Więzienie dla kobiet o zaostrzonym reżimie

Sierpień 1952 - marzec 1955

Zaostrzenie reżimu więziennego w Inowrocławiu zaplanowane zostało w Warszawie i wynikało z nowej polityki wobec wrogów ówczesnego systemu.

27 lutego 1950 roku i 12 września 1950 roku Departament Więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego wydał instrukcję w sprawie segregacji więzniów na trzy kategorie: A, B i C.

Do pierwszej grupy, oznaczonej literą A zaliczono osoby uznane za "najbardziej zaciekłych wrogów władzy ludowej". Dodatkowym kryterium była wysokość wymiaru kary. W tym przypadku powyżej 10 lat. Prawie wszystkie więzniarki odbywające karę więzienia w Inowrocławiu zostały przydzielone do tej grupy. Więzniowie z grupy A mieli odbywać karę w najgorszych warunkach. W zimnych i ciemnych z betonową podłogą celach, maksymalnie utrudniających kontaktowanie się z innymi więzniami.

Więzienie we Fordonie

Już w marcu 1950 roku rozpoczęto realizowanie instrukcji MBP. Pierwszym etapem było umieszczenie więzniarek politycznych w suterenach w więzieniu we Fordonie koło Bydgoszczy. Oddział taki powstał we Fordonie już 2 marca 1950 roku. Suterena była specjalną celą o zaostrzonym rygorze.

Niektóre z więzniarek politycznych, które pózniej znalazły się w Inowrocławiu spędziły w fordońskiej suterenie 2 lata. Jednocześnie przygotowywano więzienie w Inowrocławiu do pełnienia funkcji obiektu przeznaczonego do izolacji więzniarek politycznych z najwyższymi wyrokami. Według wspomnianej instrukcji utworzono dla nich w Inowrocławiu specjalny oddział mający kategorię A.

Pierwszy transport więzniarek, po zmianie statusu więzienia przybył do Inowrocławia 28 sierpnia 1952 roku. Przed wyjazdem z Fordonu tamtejsze strażniczki uprzedzały więzniarki, że "będziecie tam miały zle". Transport liczył 61 kobiet z wyrokami powyżej 10 lat, które przedtem izolowano w więzieniu w Fordonie. Kobiety przywieziono stłoczone w więziennych ciężarówkach. W każdej ciężarówce, na jej końcu siedział uzbrojony strażnik więzienny. Konwojentami byli żołnierze Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którzy wykonywali takie zadania. Często towarzyszyli im przedstawiciele Departamentu Więziennictwa MBP. Tak było w przypadku tego pierwszego konwoju. W jednym z samochodów siedział major DW MBP.

Chociaż podczas podróży więzniarkom pozwolono na rozmowę, to wiele z nich obawiało się, że zostają wywożone na egzekucję, co wcześniej wielokrotnie im obiecywano.

Pierwsze wrażenie po przybyciu do inowrocławskiego więzienia było porażające. Po wyładowaniu, oślepione reflektorami, niektóre z nich nie widząc więziennego budynku myślały, że przyjechały na miejsce egzekucji.

Tak zapamiętała przybycie do Inowrocławia jedna z uczestniczek transportu - Irena Cieślińska-Skrzypiec:

"Wyładowali nas do dużej hali z metalowymi gankami i kazali stanąć twarzą do ściany. Bardzo nieprzyjemnie wyglądająca naczelniczka więzienia każe nam wchodzić przez nieduże drzwi. Okazuje się, że są to drzwi do szatni i pryszniców. Każą się rozbierać. Oddziałowa zagląda do ust, między palce od nóg i każe robić przysiady. Idziemy pod zimne prysznice. Wszystko w pośpiechu, bo jest kilkadziesiąt osób. Z pryszniców leciała chłodna woda. Kąpiel trwała tak krótko, że więzniarki nie zdążyły zmyć z siebie mydła. Potem dostajemy bieliznę, mundur i ręcznik. Odzież jaką dostałyśmy była brudna i śmierdząca. Do szatni już nie pozwolili wrócić, więc wszystko co się miało na sobie i ze sobą tam zostało. A zostały szczoteczki i proszki do zębów, okulary i inne osobiste rzeczy. Ostre traktowanie, krzyki i odebranie wszystkich rzeczy nie wróżyło nic dobrego. Po zimnej kąpieli odprowadzono nas pojedyńczo do cel. Pamiętam do dziś swoje więzienne ubranie. Zielonkawo-popielate reformy za kolana, popielata sukienka do kolan i drewniaki o parę numerów za duże. Pojedyńcza cela była zimna, a ściana pod oknem pomalowana była na czarno. Cały mój optymizm runął tak gwałtownie, jak wali się ściana od wybuchu. Byłam przerażona".

