmówił wyboru, godząc się jedynie po namowach na, jeśli taka byłaby wola wojewody, objęcia na kilka miesięcy komisarycznego wiceprezydenta, do czasu całkowitego uporządkowania gospodarki miejskiej. Liczna grupa radnych i wpływowych obywateli miasta dalej jednak namawiała męża, by zdecydował się ubiegać o prezydenturę. Apolinary długo się temu opierał. W końcu ustąpił i zgodził się kandydować.

Wybory odbyły się bodajże pod koniec lipca 1928 roku, a męża w tajnym głosowaniu poparła zdecydowana większość radnych. Formalnie stanowisko prezydenta objął dopiero po wypełnieniu urzędowych formalności i oficjalnym zatwierdzeniem wyboru przez wojewodę - tuż przed Bożym Narodzeniem.

Wybór męża zmienił nasze plany rodzinne, które do tej pory zdecydowanie wiązaliśmy z Poznaniem. Przenieśliśmy zatem dom do Inowrocławia.

Z przeprowadzką nie było problemów. Magistrat podesłał nam obszerne wozy meblowe. Do nowego mieszkania brakowało jednak mebli i sprzętów. Musieliśmy sporo ich dokupywać. Miasto przydzieliło bowiem prezydentowi duże mieszkanie służbowe przy ulicy Solankowej 47 (zdjęcie powyżej - obecnie Solankowa 52). Zajeliśmy całe pierwsze reprezentacyjne piętro domu, na którym mieściło się 8 pokoi, w tym 4 oficjalne salony, kuchnia ze spiżarnią i lodownią, pokój z balkonem, który latem pełnił rolę rodzinnej jadalni, łazienka oraz duży hall. Układ mieszkania był na tyle korzystny, iż bez większych kłopotów udało się wydzielić w hallu oddzielne wejście do gabinetu męża. Jego goście nie byli więc niczym skrępowani. Oficjalnie jadalnia miała tyle powierzchni, że mieścił się tam stół na 20 osób, kredensy i inne sprzęty. Do naszej dyspozycji był również śliczny przydomowy ogród.

Prezydentowi przysługiwały ponadto inne naturalia: opał, światło i woda. Wysokość potrąceń za mieszkanie i świadczenia wynosiła 25 zł. Uchwałami Rady Miejskiej ustalono dla męża dość wysokie pobory, które w zupełności wystarczały na dostatnie życie ( Uchwała Rady Miejskiej Inowrocławia z dnia 18 lutego 1929 roku ustalała dla prezydenta miasta pobory VI grupy pragmatyki państwowej oraz dodatek reprezentacyjny w wysokości 30% tychże poborów. Uposażenie miesięczne VI grupy wynosiło 450 zł).

Nie byłam rozrzutna, co należało żeby było, to było, bez specjalnego umawiania się. Mąż miał do mnie zaufanie i wiedział, że nie wydaję pieniędzy na zbytki i niepotrzebne rzeczy. Po sprawunki posyłałam gosposię, chodziłyśmy też razem. Wędliny i mięsa zamawiało się u Franciszka Benedykcińskiego, pieczywo brało od Stanisława Wybrańskiego. Mieli oni swoje firmy przy reprezentacyjnych ulicach Królowej Jadwigi i Paderewskiego. Po alkohol szło się do dużej kolonialki "Nowakowskiego", niemal na rogu ulic Królowej Jadwigi i Toruńskiej, vis-a-vis hotelu "Basta". Ciasta zwykle piekłyśmy w domu, a na duże uroczystości dokupywało się słodyczy z cukierni. Co do ubrań, to większość potrzebnych rzeczy kupowało się u kupców na Rynku. Moje wizytowe kreacje sprowadzałam z Poznania lub Bydgoszczy. Dzieci miały stroje skromne, nabywane na miejscu. Trochę też rzeczy szyłam i robiłam na drutach. Od czasu do czasu kupowałam córkom okazalsze stroje, ale nie często, by ich zbytnio nie rozpieszczać.

Prezydentowi do celów reprezentacyjnych przysługiwało także auto Zarządu Miejskiego (zazwyczaj był to fiat), powóz i bryczka z parą koni.

