Wspomnienia świadków makabrycznej nocy.

1. Relacja dr Józefa Durzyńskiego z okresu pobytu w więzieniu

    w 1939 roku.

 

" Pamiętna niedziela 22.10. Od dwóch dni pozwolono mi być lekarzem więziennym. Przychodzili więżniowie-pacjenci, nie tyle by ciało ich leczyć, a poto, by podzielić swe trwogi, swą rozpacz, by w wypowiedzeniu swych bóli i trosk, doznać ulgi. Był też dnia tego i on - jedyny zwiastun bliskiej burzy - prezydent miasta Jankowski, potwornym, aż do torsji żółciowych zdjęty lękiem, w przeczuciu bliskiej śmierci, lękiem niczym realnym nieuzasadnionym i nie wytłumaczonym, a niedostępnym dla narkotyku. O szarej godzinie rozstaliśmy się. Cisza nocna zaległa więzienie. Z trwożliwego więziennego snu zerwał nas wszystkich na nogi hałas i szczekanie niemieckiej komendy, strzały i przenikliwe krzyki kobiet spędzonych wprost z posłań na podwórze więzienne. Wnet cała zgraja rozjuszonych żołdaków wpadła do wnętrza. Rozkazy, nawoływania, zgrzyt w pośpiechu otwieranych zamków, tupot podkutych butów, stokrotnym odbite echem, do bólu raziły uszy. Kazano nam stać w drzwiach cel otwartych, twarzą zwróconą w ich ciemne wnętrza. Wywoływano nazwiska, sprowadzano więżniów na parter do holu-areny, wszystko w pośpiechu, wśród gradu przekleństw i kopnięć.

Na dole rozpoczęły się przesłuchy: Jak się nazywasz, ty psie? Nim padła odpowiedż waliło się ciało głuchym łoskotem na posadzkę, uderzone kolbą lub rękojeścią rewolweru w szczękę i ogłuszane. Kopnięcie i gardlany krzyk: Wstawaj ty psie!, stawiało biedaka na nogi. Kreishauptmann i Jahnz, niemiecki rittergutsbesitzer na kujawskiej ziemi, "ubermensche" z pepiniery niemieckiej filozofii zaczęli się wyżywać. Po chwili pierwsze strzały przerażliwym łomotem wstrząsnęły więzieniem. Gestapowcy zaczęli obchodzić cele. Kilka pytań i decyzja: "marsz na dół". Sąsiad mój, Kiełbasiewicz, już rozpoczął ten marsz. Ja za nim. Stanął przy schodach, spoglądał w dół, wzdrygnął się cały, wargi jego, tak niedawno w rozmowie ze mną ganiące kościół Chrystusowy, wyszeptały zbawcze: "Jezus, Mario" i zaczął schodzić. Byłem u krawędzi tych schodów i spojrzałem w dół. Natłok myśli, rzut głowy za siebie. Gestapowiec odwrócony plecami. Skok poprzez schody i ucieczka bocznym zakrytym wejściem na trzecie piętro do ambulatorium, to dzieło jednej sekundy. Sprężył mi umysł widok holu-areny, ohydne, wsciekłą złością napuchłe twarze niemców, ciała towarzyszy w drgawkach przedśmiertnych i Ty..., gdyś latającymi rękoma, własną odzieżą oczyszczał podłogę z krwi i bryzgów mózgu. Słyszałem potem, jak ta sadystyczna bestia niemiecka kazała ci się ubrać z powrotem w krwią towarzyszy ociekłe szaty i jak ciebie indagowała, i twoje słowa i strzały, które ciebie powaliły u wrót więziennych. To były ostatnie chwile Reszki, aptekarza miejscowego. Słyszę dziś jeszcze naigrywania oprawców 

i widzę ich odważne wyczyny wkładania luf rewolwerów do otwartych ust ofiar i zdziwienie, że "ten pies się nie boi".

Nędznyś i podły narodzie niemiecki, który takie rodzisz syny!

Tak w ową noc zabijano jednych, a bito drugich aż do krwi, aż do kości, a wszystkie odgłosy męki tak potężniały grożnie w przestrzennym wnętrzu więziennym, że potem ściekały ciała i febrą wstrząsały się. Z trudem łapały piersi swędem strzelniczym zatrute powietrze. Przed świtem szarzyło się niebo, gdy zgraja zbirów opuściła więzienie. Słońce tego dnia wstawało i oświetliło ten stos ofiar, splątanych ze sobą, zbratanych w uścisku śmiertelnym synów jednego narodu. Ziemianin i przywódca robotniczy, urzędnik, kupiec

i nauczyciel, wszyscy równi, bo wszystkich równo grożnych dla swej pychy osądził najeżdżca. I nic nie brakowało w tym obrazie zgrozy, bo Niemcy-szakale z szat oddzierali trupy i brali Niemcom słuszny łup. Potem wywożono ciała i zagrzebywano warstwami w rowach,

tuż za murem więziennym. A było ich 56. Oczyma odprowadzałem ich w tej ostatniej wędrówce, asystowałem w tym nieludzkim pogrzebie. Chłonąłem w siebie każde nieludzkie i brutalne wrzucenie do ziemi ciał Waszych do bezmyśli zdrętwiały.

Wszystkich Świętych - Dzień Zaduszny. Wszyscy czuli, że nowa czai się zbrodnia, że Niemcy nową szykują masakrę.

W dzień Wszystkich Świętych odbierano obrączki ślubne, jedyną cenną rzecz, której nie konfiskowano przy wejściu do więzienia. Ruch w izbie chorych wzmożony. Lękliwe zewsząd spojrzenia paraliżowały myśli i słowa. Wzajemne pocieszenia, łudzenia się, że może tylko wywiozą do jakichś obozów. Przecież sami Niemcy zapewniali, że noc 22 pażdziernika nie powtórzy się podobieństwem, żeby wszystkich zabijali. Rychłym rankiem onego dnia zadusznego wrażliwe i we śnie ucho więżniów zatrwożyło znękanych. Duża brama więzienna stalowym zgrzytem rozwarła się i wpuściła samochód transportowy. Straż więzienna biega od celi do celi, otwiera je, wywołuje nazwiska, każe się wywołanym ubierać

i schodzić na dół. Padają nazwiska jedno za drugim, nazwiska dziesiątek, jeden, drugi, jeszcze nie koniec. Na czwartym dopiero dziesiątku urwał się rejestr. Wyszedłem z celi, bo padło nazwisko Meller - to mój pomocnik w ambulatorium. Żegnamy się w uścisku. Jeszcze przyjmuje słowa pociechy, nadziei i odchodzi. Widzę innych schodzących, dużo wśród nich nauczycieli. W sieni ustawiają ich, sprawdzają listę. I zaraz potem komenda: płaszcze, nakrycia głowy zdjąć i odłożyć na bok. Ostatnie złudzenie prysło. Szakale niemieccy już usprawniły swoją pracę. Wsadzają ich do samochodu, pluton egzekucyjny im towarzyszy. Ruszyli. Brama więzienna zasłoniła drogę. I odtąd często szły takie transporty. Dokąd jechali, jak ginęli? Lasy gniewkowskie i różnieckie - nieme tego świadki. I one tylko wiedzą, jak póżniej hańbiono Wasze groby, by zatrzeć zbrodni ślady.