Przez pierwsze dwa dni pobytu w inowrocławskim więzieniu kobiety nie otrzymały wody do picia. Pózniej stopniowo dostawały miski, łyżki, koce poduszki i staniki. Po kilku dniach więzniarki otrzymały do cel pocztowe kartki, na których kazano im napisać małymi literami, bez znaków przystankowych następujące zdanie:

"przebywam w Inowrocławiu, nie pisać, nie przyjeżdżać, nie przysyłać paczek i pieniędzy do odwołania".

Kolejny transport więzniarek przybył do Inowrocławia na początku lipca 1953 roku. Transport przybył z więzienia na Mokotowie w Warszawie i liczył 20 kobiet. Nie zawsze więzniarki były przywożone do Inowrocławia samochodami. Kobiety z dwóch transportów "krakowskich" przywieziono specjalnym izolacyjnym wagonem kolejowym, w którym znajdowały się małe cele z małymi okienkami. Podczas podróży było zimno. Przed wyjazdem więzniarki usłyszały, że: "jadą na białe niedzwiedzie". Wyładowano je na dworcu towarowym w Inowrocławiu i pod eskortą przyprowadzono do więzienia. Obok kobiet o bogatej przeszłości konspiracyjnej z okresu II wojny światowej, jak i po niej, trafiały do Inowrocławia nauczycielki języka polskiego w ambasadach zachodnich państw, osoby blisko związane z osobami poszukiwanymi przez UB, a także osoby, które np. poczęstowały mlekiem żołnierzy oddziałów zbrojnego podziemia.

Cele w inowrocławskim więzieniu miały betonowe podłogi i pomalowane były na czarno do połowy ściany, co na kobietach robiło silne wrażenie. Niektórym więżniarkom taka cela kojarzyła się z trumną.

W celach znajdowało się następujące wyposażenie: stolik i taboret przymocowane do ściany, prycza z drewnianymi deskami przymocowana do przeciwległej ściany, szafka wisząca, baniak na zlewanie wody i ekstrementów (nazywany kiblem), cynowe naczynie zbliżone kształtem do spłaszczonej tortownicy służące do mycia, pudełko po konserwie wypełnione piaskiem, który służył do szorowania naczynia do mycia, a także dzbanek, miskę z cynową łyżką i kubek.

Pomiędzy opuszczonym stolikiem, a rozłożoną pryczą nie można było swobodnie przejść. Na pryczy znajdowały się: siennik wypełniony sieczką, podłużna poduszka pełniąca też rolę zagłówka, prześcieradło i cienki koc. Niektóre sienniki w skutek zużycia były bardzo cienkie. W pózniejszym okresie na takim sienniku spały nieraz po trzy kobiety. Niektóre owijały się w prześcieradła, by chronić się przed szorstkim kocem. Małe zewnętrzne okna były przysłonięte zewnętrznymi matowymi blendami, lub zamalowane były farbami. Otworzyć je można było za pomocą specjalnej dzwigni. W ciepłe dni w celach panowała duchota, natomiast w zimie temperatura była zbliżona do temperatury na zewnątrz. Na ścianach wtedy pojawiał się szron.

Każda z kobiet otrzymywała od administracji więziennej: męską koszulę, bluzę, spódnicę, a w zimie pończochy i ciepłe reformy, oraz drewniaki. Następnie grzebień, proszek i szczoteczkę do zębów, ręcznik, prześcieradło oraz plasterek szarego mydła.

Odzież wierzchnia wykonana była z szarego materiału.

Więzniarki polityczne przebywały na dwóch piętrach budynku więziennego. Na niższym ściany cel pomalowane były na czarno, a na wyższym na popielato. Były to wyłącznie izolatki. Po doprowadzeniu do izolatki, niektóre z nowych więzniarek początkowo nie rozpakowywały się, myśląc że jest to cela przejściowa lub kwarantanna. Przez pierwsze dni pobytu nie mogły się zorientować, co do sytuacji w jakiej się znalazły. Rozkład dnia ustalony przez więzienną administrację zaczynał się pobudką o godzinie 5 lub 6 rano. Zbierały one wtedy obuwie i złożone wieczorem w kostkę swoje wierzchnie ubrania. Następnie roznoszono zimną wodę do mycia i zabierano pojemniki z nieczystościami. Po powierzchownym umyciu się następował apel, w którym meldowano stan cel strażnikom więziennym. O godzinie 7 lub 8 wydawane było śniadanie, a pomiędzy godziną 12 i 13 obiad. Po kolacji, która była o godzinie 17 lub 18 następował znowu apel. Przed snem należało zrobić tak zwaną "wystawkę", czyli wystawić złożone w kostkę ubrania, miski, kubki i drewniaki. Światło w celach gaszono o godz. 22.