Dla powyższych wydzielono specjalne budynki na podwórzu. Tam też znajdowała się służbówka stangreta, który ponadto miał za zadanie dbać o porządek na podwórzu i od frontu budynku oraz utrzymywać w czystości dwie klatki schodowe. Służbę - gosposię - zatrzymałam tę, co była w Poznaniu. Jedynie do opieki nad dzieckiem najmowaliśmy młode inowrocławianki, ale dziewczyny przychodziły tylko na dzień. Zaprzyjażniłam się z jedną z nich.

Córki - Sabinka, a potem i młodsza ją polubiły i panna Monika była z nami od 1935 roku aż do końca (Monika Berendt z domu Montewska).

Do pomocy w mieszkaniu przychodził też stangret, ale tak było tylko w soboty. Wyjmował okna do mycia oraz pomagał przy utrzymaniu podłóg w czterech salonach. Mebli i sprzętów gospodarczych raczej nie było potrzeby kupować. Wyprawa, jaką dostaliśmy od mamy w czasie przeprowadzki do Inowrocławia, składała się z wyrobów bardzo solidnych i gustownych.

Co jednak należało uzupełnić, to kupowaliśmy na miejscu. Naszą własnością były meble w salonach z drewna mahoniowego, pianino, inne stoliki i fotele, stara chińska porcelana, kryształy, lampy, dywany, itp.

Mąż kompletował księgozbiór. Książki stały w specjalnych oszklonych szafach z dębiny: literatura piękna, pokażny zbiór ulubionych poetów, dzieła naukowe, podręczniki i leksykony prawnicze i ekonomiczne, opracowania historyczne, biografie. Nie brakowało klasyki w językach greckim i łacińskim.

Z dziećmi lubiliśmy wspólnie oglądać kolorowe albumy reprodukcji malarskich. W sumie mąż zgromadził ponad 3 tysiące woluminów. Apolinary szczególnie chlubił się kilkoma starymi "białymi krukami". Mieliśmy też kilka cennych obrazów Kossaka, które nabyliśmy na wystawie w Warszawie.

Do wiosny 1929 roku, kiedy już zadomowiliśmy się na nowym miejscu, składaliśmy zapowiedziane wizyty u co znaczniejszych obywateli Inowrocławia. Póżniej były rewizyty i tak zapoznałam się ze wszystkimi, z którymi należało i wypadało utrzymywać stosunki. Wiedliśmy w miarę uporządkowane i unormowane życie. Rano wstawało się o godzinie ósmej. Śniadanie było już przygotowane przez gosposię. Drugie śniadanie - kanapki i owoce, także czekały dotowe do zabrania.

Apciu wychodził do pracy zaraz po śniadaniu i do Magistratu szedł pieszo. Urzędował zazwyczaj w godzinach od dziewiątej do piętnastej. Do domu wracał także pieszo, na wpół do czwartej. Jadł obiad, potem siadał w fotelu. Na stoliku stała filiżanka z mocną herbatą, czytał gazety. Często zdrzemnął się na krótko. Potem zaś przyjmował swoich współpracowników na prywatnych naradach lub też wychodził na rozmaite zebrania i konferencje.

Wracał póżnym wieczorem, bo te nasiadówki trwały godzinami. Kiedy był w domu, to po kolacji wspólnie słuchaliśmy muzyki i słuchowisk z radia. Mieliśmy duży, nowoczesny na owe czasy odbiornik z głośnikami.

Dzieci na noc szły do łóżek o wpół do ósmej. Mąż zazwyczaj kładł się spać po wpół do jedenastej. Apolinary był z natury poważnym człowiekiem, raczej małomównym, jak i ja. Nie miał też "młodego" wyglądu, mimo iż liczył sobie w sumie nie za wiele lat.

O pracy męża zbytnio nie dyskutowaliśmy. Mówił o tym niechętnie, jedynie ogólnie, co planuje zrobić i jakie są wyniki. Tak samo o bliżnich. Nie żalił się na nikogo i na nic, choć pewnie nie wszyscy byli mu życzliwi. Tak to chyba musiało być, wszak stanowisko, które piastował i decyzje, które podejmował, wielokrotnie były kontrowersyjne i nie wszystkich mogły zadowolić.