 

2. Wspomnienia Marii Dykiert - nauczycielki z Niszczewic.

Spisałam swoje wspomnienia z okresu pobytu w więzieniu w Inowrocławiu podczas makabrycznej nocy w dniu 22 na 23 pażdziernika 1939 roku.

Oryginalny rękopis wspomnień Marii Dykiert 

"Działo się to na początku pażdziernika 1939r kiedy nad wieczorem zajechała robocza furka z jedną osobą (mężczyzna). Było to we wsi Niszczewice, gdzie pracowałam jako nauczycielka, a mąż mój Jan Dykiert był kierownikiem tej szkoły. Nakazano nam się ubrać i stawić się w urzędzie gminnym w Złotnikach Kujawskich. Tam powiedziano nam, że następnego dnia przyjedzie po nas stangret z majatku i zawiezie nas do Sądu do Inowrocławia na zebranie. Zatem wróciliśmy z powrotem wozem do domu. Na drugi dzień zajechał stangret z majątku bryczką i zawiózł nas do Inowrocławia, nie do Sądu lecz do domu administracyjnego więzienia. Tam nas zarejestrowano, odebrano wartościowe rzeczy, jak obrączki ślubne, portfel z pieniędzmi oraz dowody osobiste. Narazie wsadzili nas do celi blisko tego biura, mnie osobno i męża osobno. Kiedy zostałam w celi sama załamałam się i rozpłakałam, dlaczego nas zaaresztowano? Nad wieczorem usłyszałam kroki pod drzwiami, więc zaczęłam stukać do drzwi. Wtedy otworzył strażnik więzienny więc powiedziałam "by załatwili ze mną co sobie życzą, bym mogła odjechać do domu - tam mam dwoje małych dzieci". Strażnik widząc mnie płaczącą i załamaną, powiedział że zaprowadzi mnie do celi, gdzie jest więcej nauczycielek, a więcej zrobić nie może. Poszliśmy na I piętro i po otwarciu celi zapytał się "czy będzie tu miejsce dla jednej osoby". Osoby tam będące odpowiedziały "tak miejsce jest". Zostałam w tej celi i wtedy dowiedziałam się, że wszystkie zostały zaaresztowane w pierwszą niedzielę od aresztowania. Kazano nam się ubrać i dwójkami poszliśmy sprzątać kino. Natomiast w tygodniu codziennie chodziłam na portiernię by tam napalić w piecu i posprzątać.

Nadeszła niedziela  22 pażdziernika. W nocy obudziałam się i usłyszałam strzały, ok.12. Ogarnął mnie lęk jak i wszystkie koleżanki. Po chwili usłyszeliśmy, że ktoś idzie korytarzem na wyższe piętro. Stamtąd zabrano 3 osoby, jak się okazało póżniej

2 siostry Marię i Wandę DOMINICZAK nauczycielki ze Złotnik Kujawskich i Gertudę DOROSZEWSKĄ nauczycielkę z Januszkowa gm. Nowa Wieś wielka - siostrę mojego męża. Potem otworzono moją celę i wywołano mnie MARIĘ DYKIERT. Wszystkie cztery przeszłyśmy przez oddział żeński, potem męski. Po drodze zobaczyłyśmy zabitego mężczyznę leżącego na korytarzu i wtedy zrozumiałam co się dzieje. Wyprowadzono nas na ostatnie podwórze (brama i furtki przy portierni tuż przy ulicy Pakoskiej). Na podwórzu też zobaczyłam leżące zastrzelone osoby. Przy mnie stał jeden z oprawców i przyłożył mi pistolet do skroni. A ja patrząc mu prosto w oczy powtarzałam na przemian po polsku i po niemiecku "moje biedne małe dzieci" i "maine klaine Kinder". Rękę z pistoletem opuścił i zaczął wykrzykiwać - "świnie polskie i maciory". W tym samym czasie usłyszała strzał - koleżanka Maryśka upadła. Wtedy usłyszałam po niemiecku wypowiedziane słowa "frauen nicht aber gleick weck". Słyszącto portier, który miał klucze otworzył furtkę. Pomyślałam wtedy - "jeszcze nie jestem uratowana pewnie strzeli w tył gdy będę wychodzić". Za furtką znalazłyśmy się we trzy, wtedy koleżanka Wanda powiedziała, że Maryśka jeszcze żyje i cofnęła się z powrotem na podwórze. Podeszła do siostry, lecz ona nie poznała jej, tylko wypowiedziała - "strzel jeszcze raz bo ja jeszcze żyję". Wanda na to jej odpowiedziała - "ja cię uratuję możemy wyjść". Maryśka okazało się została postrzelona w płuco i przy pomocy siostry wyszła za furtkę na ulicę. Rozeszłyśmy się w dwie strony, dwie siostry razem, a ja z Gertudą. Byliśmy tylko w bieliżnie w halce i pończochach, więc pobiegłyśmy ulicą do rodziny naszej znajomej koleżanki nauczycielki. Mieszkali w domku parterowym więc zapukałyśmy w okno. Zostałyśmy wpuszczone do środka do domu po opowiedzeniu skąd jesteśmy położyli nas spać. Na drugi dzień rano pożyczyli nam pieniądze i po wynajęciu dorożki pojechałyśmy do Niszczewic do domu. Dzieci moje miały wtedy syn Karol 5 lat, a córka MARIA Bogumiła 3 lata. Po naradzie z moją szwagierką Gertrudą stwierdziłyśmy, że musimy z tego terenu uciekać. Ja zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy (tyle ile mogłam sama unieść) i wraz z dziećmi wyjechałam do swoich rodziców w poznańskie. Natomiast Gertruda pojechała do Lublina i za rok sprowadziła mnie i moje dzieci do siebie. Cały czas łudziłam się, że może mój mąż też cudem się uratował, choć gdy wyczytywano moje nazwisko na podwórzu DYKIERT ktoś odpowiedział "Jan schon weck". Pracowałam ciężko i bez żadnej pomocy wykształciłam swoje dzieci - tak sobie to przyżekłam. Do Zbowidu nie zostałam przyjęta - odpowiedż otrzymałam "zgodnie z regulaminem i statutem naszego związku Obywatelka nie przebywała w więzieniu niemieckim ponad 3 miesiące, co nie może być zaliczone za pobyt w więzieniach niemieckich". Widać statut nie przewidywał takich okoliczności. Wyprowadzono mnie mnie na rozstrzelanie i trudno mi uwierzyć do dziś jakim cudem żyję.

Obecnie za parę miesięcy kończę 90 lat gdyż urodziłam się 22 marca 1907 roku, cieszę się dobrym zdrowiem i przebywam ze swoimi dziećmi, które mnie otaczają swoją opieką i miłością".