Wanda Minkiewicz, pseudonim "Danka". Z wyrokiem 12 lat pozbawienia wolności w Inowocławiu przebywała w latach 1953-1955

Okresy ścisłej izolatki trwały od 7 do 18 miesięcy. Prawie wszystkie kobiety przebywały w izolatkach, co oznaczało całkowite odseparowanie od świata zewnętrznego. Kobiety te pozbawione były widzeń z najbiższymi, paczek żywnościowych, książek i gazet oraz prawa pisania i otrzymywania listów.

Sporadycznie dochodziły do cel jakieś dzwięki z ulicy, czy odgłosy zwierząt z więziennej świniarni.

Warunki, w jakich kobiety zostały umieszczone były dla nich niesamowite. Niektóre z nich zgłaszały się do naczelnika więzienia z zapytaniem: "Za co zostały tak ukarane ?". Naczelnik z reguły odpowiadał pytaniem: "A kto wam powiedział, że jesteście ukarane ?".

Więzniarki bardzo często dopominały się o możliwość wyjścia na tak zwany "spacernik". Takie spacery początkowo odbywały się pojedyńczo, a pózniej celami po trzy osoby. Trwały od 3 do 15 minut. Kobiety zabierano pojedyńczo z cel i prowadzono do łazni, lub innego pomieszczenia, aby w tym czasie nie napotkały wracających już kobiet ze spaceru. Przed spacerem zakładały na siebie szare sukienne kurtki. Czas oczekiwania w tych pomieszczeniach, nazwanych przez więzniarki "poczekalniami", był maksymalnie wykorzystywany. Ściany "poczekalni" były miejscem do przekazywania sobie informacji. Na ścianie pisano informacje najczęściej spinką do włosów. Jedna z takich informacji napisana wiosną 1953 roku brzmiała: "Stalin zdechł".

W trakcie spacerów nie wolno było podnosić głowy, naruszać określonej odległości pomiędzy spacerującymi i kontaktować się ze sobą. Na zakrętach widziały jednak swoje twarze i uśmiechały się do siebie. Po kilku okrążeniach padała komenda "W tył zwrot", po której zmieniano kierunek marszu. Spacerujące więzniarki były pilnowane przez strażników znajdujących się na spacerniaku i na wieżyczkach obserwacyjnych.

W celach na każdy zgrzyt klucza w zamku drzwi, lub uchyleniu zasuwki w tak zwanym "judaszu", należało stanąć na baczność tyłem do drzwi i każdemu wchodzącemu do celi strażnikowi złożyć odpowiedni meldunek. Meldunek składało się tylko po pozwoleniu strażnika.

Najtrudniejszym z problemów dla uwięzionych w izolatkach kobiet był wolno upływający czas, który w warunkach więziennych stawał się zupełnie inną jakością i był odmierzany zupełnie innymi zdarzeniami niż w normalnych warunkach. Wielu godzin nie mogły zapewnić spacery po celi (do siedmiu kroków w jedną stronę), siedzenie na taborecie, ani uproszczona gimnastyka itp.

Niektóre kobiety wypełniały sobie czas wolny "lekcjami" z różnych zagadnień. Wykonywały one w pamięci działania matematyczne oraz powtarzały po cichu wiersze i piosenki. Często mówiły same do siebie i opowiadały same sobie kawały i dowcipy.

Pewną ilość czasu pochłaniało dokładne sprzątanie celi. Utrudnieniem było brak szmat do podłogi, proszku, mydła i wody.

Inną metodą przełamywania męczącej izolacji było kontaktowanie się ze sobą poprzez pukanie w ścianę alfabetem Morse'a. Uwarunkowane to było jednak znajomoścą tego alfabetu, a także znalezieniem sprzyjających ku temu warunków. Stukano dłonią lub grzebieniem.