Zdołałam ocalić z wojennej pożogi dwa dokumenty, które potwierdzają, że jego wysiłki były doceniane. Pierwszy z nich to album z 1938 roku, ofiarowany Apolinaremu przez radnych miejskich, współpracowników i podwładnych z Magistratu na 10-lecie pracy dla Inowrocławia.

Bardzo elegancki, z rysunkami Zygmunta Czapli.

Drugi dokument to także album pochodzący z tego samego roku, a dedykowany prezydentowi Inowrocławia w dowód uznania i wdzięczności za długoletnią i owocną pracę w Zarządzie Koła Miast Wielkopolski.

Z władzą prezydencką wiązało się oczywiście wiele funkcji reprezentacyjnych.

Apolinary starał się je godnie, z honorem pierwszego inowrocławianina sprawować. Wybierano go na ważne funkcje w zarządach związków miast wielkopolskich i zdrojowisk polskich. Kilkakrotnie reprezentował miasto w czasie oficjalnych wyjazdów do Niemiec. Mam podstawy by sądzić, że inowrocławianie szanowali swojego prezydenta. W pracy był bardzo skrupulatny, wręcz pedantyczny, dokładnie doglądał wszystkiego czym zarządzał. Takie cechy charakteru musiały u Kujawian wzbudzać szacunek.

Na ulicy, kiedy szliśmy, rozpoznawano go z łatwością. Wciąż się odkłaniał.

Były też uroczystości, w których zgodnie z obowiązującym ceremoniałem towarzyszyłam mężowi. Wspominam raut na Zamku w Poznaniu w 1928r.,

gdzie w gronie zaproszonych oficjeli, prezydentów i burmistrzów miast byliśmy podejmowani przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej - profesora Ignacego Mościckiego. Z kolei u Wojewody Pomorskiego - Władysława Raczkiewicza gościliśmy na przyjęciu z okazji przyjazdu do Torunia Marszałka Polski - Edwarda Rydza-Śmigłego.

Duże miejskie uroczystości kościelne najczęściej odbywały się w kościele u Matki Bożej (zdjęcie obok). Jechaliśmy tam z całym ceremoniałem, powozem. Mąż elegancko prezentował się w cylindrze.

Wielokrotnie braliśmy udział w organizowanych w Inowrocławiu balach charytatywnych, czy w kwestach ulicznych, gdzie zbierano pieniądze dla ubogich i ludzi pozbawionych stałej pracy.

W karnawale z radością chodziliśmy na piękne bale. Pamiętam choćby okazałe imprezy przygotowane dla inowrocławskiej śmietanki towarzyskiej i okolicznego ziemiaństwa w gmachu starostwa.

Na zdjęciu: Prezydent Apolinary Jankowski w towarzystwie kierownika komisariatu Policji Państwowej w Inowrocławiu - aspiranta Mariana Jedleckiego podczas kwesty ulicznej na rzecz pomocy bezrobotnym (1936r.).

Spotykaliśmy się także z doktorostwem: Zborowskimi, Bydałkami, Sroczyńskimi, Nickelmannami i Błażkami i z adwokatem Groblewskim.

Z byłym prezydentem Krzymińskim nie mieliśmy bliższych kontaktów, nie bywaliśmy u siebie. Apolinary spotykał się z panem doktorem Krzymińskim na miejskich uroczystościach. Kłaniali się sobie, grzecznie rozmawiali, ale też nic poza tym. Ten dystans był zrozumiały, ponadto istniała między nimi wielka różnica wieku. Z kolei z wiceprezydentem Władysławem Juengstem złożyliśmy tylko rewizyty. Urzymywaliśmy bardzo serdeczne stosunki z adwokatorstwem Mielcarkami, którzy mieszkali opodal nas, a panowie do czasu wyprowadzki państwa Mielcarków do Torunia, często ze sobą konferowali w sprawach urzędowych miasta i uzdrowiska. Mieli dużo wspólnych zainteresowań.

Gościliśmy proboszczów i wikarych od św. Mikołaja i Matki Bożej, z księdzem profesorem Szukalskim, z którym mąz spotykał się najczęściej i dyskutowali na różne tematy.