                                                   Maria Dykiert

3. Relacja adwokata Zdzisława Cerkawskiego z okresu pobytu w             więzieniu w 1939 roku.

 

"Od listopada 1933 roku do końca sierpnia 1939 roku byłem adwokatem w Inowrocławiu. W połowie sierpnia 1939 roku zostałem powołany do służby wojskowej na stanowisko kierownika grupu w cenzurze wojskowej na poczcie w Inowrocławiu. Dowódcą całości był kapitan, którego nazwiska nie pamiętam. Dnia 4 września kapitan zarządził ewakuację naszego oddziału, gdyż wojska niemieckie zdobyły Bydgoszcz i posuwały się w kierunku Inowrocławia. Wyjazd nastąpił podwodami przez wieś Marulewy w kierunku Włocławka. Podczas drogi spotkaliśmy się z nalotami Niemców, którzy strzelali z karabinów do uciekającej ludności cywilnej, mimo że nie było żadnego wojska w mundurach, gdyż nasza grupa była w cywilu. Strzelano do dzieci, kobiet i mężczyzn i były wypadki śmiertelne. Do Włocławka zajechaliśmy 5 września i tam kapitan po zasięgnięciu informacji rozwiązał nasz oddział, oświadczając, że kto chce, może wracać do domu, a reszta może udać się z nim do Warszawy. Wraz z innymi postanowiliśmy wrócić do Inowrocławia i dodzliśmy do Radziejowa, gdzie powiedziano nam, że Niemcy - wojsko i ludność cywilna - rozstrzeliwują Polaków. Nabyłem więc w Radziejowie od kupca żydowskiego rower i wraz z kilkoma znajomymi postanowiliśmy się cofnąć na wschód w kierunku Warszawy. Ruch był ogromny, gdyż tłumy uciekinierów zajmowały drogi wozami i samochodami. Widzieliśmy Wojsko Polskie prowadzone przez Niemców. Krążąc bocznymi drogami doszliśmy do wsi Dąbrowa Biskupia pod Inowrocławiem i tam poraz pierwszy zobaczyłem młodych Niemców z opaskami. Jak się dowiedzieliśmy, była to organizacja "Selbtschutz", składająca się z Niemców młodych i starych. Po wylegitymowaniu i sprawdzeniu jakieś listy pozwolili mi wrócić do Inowrocławia.

Wróciłem do domu 27 września 1939 roku i tam od żony dowiedziałem się, że krążyły już plotki, iż Niemcy mnie zabili. Po dwóch dniach zostałem wezwany do stawienia się w biurze KKO w Rynku, gdzie po przesłuchaniu pozwolono mi wrócić do domu. Wychodząc na to spotkanie, około godziny 13 spotkałem w bramie domu brata Stefana, majora Wojska Polskiego, służącego w pułku podhalańskim w Bielsku Białej, ale na jego znak nie przywitałem się z nim, domyślając się, że coś jest nie w porządku. Gdy wróciłem do domu, brat spał w moim mieszkaniu. Pózniej dowiedziałem się, że jego pułk został rozbity pod Tarnowem, ale jemu udało się uciec. W czasie ucieczki zabił dwóch Niemców. W cywinym ubraniu pociągiem przyjechał do Inowrocławia. 29 września 1939 roku około godziny 15, gdy brat spał, przyszli do mnie oficer i podoficer gestapo i po wejściu do przedpokoju podoficer krzyknął do mnie "Hande hoch", mówiąc, że jestem polskim oficerem i zabiłem Niemców. Znieważając mnie, wymachiwał karabinem. Natomiast oficer wszedł do mego gabinetu i przeglądał akta w biurku, co widziałem przez otwarte drzwi. Gdy nic nie znalazł, przeszedł przez mieszkanie i na odpowiedz żony, że w łóżku leży chory brat - dalej się tym nie zajmował. Gestapowcy, sądząc, że to ja jestem tym oficerem, o którego chodzi, zabrali mnie ze sobą i zaprowadzili do więzienia przy ulicy Pakoskiej, gdzie mnie zatrzymano jako więznia.

W więzieniu przyjął mnie Niemiec Kurt Berndt. Był to mój klient, którego broniłem w sprawie karnej o kradzież, i który odbywał karę więzienia, gdy Niemcy wkroczyli do Inowrocławia. Berndt był w więzieniu dowódcą grupy Selbstschutzu, pełniącej tam obowiązki strażników. Zaprowadził mnie do celi, w której siedział kierownik szkoły Panny Marii - Sowiński. Pełnił on tu funkcję "pisarza więziennego", ponieważ znał pisownię gotycką, której używano w szkołach niemieckich. Do więzienia przyprowadzano co dzień po kilka osób, które Sowiński przyjmował, wpisując ich personalia do książki więziennej i odbierał od nich depozyty, które następnie przechowywał w kancelarii więziennej.

Dnia 7 pazdziernika 1939 roku został do naszej celi przyprowadzony Stefan Klonowski, podoficer 4 PAL w Inowrocławiu, który po około 10 dniach został zabrany i wywieziony do stalagu jako wojskowy. Następnego dnia przyszedł do naszej celi oficer gestapo - jak się pózniej dowiedziałem o nazwisku Taube - który pytał o nasze personalia. Sowińskiemu powiedział, że jest on przewodniczącym Polskiego Związku Zachodniego, co Sowiński przyznał. 10 pazdziernika 1939 roku przyjechał na podwórze więzienny autobus z gestapowcami. Zaczęli oni wywoływać więzniów z cel, a między innymi także Sowińskiego. Po odebraniu im wszystkich rzeczy wywieziono ich. Jak się dowiedziałem od Berndta, wywieziono ich w kierunku Kruszwicy - jak powiedział - "na kapustę", to jest na rozstrzelanie. W sądzie pracował mój kuzyn Czesław Roloff, który pod koniec sierpnia 1939 roku otrzymał legitymację członka Polskiego Związku Zachodniego. Do Związku zapisali się prawie wszyscy sędziowie i adwokaci. Skoro dowiedział się, że Niemcy pytają o członków tego Związku, zniszczył wszystkie legitymacje i uratował w ten sposób sędziów i adwokatów od śmierci. Mówił o tym po powrocie z wysiedlenia.

Dnia 10 pazdziernika 1939 roku przywieziono do więzienia 14 osób z Gniezna, a między innymi księdza Mateusza Zabłockiego, który był ranny i miał zakrwawioną rękę. Po zamordowaniu Sowińskiego, Berndt przekazał mi funkcję pisarza więziennego za zgodą naczelnika więzienia. Osobiście wpisywałem więzniów do księgi więziennej i odbierałem od nich rzeczy osobiste. Ponieważ ksiądz Zabłocki był ranny, prosiłem dra Józefa Durzyńskiego, lekarza powiatowego, który także był aresztowany i pełnił tu funkcję lekarza więziennego, aby opatrzył duchownego. Okazało się, że zaczęła się już gangrena. Ksiądz Zabłocki wraz z innymi więzniami z Gniezna skazany został przez Sondergericht w Inowrocławiu wyrokiem z 12 pazdziernika na karę śmierci. Przed śmiercią ksiądz Zabłocki napisał jeszcze testament, który został u mnie przechowany w płaszczu letnim wraz z brewiarzem. Gdy zostałem wywieziony, płaszcz został w więzieniu.