Stosunki mieliśmy z państwem: Tokarskimi, Mollami, Benedekcińskimi, Trompeteurami, doktorostwem Graczykowskimi i Kaczkowskimi, z cenionym aptekarzem Teofilem Reszką i z wieloma innymi rodzinami.

Ja byłam w bliskiej komitywie z paniami: Zofią Benedykcińską i Heleną Trompeteurową i z innymi paniami, z którymi uczestniczyłam w zamkniętych rekolekcjach. W gronie kobiet z miejscowego towarzystwa byłam jednak jedną z najmłodszych i miałam małe dzieci. Nie było zatem mowy o zbyt częstym chodzeniu "na plotki". Najczęściej zapraszałyśmy się kolejno do swoich domów na słodkie podwieczorki i kawę. To już była miejscowa tradycja. Starałam się nie opuszczać teatru (zachęcając również Apcia), szczególnie gdy przyjeżdżały zespoły z Poznania, Torunia czy Bydgoszczy.

Do kina na ulicy Solankowej (mowa o kinie "Apollo" przy ówczesnej ulicy Zygmuntowskiej) chodziłam sama, zwykle popołudniami, kiedy mąż był na konferencjach.

Święta spędzaliśmy w rodzinnym gronie. Często przyjeżdżali do nas na ten czas krewni, moja mama, czy teściowa. Imieniny były dniami uroczystymi. Najpierw Czesławy - 20 lipca, potem Apolinarego - 22 sierpnia. Przyjmowaliśmy, kto przybył z życzeniami. Zaproszeń na te spotkania nie wysyłaliśmy.

Wspólnie spędzonego wolnego czasu nie mieliśmy za dużo.

Jak wspomniałam, mąż z racji zajmowanego stanowiska udzielał się w wielu miejscach i wszędzie go zapraszano. Dla najbliższych zastrzegał sobie większość sobót i niedziel. W te ostatnie chodziliśmy z dziećmi na msze święte do "Barbórki", czyli do kościoła garnizonowego.

Często po nabożeństwie i lekkim obiedzie wyjeżdżaliśmy do bliskich do Torunia, Nakła i Trzemeszna. Latem chętnie wyruszaliśmy samochodem na przejażdżkę nad jezioro lub powózką do lasu. Co pewien czas gościliśmy w Inowrocławiu moje rodzeństwo z Poznania, Sopotu, Warszawy i Torunia.

W wolnych godzinach chodziliśmy też na spacery do Solanek. Do centrum miasta niechętnie, chyba że do księgarni. Apolinary był zawziętym bibiofilem, nade wszystko kochał książki, a czytał prawie wszystkie nowości, jakie docierały do Inowrocławia. Jeśli tylko czas na to pozwalał, szedł sam lub ze starszą córką póżnym popołudniem do księgarni pana Knasta i rzadko kiedy wracał z pustymi rękoma (księgarnia Stefana Knasta znajdowała się w budynku przy obecnej ulicy Królowej Jadwigi 34).

Latem, gdy byliśmy na miejscu, większość dnia spędzałam z córkami w ogrodzie. W chłodniejsze miesiące przy słonecznej pogodzie wyjeżdżałyśmy powózką za miasto. Lubiłyśmy też zimą zajść na lodowisko do Solanek.

Wakacje letnie to odrębna epopeja. Przygotowywaliśmy się do nich i snuli plany przez wiele poprzedzających je miesięcy. Jeżdziliśmy w rozmaite strony. Bywaliśmy nad morzem w Wolnym Mieście Gdańsku i w Sopocie, gdzie jeden z braci mamy miał piękny hotel "Eden". Budynek zresztą stoi do dziś. Po wojnie był tam komitet PZPR, przed kilkoma laty wrócił na własność moich krewnych.

Hotel "Eden" w Sopocie

W latach dwudziestych wypoczywaliśmy w majątku Białuty. Kiedy rodzina majątek sprzedała, to przenieśliśmy się z letnimi wyjazdami do majątku Wroniewy, dużej posiadłości o ponad 4 tysiącach hektarów, za Grodziskiem Wielkopolskim, w kierunku zachodniej granicy państwa. Wywczasy tam spędzane wspominam najmilej. Piękna okolica, lasy i jeziora. Jechało się do Wroniew samochodem z Inowrocławia albo też pociągiem, gdzie na pobliską stację kolejową wyjeżdżał wówczas po nas powóz z majątku. Takie wyjazdy trwały zwykle 4 tygodnie. Jeżdziliśmy również do majątków: Gumnowice i Zakrzew. We Wroniewach, u wujka Józefa Dawczyńskiego, pojawiliśmy się po raz ostatmi latem 1939 roku. Spędziliśmy tam wtedy prawie miesiąc.

Po dwudziestym piątym sierpnia zdecydowaliśmy się o kilka dni przyspieszyć odjazd do Inowrocławia, bo wieści nadchodziły dość alarmistyczne i męża wzywano z urzędu do powrotu. Jechaliśmy samochodem, zatrzymując się jeszcze na kilkugodzinny wypoczynek i posiłek w Poznaniu. Byliśmy jeszcze w miarę spokojni i cieszyli się, że wracamy do domu. W Inowrocławiu nie widziałam żadnych oznak paniki czy strachu, ale wyczuwało się jakieś dziwne oczekiwanie i zatrwożenie.

I nadszedł 1 września .... Od tego dnia Apolinary cały czas przebywał w Magistracie. Już nie wracał do domu na noce, jedynie w ciągu dnia na krótko, by wziąć kąpiel i zmienić ubranie. Ja robiłam, co nakazywano i siedziałam godzinami przy radiu z robótką w rękach. Wielokrotnie słuchałam orędzia do Polaków, jakie wygłaszał Prezydent Mościcki. Muzykę nadawano tylko poważną i komunikaty, co należy robić w sytuacji wojny, a póżniej coraz częściej ostrzeżenia o nalotach.

Na ulicach pojawiło się dużo ludzi w mundurach, maszerowały oddziały wojskowe, a do koszar docierali wezwani rezerwiści.

Kleiłam paski papieru i nalepiałam je na okna, bo tak zalecano na wypadek bombardowania, że to uchroni przed wypadnięciem szyb. Wieczorem obowiązywało zaciemnienie. Przeraziłam się na dobre w sobotę 2 września, kiedy z kierunku Bydgoszczy dotarły do miasta większe grupy uciekinierów,

a wśród nich jeden z moich krewnych, który uciekł z Nakła. Opowiadali straszne rzeczy. Kiedy Apolinary przyszedł do domu coś zjeść, powtórzyłam mu, co słyszałam.

W niedzielę rano poszłam na mszę św. do kościoła garnizonowego (zdjęcie obok). Przy końcu nabożeństwa, a może już po jego zakończeniu, kiedy wszyscy śpiewali wraz z kapłanem pieśni maryjne, nad Inowrocław nadleciały niemieckie samoloty i przez kilkanaście minut bezkarnie zrzucały bomby na domy i place w okolicy dworca kolejowego.

Siedziałam blisko ołtarza i ci co byli tam, również spokojnie zostali na swych miejscach. Inni w panice wybiegli z kościoła i kryli się w pobliskich rowach przeciwlotniczych, które jeszcze w sierpniu kopano za gmachem sądu. Słychać było głośne detonacje spadających bomb, gwizd i warkot przelatujących samolotów, potem długie serie karabinów maszynowych. Po ukończonych śpiewach ksiądz nas pożegnał, wyszliśmy z kościoła i szło się do domu. Cośmy już jednak wtedy czuli, to trudno powiedzieć.

Następnego dnia, z samego ranka, przyjechał z Poznania mój kuzyn Joachim Draheim wraz z naszą siostrą cioteczną - Marysią i jej 4-letnią córką. Opowiadali o wydarzeniach w Poznaniu, i że jadą do Janowa Podlaskiego, bo tam rodzina ma wynajęte mieszkanie i gdzie chcą przeczekać najgorszy czas.

Po naradzie z Apolinarym zdecydowaliśmy, że i ja pojadę z córkami, bo tyle jeszcze miejsca w samochodzie się znajdzie.