Od około 10 pazdziernika 1939 roku zaczęto wywozić prawie co dzień od 20 do 30 osób na rozstrzelanie. Zawsze było to wcześnie rano około godziny 6. Przyjeżdżała grupa gestapowców z gotową listą i wywoływała skazańców po nazwisku. Wychodzili oni na parter, gdzie musieli oddać wszystko, co posiadali, a następnie zabierano ich. Nie wiedzieli dokąd ich wywożą. Jako pisarz więzienny miałem otwartą celę od samego rana i nieraz przyglądałem się przez szparę drzwi osobom wywożonym. Nie wiedzieli, że wiozą ich na rozstrzelanie. O tym, że tak było dowiedziałem się od Berndta, który jako przełożony strażników więziennych dobrze był poinformowany, dokąd się ich wywozi. Ze względu na to, że byłem jego obrońcą w sprawie karnej, a nadto prowadziłem księgę więzienną, podawał mi nazwiska wywożonych. Polecił mi wpisywać do księgi, że więzniowie zostają na polecenie landrata wypuszczani na wolność, dosłownie "auf Anordnung des Kreislandwirts entlassen". Na moje pytanie, dokąd ich się wywozi, zawsze mówił, że "na kapustę", to znaczy na rozstrzelanie.

W dniu 14 pazdziernika w godzinach popołudniowych przyjechał pluton egzekucyjny na podwórko więzienne od strony zachodniej i tam sprowadzono w 2 grupach po 7 osób, które przywiązano drutem do kołków i następnie rozstrzelano. Część skazańców została przez kierownika plutonu dobita strzałem w głowę. Fakt ten widziałem osobiście, gdyż Berndt pozwolił mi i Klonowskiemu wejść na strych więzienia, skąd obserwowaliśmy całą egzekucję.

Na początku pazdziernika, ale już po zwolnieniu Klonowskiego, przyprowadzono młodego podporucznika niemieckiego w mundurze, pod eskortą i osadzono go w pojedyńczej celi. Nazwiska jego sobie nie przypominam, a Berndt na moje pytanie odpowiedział, że oficer ten zdezerterował i nie chciał walczyć.

Jakiś czas po tym przyprowadzono panią Małową, właścicielkę Królowogrodu pod Inowrocławiem, którą jednak wypuszczono za kilka dni, gdyż jak oświadczył mi Berndt, była poddaną Danii. Małowa była jedyną kobietą, którą formalnie zwolniono z więzienia.

Przed 20 pazdziernika 1939 roku przyprowadzono w kajdankach niemieckiego ziemianina Jana Gierkiego z Polanowic koło Kruszwicy. Winą Gierkiego było to, że rozszedł się z żoną Niemką i ożenił z Polką. Komendantem więzienia był wówczas oficer Faust. Byłem w więzieniu od 29 września do 1 grudnia 1939 roku i nigdy tego oficera nie widziałem. A musiałbym go widzieć, gdyż prawie codziennie, gdy przyprowadzano aresztantów lub rano wywożono ich na rozstrzelanie, musiałem ich rzeczy składać do depozytu, i to w biurze komendanta więzienia, po napisaniu nazwiska, a następnie musiałem oddać to komendantowi. Zawsze od chwili przejęcia funkcji pisarza więziennego, do 1 grudnia 1939 roku, siedział w biurze tylko Paul Petermann w charakterze komendanta. Jego zastępcą był oficer niemiecki Fritz Rolle, a strażnikami byli wyłącznie volksdeutsche z Inowrocławia, a ich przełożonym był Kurt Berndt. Ci volksdeutsche byli młodymi Niemcami z opaskami Selbstschutzu i kręcili się po więzieniu przeważnie przed południem.

Stałymi strażnikami byli starsi Niemcy: Draeger, Schode i Timm. Wszystkich ich trzech dobrze znałem jako moich klientów i dlatego miałem pewną swobodę, gdyż Niemcy ci mieli do mnie jakieś zaufanie i respekt. I tak Draeger i Schode przynosili do mej żony listy od aresztantów, a żona przekazywała je rodzinom. Również, gdy Niemcy ci byli przy bramie więziennej, to żona mogła podchodzić pod bramę i przez okienko mogłem z nią rozmawiać. Przynosiła mi także w ten sposób listy do aresztantów. Raz nawet poszedł Berndt do żony po "krwawej nocy" i powiadomił ją, że żyję, gdyż rozeszła się wieść, że zostałem także zamordowany. Naturalnie Niemcy robili to wszystko za pewnym wynagrodzeniem. Wieczorem, gdy był już spokój i światła w celach pogaszone, w holu siedział Drager lub Schode, mogłem udawać się do cel kolegów lub znajomych i rozmawiać z nimi, między innymi z: Józefem Znanieckim i Wichlińskim z Turzan, Trzcińskim z Helenowa, czy aptekarzem Teofilem Reszką. Przekazywałem im też informacje, które uzyskiwałem od Berndta.

Nadszedł dzień 22 pazdziernika - była to niedziela. Było słonecznie i słońce świeciło przez okno w celi, a więzieniu było cicho, gdyż nikt nie przychodził i nikogo też nie doprowadzano. Moja cela nr.7 była na parterze i położona była po lewej stronie od wejścia do więzienia, mniej więcej naprzeciwkom schodów, które prowadziły z parteru na I i II piętro. Na każdym piętrze był balkon, na który wychodziło się z celi. Na I piętrze, mniej więcej w środku, było specjalne stanowisko dla strażnika, skąd mógł obserwować dokładnie balkony i wejścia do wszystkich cel. Po wejściu do więzienia , zaraz po prawej stronie była specjalna cela karna na więcej osób, specjalnie okratowana. Tam umieszczano osoby osoby specjalnie zagrożone, po kilkanaście osób, tak że nie mogły nawet leżeć i skazane były raczej na stanie. Główną osobą w więzieniu był Berndt, który wszystkim kierował w samym gmachu więziennym, a Petermann i Rolle raczej urzędowali w kancelarii i dorywczo pokazywali się w więziennym gmachu. W kuchni były aresztowane kobiety i pamiętam, że na moją prośbę Berndt umieścił tam także niektóre znane mi panie, jak Znaniecką z Jaront.

W nocy z 22 na 23 pazdziernika około godziny 0.30 - spojrzałem wtedy na zegarek - zrobił się ruch i hałas. W bramie był wtedy Draeger, gdyż wieczorem jeszcze z nim rozmawiałem. Do gmachu więziennego wpadł Berndt i wywołał nazwisko oficera niemieckiego, którego już dziś nie pamiętam.Wyprowadził go z gmachu i po chwili usłyszałem strzał - domyśliłem się, że został rozstrzelany, gdyż Niemcy pałali do niego nienawiścią, skoro zdezerterował. Za chwilę Berndt wywołał Jana Gierkiego - Niemca i po chwili znowu padł strzał. Powtarzało się się to dalej i nie pamiętam, czy przy trzecim, czy też czwartym nazwisku wpadł do mej celi Berndt, zawołał do mnie po polsku "siedz cicho i nie odzywaj się". Zamknął celę, a następnie biegł po następnego aresztowanego. Jak pamiętam, na podwórzu za bramą więzienną zastrzelono 8 ludzi. Nie pamiętam kiedy sprowadzono z cel kobiety, ale w pewnym momencie było słychać ich krzyk i płacz. Jak mi potem opowiadał Berndt, wyprowadzono cztery kobiety i następnie wypuszczono je na wolność przez bramę. A były tylko cztery kobiety, gdyż kiedy następnego dnia sporządzałem spis więzniów, brakowało właśnie czterech kobiet. Z wyroku sądowego wynika, że krwawą rzez przeniesiono do gmachu więziennego, bowiem według landrata Hirschfelda egzekucja na podwórzu odbywała się zbyt wolno. Tymczasem, jak mnie się wydawało z sytuacji w więzieniu i jak mi pózniej mówił także Berndt, sami więzniowie nie chcieli opuszczać cel słysząc strzały oraz nazwiska wywoływanych więzniów. To właśnie było powodem, że Hirschfeld przeniósł całą akcję do gmachu więzienia.

Po wdarciu się do gmachu więziennego z hałasem polecono otworzyć wszystkie cele na I i II piętrze, natomiast cele na parterze nie zostały otwarte i nikogo z nich nie wypuszczono. Gdy cele na piętrze otwarto i wypędzono wszystkich aresztowanych, na parter wypędzono tylko nieliczną grupę, co słychać było z hałasu spowodowanego zejściem. Z tego skorzystali niektórzy więzniowie i będąc na parterze nie ustawili się w szeregu, lecz korzystając z chwilowego nieporządku schowali się do pomieszczenia, w którym znajdował się kocioł centralnego ogrzewania. Skorzystali przy tym z ciemnego korytarza, który tam prowadził z prawej strony wejścia. Mówili mi o tym następnie niektórzy aresztanci, a pózniej także były dyrektor "Cegielskiego" w Inowrocławiu, który także w ten sposób się uratował.

Jak mi pózniej opowiadał Berndt, na liście do rozstrzelania były 23 osoby. Stojąc ubrany w celi przy drzwiach i oparty o ścianę stałem w tej pozycji prawie do godziny piątej rano. Ponieważ drzwi mej celi były prawie naprzeciwko zejścia schodów z piętra, a sądząc z odgłosów wszystko odbywało się przy zejściu albo blisko tego, mogłem dokładnie słyszeć kroki i rozmowy. Dobrze poznałem głos Hansa Ulrycha Jahnza, ziemianina z Pałczyna, który jako mój klient był mi znany. Nie pamiętam wszystkiego, ale przeważnie odbywało się to w ten sposób, że Otto Chrystian Hirschfeld, komisaryczny starosta inowrocławski, pytał skazanego na śmierć o pewne dane, a potem po małej chwili słychać było strzał z naprzeciwka, gdzie prowadziły drzwi i korytarz na podwórze więzienne. Początkowo wywoływano nazwiska pojedyńczo i wywoływani schodzili na parter i tam odbywała się krótka rozmowa. Po małej chwili słychać było strzał, a zatem przerwa ta spowodowana była tym, że skazańca odprowadzano przez korytarz na podwórze. Prawdopodobnie egzekucję wykonywano zaraz po wyjściu z korytarza na podwórze, a potem zamordowanego odciągano dalej. W ten sposób wykonano wyrok na dwudziestu kilku skazanych. Następnego dnia, gdy z polecenia Berndta wypisywałem notatki o śmierci w księdze, podał mi on na liście 22 lub 23 nazwiska. Następnie Hirschfeld wywoływał osoby z parteru czy piętra i skazywał na rozstrzelanie jub też odstawiał je.

Pamiętam dokładnie scenę z ziemianinem Edwardem Ponińskim, gdyż rozgrywała się ona blisko moich drzwi. A równocześnie Jahnz przeprowadzał rozmowę z Kiełbasiewiczem. Hirschfeldt między innymi pytał Ponińskiego, co on da za życie tego oto robotnika, to jest Kiełbasiewicza. Poniński podał jakąś kwotę. Równocześnie Jahnz mścił się na Kiełbasiewiczu, wyzywając go rozmaitymi obelżywymi słowami, mówiąc mu, że więcej już nie będzie buntował jego robotników rolnych. Między innymi krzyczał, co dobrze pamiętam: "Du bist schon tod, du bist schon eine Leiche", a wtedy Kiełbasiewicz zawołał: "Ich bin ein Kommunist". Poniński, sądząc widocznie, że powiedział to robotnik, powiedział głośno: "fur einem Kommunisten gebe ich nichts". Jak z dalszych słów Jahnza wynikało, wyprowadził on Kiełbasiewicza na korytarz i tam go zastrzelił przed podwórzem. Co do Ponińskiego, to słyszałem, że Hirschfeldt wydał jakieś polecenie, którego treści nie pamiętam, ale widocznie odprowadzono Ponińskiego na bok i niedaleko mojej celi od lewej strony, bo słyszałem jęki i uderzenia, jakby kolbą karabinu. Odnośnie do aptekarza Teofila Reszkego, to słyszałem, że odgrażano się za to, że z jego apteki harcerze strzelali do wojska niemieckiego i ze słów niemieckich zrozumiałem, że został zabity kijami, gdyż słychać było uderzenia, i to z prawej strony mej celi, niedaleko wejścia do więzienia.

Cała egzekucja trwała miej więcej do godziny 5 nad ranem.

Gdy oprawcy opuścili więzienie i wszystko się uspokoiło - po jakieś godzinie przyszedł do mej celi Berndt i Petermann. Polecili mi, abym obszedł wszystkie cele i sprawdził stan obecnych w więzieniu. Wynikało z tego, że Niemcy nie wiedzieli ile osób faktycznie zginęło tej nocy. Przechodziłem wszystkie cele i stwierdziłem według księgi, że tej nocy zginęło 56 osób. Po dokonaniu tej pracy poszedłem także na podwórze i widziałem wszystkich pomordowanych, leżących na całym podwórzu i rozebranych do koszuli i kalesonów. Ubrania, skarpetki i buty były zabrane. Pózniej widziałem, jak strażnicy chodzili w butach i ubraniach po zamordowanych. Przypomina mi się charakterystyczne zdarzenie, jakie przeżyłem przy spisywaniu więzniów. Gdy byłem przy celi 111 wówczas pokazała mi się w otworze drzwi (judaszu) jakaś twarz i osobnik ten wdał się ze mną w rozmowę. Po jakieś chwili dogadałem się z nim, że jest to Franciszek Chojnacki, spowinowacony z moim kolegą szkolnym - księdzem Henrykiem Rajterem. Powiedział mi on, że także był wzywany do rozstrzelania, ale się nie zjawił. Prosił mnie, aby go skreślić z listy żyjących, gdyż mogą go zabrać na rozstrzelanie. Wyraziłem na to zgodę i skreśliłem go z listy osób żyjących, a następnie przez pewien czas go dożywiałem, przynosząc mu jedzenie. Gdy do jego celi następnie dołączono innych aresztantów, została sprawa dożywiania załatwiona, gdyż do cel przynoszono żywność dla osób tam przebywających.