Spakowałam więc najpotrzebniejsze rzeczy podróżne i nie czekając ruszyliśmy w drogę. Jeszcze tego samego dnia dotarliśmy do Warszawy, był już wieczór. Jechało się bowiem bardzo powolutku, uciążliwie, raczej bocznymi drogami, zapchanymi podobnymi nam uciekinierami w pojazdach, na wozach i w pieszych grupach. W Warszawie, mimo póżnej pory, ruch panował na ulicach ogromny, gwar i nerwowe podniecenie. Joachimowi udało się dostać benzyny do baków samochodu i jechaliśmy dalej. Za Warszawą gdzieś przenocowaliśmy i rano przejechaliśmy ostatni etap podróży.

Następnego dnia wieczorem dotarł do nas Apolinary. Jeszcze przed naszym wyjazdem z Inowrocławia wiedziałam od męża, iż otrzymał z Urzędu Wojewódzkiego polecenie przygotowania się do osobistej ewakuacji wraz z wiceprezydentem i tajnymi aktami inowrocławskich władz. Teraz okazało się, że rozkaz nadszedł i wyjechano 4 września w poniedziałek wieczorem. Wcześniej wypłacono pracownikom trzymiesięczne pobory i załadowano wyznaczone akta do samochodów.

Miasto mąż opuszczał wraz z panem wiceprezydentem Juengstem, kilkoma pracownikami straży pożarnej i policjantami dla ochrony. Kasy  miejskiej z pieniędzmi nie zabierano, bo już wcześniej zostały rozdysponowane.
Jechano do Chełma Lubelskiego. Grupa rozdzieliła się, uznano bowiem, że tak będzie łatwiej jechać. Pan Juengst skierował się od razu na kierunek lubelski, a mąż jednym samochodem, którego kierowcą był mój brat Janek (dotarł do Inowrocławia już po moim wyjeżdzie), okrężną trasą pojechał do naszej kwatery. Gdy się zobaczyliśmy, radość była wielka. Wieści o tym, co się w Polsce dzieje mieliśmy tak sprzeczne ze sobą, ale i tak przygnębiające, że Apolinary z pozostałymi panami zastanawiali się, jak dalej postępować. Jedni sugerowali, iż trzeba szybko uchodzić za granicę, większośc jednak była zdania, że należy mimo wszystko zostać na miejscu, nie opuszczając kraju.

Apolinary zaś był zdecydowany jechać tam, gdzie miał się stawić.

Wuj Józef zatem wydzielił nam żywność ze swoich zapasów, bo już trudno było wówczas o jej kupno i z najbliższymi wyruszył do Warszawy.

My z Marysią, Joachimem i Jankiem pojechaliśmy na Lublin. Po drodze ostrzeliwały nas samoloty niemieckie, ale szczęśliwie uchodziliśmy z życiem.

Po dotarciu na miejsce przydzielono nam kwaterę we wsi Świercza,

a w sąsiednim domu oczekiwał pan Juengst. Nie wiedzieliśmy co dalej czynić, czekaliśmy na jakiś wyrażny sygnał.

17 września radio podało, że Polskę zaatakowała Rosja Sowiecka, potem przyszła wieść o kapitulacji Warszawy. To był dzień 28 września i pamiętam tę datę doskonale, bo przyszedł do nas miejscowy urzędnik i powiedział z płaczem: "To już koniec, stolica padła, żołnierzy wysłano do domów".

Prezydenci na tę wieść zdecydowalim że nadszedł czas spalenia akt, co też uczyniono w obecności kilku świadków, wśród których był też miejscowy wójt.

Po naradzie kupiliśmy trochę żywności i postanowiliśmy wracać w rodzinne strony. Znów ruszyliśmy dwiema grupami. Oddzielnie wiceprezydent Juengst z resztą panów, oddzielnie nasza rodzina. Decyzja o powrocie była trudna, baliśmy się Niemców, ale nie mieliśmy też świadomości, co nas może czekać.

Nie było jednak innego wyjścia i mąż zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Słyszeliśmy ponadto, że linia demarkacyjna pomiędzy Sowietami, a Niemcami nie jest definitywnie ustalona i już kilka razy była przesuwana.