4. Wspomnienia Anny Pawłowskiej - nauczycielki z Ostrowa koło Janikowa (spisane w 1964 roku).

11 pażdziernika 1939 roku zostałam aresztowana i odprowadzona "pod konwojem" do Inowrocławia, a razem ze mną kierownik janikowskiej szkoły Jan Wojciechowski, nauczyciel Prez, urzędnicy cukrowni, naczelnik poczty i koleżanka z Kołudy - Zofia Fenglerówna. W więzieniu znajdowało się już nauczycielstwo z całego powiatu. Mieli nas wywiezdz do Dachau, lecz nie doszło do tego, zostaliśmy zdziesiątkowani na miejscu. Dnia 14 pażdziernika wieczorem dokonano egzekucji na 14 ludziach spod Gniezna, którzy opierali się Niemcom. Zamknięte w celach przeżywałyśmy śmiertelną zgrozę, gdy zbrodnia dokonywała się tuż za ścianą.

Była to sobota. A w niedzielę przed południem kazano nam spacerować po podwórzu, gdzie rynsztok był krwi pełen, a na drucie wisiały szmaty zdjęte z oczu skazańców. Była mgła, wilgoć i fetor krwi mdliły. Młodziutka nauczycielka Jadwiga Smagłówna, znalazłwszy patron od naboju karabinowego podniosła go szybko z ziemi i w uniesieniu powtarzała:

- Tu przyjdę z dziećmi uczyć historii. Tu przyjdę.

- Koleżanko, zamilczcie. Strażnik słucha.

Nie przyszła nigdy uczyć historii, rozstrzelano ją.

Kiedy podeszłyśmy pod skrzydło więzienia, gdzie byli nasi koledzy, nauczyciele zaczęli nas pozdrawiać z uśmiechem, ciesząc się, że się jeszcze widzimy. Podeszłam bliżej, ale rozmawiać nie mogłam. Nieszczęście wspólne było zbyt wielkie. Patrzyliśmy śmierci w twarz.

-Bracia, bracia - szeptałam do siebie. Poczucie braterstwa zbudziło się we mnie, stanowiąc ucieczkę i noc. Tamta krew z rynsztoku podziałała jak chrzest jakiś, zmywający grzechy, rozżarzający miłość

- Bracia. Bracia. Symfonia Bethowena brzmi: "Wszyscy ludzie są braćmi".

Była niedziela 22 pażdziernika, pochmurna i smętna. Gromadka koleżanek poszła już na swoją codzienną pracę obierania kartofli w gmachu dzisiejszego liceum żeńskiego (teraz II LO im. Marii Konopnickiej), gdzie stało zmotoryzowane wojsko niemieckie. Poszło ich tego dnia więcej niż zazwyczaj, bo dawano tam dobry obiad,

a żołnierze byłi uprzejmi.

My pozostałe siedziałyśmy w celach. Przyszło potem kilku żołnierzy

i zaczęło do cel zaglądać. Wreszcie nadszedł za nimi butny i cyniczny podoficer i wywołał nas kilkanaście do szorowania szkoły niemieckiej przy ulicy Solankowej. Przyprowadzono nas tam i kazano myć podłogi, okna i zamalowane szyby schronu, a brutalny Niemiec nogą wskazywał robotę i pokrzykiwał na nas. Młodszy zaś przygadywał nieprzyzwoicie.

Pani Ciszewska z Rojewa zmywała szafirowe szyby.

- Mam ochotę rzucić się z tego okna - powiedziała.

- Już tylko taka praca jest dla nas - poskarżyła się druga.

Do mnie podszedł wożny i szepnął:

- Niech pani zostawi to szorowanie, tylko ściera ławki i w szafie zrobi porządek.

Weszłam do klasy obok i spojrzałam przez okno. Na gładkim podwórzu stał w jesiennej czerwieni ogromny kasztan. Coś jakby oderwało się od moich zgnębionych myśli. Podwórze, dzieci, przerwa, gwar. Jestem, istnieję, nic mi się nie stało. Ale tylko przez moment trwa złudzenie i rzeczywistość wraca.

Wieczorem odprowadzono nas. Było to przed kolacją, wróciły wszystkie od prac w mieście i czekałyśmy przed celami na żeńskiej stronie. Na dole stało stało pięciu z Gestapo i straż więzienna. Patrzyli w górę na rzeszę kobiecą, twarze mieli zimne, grymasy złe. Wreszcie wyszli. Koleżanka z mojej celi wołała pół głosem do mnie

z góry: - Puszczą nas, puszczą - słyszałam jak mówili: - po co tyle ludzi trzymać i karmić.

Koleżanki z pracy "w motoryzacji" opowiadały o pysznym obiedzie, którym żołnierze je poczęstowali. Nawet masło im postawili, nawet cukierki. Nie przeczuwały biedaczki, że ten suty poczęstunek, to była stypa dla skazanych, a żołnierze wiedzieli o tym.

O pierwszej w nocy powstał w więzieniu okropny ruch. Szczękały klucze, zajeżdżały samochody. Na męskiej stronie po żelaznych schodach zsunęła się lawina ludzkich stóp. Rozpoczął się wrzask, wywoływanie nazwisk, komendy, salwy, krzyki i jęki.

Rozpoczęło się piekło.

Po salwach, jak grad rozlegały się brauningowe trzaskania na podwórkach i w gmachu. Zerwałyśmy się z pryczy obie z koleżanką,

a trzecia spod okna wraz z nami.

- O Jezu, toć oni nas wystrzelają. A tam za oknami szalały - mord i rzeż. - Leon Koszczyński - krzyczał ktoś.

Potem ktoś wołał rozpaczliwie pod oknem.

- O Jezu, o Jezu, gdzie ja jestem? Dokąd mam uciekać?

I znów salwy i znów grad brauningowy.

Nieprzytomne prawie wołałyśmy o zmiłowanie Boskie. Cała żeńska strona, wszystkie cele nauczycielek padały na twarz, modląc się. Wtem na dole szczęknęły złowrogie klucze. Banda jakaś wdarła się

z krzykiem i pędziła nas w górę.

Wśród wrzasku otwierano sąsiednią celę.

- Dykiert. - Doroszewska. - Dominiczak Wanda. - raus!

I wśród piekielnego jazgotu pociągnięto je na dół.

Słyszałyśmy głos Wandy: - Jezu, za co?

Zrozumiałyśmy momentalnie. Apel nasz był rozpoczęty.

Za oknem zabrzmiała wściekła komenda:

- Eins, zwei, drei. Feuer!

Ale salwa nie rozległa się. I jeszcze raz to samo - i znowu nic.

Trzeci raz komenda, ale salw nie było, tylko trzaskały brauningi.

Potem otwarła się gardziel ponownie i myśmy czekały kolei.

Modlitwy nasze stały się przedśmiertne, głowy zaciężyły i opadły

z nieprzytomnego umęczenia, spieku i żaru. Coś mnie zasłoniło od rzeczywistości. Spojrzałam na drzwi i w "dekielku" zobaczyłam nagle obrazek: starzec, kobieta z dziecięciem na osiołku, opuncje się chwieją. Coś jak film. Idą, idą, przeszli! Przy nich jakiś spokój, jaka szeroka przestrzeń.

- Zabierajcie, ratujcie nas - wołam, ochodząc od zmysłów.

- Módlmy się za oprawców! - jęknęła też półprzytomna z trwogi koleżaneczka. Więc modlimy się za ich mordercze ręce i duszę. Piekło uspokaja się. Milknie o godzinie piątej rano.

Nie przyszli po nas. Koleżanką wstrząsa paroksyzm febry.

Okrywam ją, uspokajam, ale nie wiadomo, która z nas jest mocniejsza w tej chwili.

O szóstej rano otwierają się cele i zjawia się naczelnik straży Kurt Berndt - rozpustnik cuchnący krwią. Przyszedł do nas właśnie, bo tu więził swą opiekunkę. Odwróciłyśmy się od niego. Nadszedł też w tej chwili strażnik Scheede i zaczął nas wyganiać.

- Idżcie, idżcie do pracy przy motoryzacji.

I posłał tam dwadzieścia spomiędzy nas. Prowadzili nas dwaj żołnierze najbliższą ulicą od więzienia. Koło liceum, dziatwa i matki przystawały na chodnikach i towarzyszyły nam kęs drogi.

Jak w drodze na Golgotę. Potem w suterenach cały dzień strugałyśmy kartofle i brukiew. Była swoboda, żołnierze nas nie pilnowali, toteż przyszli różni bliscy i matki niektórych koleżanek. Rozmowy były smutne. Teraz uczestniczki wczorajszego tutaj obiadu już rozumiały słyszane wtedy szepty żołnierzy pomiędzy sobą.

- Wszystkie będą rozstrzelane. Ale one nie domyślały się wtedy, że to o nich mowa.

- Jak posłyszysz mamusiu, tej nocy strzały, wiedz, że już po mnie - mówi któraś do matki, a matka stoi jak martwa i tylko jej łzy spływają rzęsiste.

- Koleżaneczki, proszę przestańcie, nie mówmy już o tym, brak już sił - odezwałam się.

Pracujemy do godziny trzeciej, a jeszcześmy nic nie jadły. Wreszcie żołnierze wołają nas do swych kotłów, wielkich jak lokomobile

i częstują gorącym mięsnym krupnikiem. Ten posiłek nas krzepi. Pilnuję koleżanki, by się należycie posiliła, bo słania się na nogach. Dają nam też z kotłów jakiejś gorącej, ziołowej, mocnej herbaty

z rumem. I to nas rozgrzewa, przywraca siły.

Wracamy, szaro, mży. I znów nas odprowadzają przechodnie. Wchodzimy do hali na dole i żołnierze oddają nas straży.

- Kobiet tam nie było - mówi głośno jakiś kuchcik do nas.

- Sam woziłem trupy, było 63, ale kobiet nie było.

Powoli zebrałam szczegóły tej makabrycznej nocy. Wszystkieśmy były najpierw skazane do obozu Dachau, potem zmieniono to na wyrok śmierci. A w tę noc i żołnierze to wiedzieli.

Po kilku dniach dowiedziałyśmy się, że owe wywleczone z początku koleżanki żyją, i że Maria Dominiczak ma przestrzelone ramię

i jest w szpitalu. W czwartym roku wojny spotkałam Marię Dominiczak i ona uzupełniła fakty tamtej nocy.

Wszystkie miałyśmy być rozstrzelane, a my na początek,

ale żołnierze odmówili strzału do kobiet. Gdy je wywleczono, postawiono pod mur. Żołnierze odmówili "ognia", a koleżanka Dykiertowa poznała leżącego na ziemi swojego męża i zaczęła jęczeć

- Moje dziecko. Moje dziecko. Wtedy landrat krzyknął: - Frauen nicht.

Drugi Niemiec, tutejszy właściciel majątku zaczął na to klnąć

i obaj pokłócili się, a tymczasem strażnik Scheede chwycił wszystkie trzy kobiety i wypchnął za bramę. Ale Wanda Dominiczak wpadła we drzwi z powrotem i błagała:

- Moja siostra. Moja siostra.

- Ja stałam pod murem - mówiła Maria Dominiczak - krew upływała

z przestrzelonego ramienia i byłabym napewno sama nie wyszła.

Strzelił do mnie ów polski Niemiec, ale Scheede wyciągnął mnie za bramę. Gdy poszłam do szpitala uwzięło się na mnie Gestapo, wszczynając najpierw dochodzenie z zastrzeżeniem tajemnicy,

a potem nakładając areszt domowy na cały rok, tak że do opatrunku jeżdziłam pod konwojem. Śmierć od kuli nie jest straszna - zakończyła Maria Dominiczak.

Ilu spośród nauczycieli zginęło, zrazu nie wiedziałyśmy. W każdym razie kilkunastu, resztę 1 listopada wywieziono do lasów za Gniewkowem i tam rozstrzelano. Wśród nich byli, nasz Jan Wojciechowski, Adolf Prez, Czesław Tudzik i wielu znajomych,

a z kobiet razem z nimi stracono Wandę Ciszewską z Rojewa - matkę dwojga dzieci, Zofię Frejerową i Jadwigę Smagłównę z Gniewkowa.

Naraziły się Niemcom, służąc wiernie Polsce. Naskarżyli na nie miejscowi Niemcy, których dzieci uczyła.

W Ostrowie zbierano o mnie wiadomości. Niemiec Treuhlan dopytywał się i wtedy ludzie, a nawet największy lizus Niemcom - kowal, nie powiedzieli o mnie nic złego. Przeciwnie, oświadczyli, że pracowałam tylko z ich dziećmi, nie zajmując się polityką.

I to mnie uratowało. Dnia 3 listopada dostałam w kancelarii więziennej na piśmie zwolnienie i złożyć musiałam podpis, że nie będę uczyła własnego dziecka, bo gdy znowuż przyjdziecie tutaj, to tylko pod mur - pouczał wachtmeister.