Istniały zatem obawy, że znajdziemy się po stronie sowieckiej, a tego już zdecydowanie chcieliśmy uniknąć.

Dla męża zachętą do powrotu mogła być wiadomość, że nie wszędzie Niemcy zamykają polską administrację, a wszędzie próbowaliśmy się czegoś dowiedzieć.

W Lublinie napotkaliśmy przebywającego tam i sposobiącego się do dalszej drogi prezydenta Bydgoszczy - Leona Barciszewskiego. Obaj długo ze sobą rozmawiali, radzili się co robić. Prezydent Barciszewski zachęcał męża do powrotu, mówił, że znają język niemiecki i poradzą sobie w kontaktach z Niemcami. Wspominał też o tym, że w radiu niemieckim były informacje, jakoby zdefraudował pieniądze kasy miejskiej Bydgoszczy i dlatego jest zdecydowany wracać, by bronić swego honoru. Możliwe, że i Apolinary, choć wyrażnie o tym nie mówił, bał się podobnego posądzenia i to było dodatkowym impulsem do powrotu. W każdym razie jestem przekonana, iż spotkanie z panem Barciszewskim ostatecznie przekonało męża do decyzji

o koniecznym powrocie do Inowrocławia. Zapewne do końca prezydenci nie wierzyli, że może im grozić aresztowanie. Znali Niemców z okresu zaboru pruskiego, z kontaktów z lat po I wojnie światowej i pewnie myśleli, że podobnie postępować będą hitlerowcy.

Trudno gdybać z dzisiejszej perspektywy, czy była to decyzja rozważna, czy też zupełnie nieroztropna. Działo się to z dnia na dzień, niemalże z godziny na godzinę i takie decyzje wtedy wydawały się słuszne.

Przez kilka dni, etapami, jechaliśmy zatem do Inowrocławia. Po drodze w Warszawie, gdzie nadal urzędował prezydent Starzyński, dołączyła do nas jeszcze siostra Nina z córką, które chciały przedostać się do swego domu w Poznaniu. Spotkaliśmy grupy naszych żołnierzy, niektórzy prosili o cywilne ubrania i berety na głowy. Co mieliśmy zbędnego, zaraz dawaliśmy.

Nie napotykaliśmy większych problemów, ale wielokrotnie zatrzymywano nas do kontroli. Niemcy dawali pozwolenie przejazdu, mieli butne miny, ale przecież zachowywali się jak ludzie. Na drogach w sumie było całkiem spokojnie. Kiedy wjechaliśmy na Kujawy, pytaliśmy siebie, czy od razu jechać do Inowrocławia, czy wpierw rozejrzeć się nieco w sytuacji i gdzieś przez kilka dni przeczekać. Ja chciałam najpierw jechać do teściowej do Trzemeszna i szukać tam schronienia. Apolinary był temu przeciwny, podenerwowany, chciał od razu jechać do domu. Kiedy wjeżdżaliśmy do miasta, a było to

3 pażdziernika, nikt nas nie zatrzymywał. W mieście panował spokój, nie było ruchu na ulicach. Godziny południowe, szary dzień jesienny. Pojechaliśmy od razu do naszego mieszkania. Drzwi wejściowe były rozbite, a wszystkie pomieszczenia opróżnine z mebli i rzeczy. Na podłodze walały się jakieś resztki i rozbite szkło. Widok był przygnębiający, patrzyliśmy na to bezsilni, dziewczynki zmęczone i przerażone, płakały. Zebraliśmy z podłóg co było możliwe i zeszliśmy na parter, gdzie użyczono nam pokoju. Apolinary chwilę wypoczął i zaraz poszedł na rozmowę do księdza Szukalskiego. Nie był długo, jak wrócił, pożegnał się z nami, przytulił mnie i córki mówiąc, że musi iść zameldować Niemcom o swoim powrocie. Wyszedł i już nie wrócił, ani tego wieczoru, ani następnego dnia. Domyśliłam się, że wpadł w pułapkę i Niemcy go aresztowali. Nigdy nie dowiedziałam się, w jaki sposób to nastąpiło.

Po jakimś czasie doszła do mnie pogłoska, iż zanim mąż zameldował się niemieckim władzom, został im wydany przez jednego z wożnych - Polaka, który wskazał go, mówiąc wartownikom, że to jest prezydent Jankowski.