Przechowuję po dziś dzień ów świstek więzienny. Inni sowicie zbierają krzyże, medale, nagrody, wyróżnienia, a ja mam mój więzienny dokument. Myślałam zawsze, że gdy Polska wróci, to policzy bohaterstwo nauczycielek. Nagrodzi i pochwali. Stało się odwrotnie, podeptano mnie na koniec do cna. A co się stało i jak stało - opowiem.

5. Wspomnienia Wandy Dominiczak - nauczycielki ze                Złotnik Kujawskich.

"Jahnz krzyknął - Raus! Nie pozwolono nam się ubrać, tak że wychodziłam boso, otulona tylko płaszczem, przy czym Jahnz kopnął mnie kilka razy i uderzył w twarz, aż mi krew poszła nosem. Siostra moja Maria Dominiczak nie zdążyła nawet ubrać płaszcza. Wyszła tylko w koszuli. Wyprowadzono nas na dziedziniec więzienia. Na chodniku spostrzegłyśmy cały szereg trupów. Stałyśmy właśnie na ostatnim stopniu schodków, gdy Jahnz do nas krzyknął - Stehenn!! Obejrzałam się. Stał na najwyższym stopniu i trzymał rewolwer w ręku. Strzelił do mnie, widziałam jeszcze jego wyciągniętą rękę z rewolwerem i zaraz zostałam ugodzona w ramię. Oparłam się o mur. Siostra moja Maria wraz i innymi nauczycielkami stały na stopniu, kiedy podszedł do nich Hirschfeldt. Mierzył rewolwerem w czoło siostry i wykrzykiwał strasznie głośno - Du polnische schwein !! Potem nagle opuścił rękę i krzyknął - Frauen nicht !! Kazał otworzyć bramę i wyrzucono nas na ulicę. Tam zemdlałam"

6. Wspomnienia nieznanego świadka.

"Gdy zszedłem na parter zobaczyłem pięciu zbirów hitlerowskich. Jeden z nich doskoczył do mnie i zapytał się kto jestem. Na odpowiedz - nauczyciel - kazał mi stanąć pod ścianą i podnieść ręce do góry i nie ruszać się, ani oglądać. W tym czasie schodził ze schodów ktoś inny i Niemiec skierował się do niego. Moment ten wykorzystałem, odbiegłem od muru i ukryłem się w tłumie innych więzniów".

Ostatnie listy napisane przed egzekucją.

 

Przed wyjściem na egzekucję, więżniowie pisali swoje ostatnie listy. Pismo listów było równe, ręce nie drżały. Skazani na śmierć byli do ostatniej chwili bardzo spokojni. Poniżej kilka z zachowanych takich listów.

 

   Kochana żono i kochani Rodzice!

    Wyspowiadałem się dzisiaj szczerze i przyjąłem Pana Jezusa, bo jutro mam się rozstać z tym światem. Przesyłam Wam ostatnie pozdrowienie i życzę Wam, żeby Bóg Wami się opiekował w ciężkich tych czasach. Proszę serdecznie o modlitwę za spokój mojej duszy. Kochana żono, idż do mojej matki i pokaż im ten list ostatni. Zostańcie z Bogiem. Nie rozpaczajcie. Zgadzajcie się z wolą Bożą.

Walenty Michalski  

 

Kochani Rodzice, Bracia i Siostry!

    Dziś wieczorem wyspowiadałem się i przystąpiłem do komunii świętej, bo jutro rano muszę z tego świata zejść. Serdecznie Was żegnam i proszę o modlitwę i mszę św. za spokój mojej duszy. Pozdrawiam też serdecznie ostatni raz wszystkich moich znajomych. Niech Bóg ma Was w swojej opiece.

Wasz syn i brat Jan

 

Najdroższa Matuś!

    I nadeszła moja ostatnia noc. Bóg powołuje mnie przed swój Majestat, dla zdania rachunku z mego życia. Jestem zupełnie spokojny, pocieszony komunią św., ostatnim pokarmem mej duszy. Wstępuję w progi śmierci z tą niezachwianą wiarą, że Bóg okaże mi swoje miłosierdzie i nie będzie mi sędzią, ale zbawicielem i obdarzy mnie życiem wiecznym w swojej chwale wiekuistej.

Jestem spokojny, bo muszę być godnym miana Twego - moja najdroższa Matuś - syna tego wszystkiego coś Ty mi najdroższa wpoiła, co wyssałem z Twych piersi. Tyś była mi wzorem w tych chwilach więzienia. Myśl o Tobie była mi osłodą w cierpieniach, tęsknotach i modlitwie.

Matuś! Nie płacz! Bóg tak chce i z Jego Przenajświętszą Wolą musimy się pogodzić. On nam dozwoli w wiecznym życiu zaznać jeszcze tego szczęścia, którego odmówił nam na ziemi. Dzięki Ci Matuś za wszystkie trudy, które dla mnie poniosłaś. Przebacz mi wszystko, czem Ci dokuczyłem. Wiem, że nie zawsze byłem dobrym synem, ale cóż, nieraz trudno było pogodzić obowiązki Twego dziecka z innymi obowiązkami. Ty mi przebaczysz

i będziesz zawsze modlić się o zbawienie duszy mej, aż do chwili, kiedy połączymy się na wieki.

Moniu! Siostrzyczko moja! Dzięki Ci za wszystko, coś dla mnie uczyniła. Byłaś mi pomocą, rozumieliśmy się, kochaliśmy się, było nam dobrze ze sobą. Teraz zastąp mnie Matusi, osłódż jej ostatnie chwile, niech nie odczuwa mej straty. Bądż jej najlepszą córką

i pocieszycielką.

Piszę również do Staruszka, Władzi i Wikuli. Moje ostatnie życzenie. Otóż proszę bardzo, nie noście po mnie żałoby, dla Was przecież ja nie umieram. Ja chcę w sercach Waszych żyć, a żałobę nosi się po zmarłych.

Wśród moich najbliższych proszę rozdzielić książki oraz fotografie. Materiał na ubranie, które leży, przeznaczam Wikuli, również ślubną obrączkę. Zegarek na rękę, portfel i portmonetkę proszę dać Jurkowi, jako pamiątkę od wujka. Dzieciom Kazia, Haliny i wujka Józefa, bieliznę i książki. Teresce proszę dać pierścionek, który jest tutaj 

w więzieniu, i który zostanie wraz z innymi rzeczami przesłany do Was. Marysiowi, papierośnicę.

Księdza Józefa proszę o modlitwy 

i mszę św. w dniu 20 marca. Egzekucja bowiem nastąpi 20 marca 

o godzinie 5:45 rano.

Matuś Najdroższa! Moje myśli przy Tobie do ostatniej chwili.

Kochajcie się, zachowajcie mnie w sercach Waszych i modlitwach. 

Żyjcie w szczęściu i miłości.

Ostatnie uściski zasyła Wam kochający Was do ostatniego tchu życia

Wasz Stefan.