Była to prawda, już po wojnie człowiek ten z własnej woli sam przyznał się mojej córce Helenie. Mówił, że nie może się z sobą pogodzić i dręczy go sumienie.

Byłam sama i nie wiedziałam, gdzie szukać ratunku dla Apolinarego. 

Tymczasem moje siostry poszły do władz niemieckich po zezwolenie na powrót do domów i otrzymały zgodę na przejazd do Poznania i Nakła. Spróbowałam i ja rozmawiać z Niemcami. Najpierw w dowództwie wojskowym, które miało siedzibę w budynku szkoły vis-a-vis apteki przy ulicy Solankowej, ale skrzyczano mnie i kazano się natychmiast wynosić. Aptekarz pan Moll dał mi z kolei karteczkę z kilkoma zdaniami, które napisał do pastora Diestelkampa (Johannes Diestelkamp był pastorem i proboszczem parafii ewangelickiej w Inowrocławiu - obecnie kościół pw. Świętego Krzyża).

Poszłam do jego domu przy ulicy Toruńskiej (obecnie znajduje się tam Komenda Powiatowa Policji). Przyjął mnie, wysłuchał, ale na moje prośby odpowiedział, iż co może mi pomóc, skoro tyle niemieckich rodzin Polacy po wybuchu wojny poprowadzili w nieznane i ludzie ci zaginęli (słowa te dotyczyły rozpowszechnianych przez Niemców informacji o represjach, jakie Polacy mieli stosowac wobec mniejszości niemieckiej na przełomie sierpnia i września 1939 roku). Ale czy tak było rzeczywiście, czy tylko chciał mnie zbyć. Tego ja nie wiem. Próbowałam jeszcze prosić o łaskę w biurze oberburgemeistra, ale bez skutku.

Po około tygodniu od uwięzienia Apolinarego, pewnego ranka przybiegła do nas kobieta - Polka i mówi: "Pospieszajcie, by zobaczyć męża, bo wachmani prowadzą go na badania do doktora Simona" (Artur Simon - niemiecki lekarz medycyny przyjmował pacjentów w swojej wiili przy ulicy Sienkiewicza 6, obecnie Sienkiewicza 9-11). Zdążyłyśmy z córkami dobiec do alei Sienkiewicza, kiedy już wracali do więzienia. Straż, dwóch żołnierzy pozwoliła przywitać się, chwilę porozmawiać, ale naglili, by robić to szybko.

Uściskaliśmy się więc i nic poza tym. To był ostatni raz, kiedy widziałam męża, a córki swojego ojca. Odchodził przygarbiony i bardzo smutny.

Czesława Jankowska wraz z córkami wywieziona została 1 grudnia 1939 roku pierwszym inowrocławskim transportem do Starachowic. Do końca wojny była tłumaczem nadleśnictwa Żelechowo. Wróciła do Inowrocławia wiosną 1945 roku. Pracowała między innymi w sekretariacie Szkoły Handlowej, była kontraktową przedszkolanką i referentką w referatach ogólnym i szkolnym Zarządu Miejskiego oraz w administracji budynków miejskich i opuszczonych.

Miała trudne warunki mieszkaniowe i finansowe, napotykała na szykany ze strony Urzędu Bezpieczeństwa i miejscowych władz administracyjnych.

Córki po ukończeniu miejscowych szkół średnich podejmowały pracę na podrzędnych stanowiskach. W 1965 roku do Anglii wyemigrowała Sabina, a 1968 roku Helena. Obie wyszły za mąż za Anglików i przyjęły obywatelstwo brytyjskie. Córki sprowadziły matkę do Anglii w lutym 1971 roku.

Czesława Jankowska nie zrzekła się obywatelstwa polskiego i przebywała na terenie Wielkiej Brytanii za zgodą Home Office na pobyt stały.

Materiał przygotowany na podstawie "Wspomnień Czesławy Jankowskiej, żony ostatniego przedwojennego prezydenta Inowrocławia", które zostały spisane przez Piotra Strachanowskiego i opublikowane w 1998 roku w "Ziemi Kujawskiej".