Złapana przez strażniczkę więzniarka w trakcie pukania zostawała natychmiast karana, ale z reguły po powrocie do celi stukała dalej. Część kobiet nie stukała, ponieważ bała się prowokacji. Strażniczki w celu wyłapania stukających posługiwały się informatorkami spośród więzniarek, których nie sposób było uniknąć podczas ciągłych zamian cel. W ten sposób została złapana Krystyna Widelska, ale podczas rozmowy z naczelnikiem więzienia nie przyznała się do zarzucanego jej czynu. Kontakt przez ścianę był ogromnie ważny, zwłaszcza podczas wielomiesięcznego okresu izolacji. W ten sposób kobiety przekazywały sobie tematy do przemyśleń, zagadki, a nawet układane wierszem teksty szopki Bożonarodzeniowej, czy Drogi Krzyżowej. Czas mijał szybciej, ale i często stukająca kobieta odczuwała przez ścianę ciepło i serdeczność innej uwięzionej. Tak było na przykład w przypadku Ireny Bukowskiej i Ireny Cieślińskiej-Skrzypiec.

Izolacja i ogólna sytucja więzniarek sprzyjała rozmyślaniom religijnym i modlitwie. Modliły się leżąc, lub stojąc twarzą do okna, gdyż w pobliżu więzienia stał kościół (zdjęcie obok). Niektóre z kobiet podkreślały ogromną rolę wiary dla przetrwania okresu uwięzienia. Modlitwa je wzmacniała, dawała wewnętrzny spokój i była formą ascezy. Z kuleczek chleba nawlekanych na nitkę więzniarki robiły różaniec. Ponieważ w czasie rewizji strażniczki rekwirowały je, więc chlebowe kulki zastąpiono supełkami. W jedne ze Świąt Bożego Narodzenia władze więzienne zrobiły gest wobec osadzonych, dając im dodatkowo po kawałku mydła i proszek do zębów. Krystyna Widelska-Własik słysząc pewnego poranka długo bijące kościelne dzwony domyśliła się, że nadeszły Święta Wielkanocne. Weszła wtedy na swoją pryczę w celi i zawołała w kierunku okna: "Biją dzwony, oto Chrystus zmartwychwstał. Radujcie się wszyscy więzniowie, On nam bramy otworzy". Za to została pózniej wezwana do naczelnika, który próbował ustalić kto to wołał.

Po okresie izolacji, który to okres trwał do końca 1953 roku różnie układały się kontakty pomiędzy więzniarkami, których teraz w celach było po trzy. Mała powierzchnia cel sprzyjała nieporozumieniom i konfliktom. Okresowo kobiety spały na twardym podłożu, ponieważ siano w siennikach wymieniano co kilka miesięcy. Podczas dnia sienniki musiały leżeć na pryczy. Nadal nie wolno było siadać na pryczy w ciągu dnia. Będąc po trzy w celi mogły prowadzić dyskusje na różne tematy. Na ogół były to tematy dotyczące rodziców, szkoły i młodości. Z reguły nie dyskutowano o swojej sprawie, ponieważ obawiano się podsłuchu więziennych konfidentek.

Paradoksalnie spokój i zgoda w celi nie były dla więzniarek korzystne, ponieważ na podstawie okresowych klasyfikacji ustalano harmonogram tak zwanych "przerzutek" uwięzionych. Kryteriami klasyfikacji były: wysokość wyroku, poziom wykształcenia, przynależność organizacyjna przed wyrokiem oraz opinie o zachowaniu się więznia, które wydawały działy specjalne więzienia. Im więzniarki bardziej się ze sobą zżyły i nabierały do siebie większego zaufania, tym częstsze były wymiany osobowe cel. Wszelkie dostrzeżone objawy przyjazni stanowiły zazwyczaj impuls do jak najszybszego izolowania kobiet od siebie. Wszystkim funkcjonariuszom więziennym zależało na wzbudzaniu nastrojów nieufności do siebie w więziennej populacji. Częste zmiany składów osobowych cel służyły również włączaniu do nich konfidentek, których obecność uniemożliwiała kontaktowanie się z sąsiadami, przekazywania informacji, żywności i papierosów.

Z początkiem 1954 roku w inowrocławskim więzieniu wprowadzono możliwość widzeń więzniów z najbliższą rodziną. Widzenia trwały około 15 minut i odbywały się w różnych pomieszczeniach. Część z nich miała miejsce w gabinecie naczelniczki więzienia - Obiałowej i w jej obecności. Na ogół jednak w specjalnym pomieszczeniu, które przedzielone było dwoma murkami, między którymi chodził więzienny strażnik.  W takich boksach widzialność pomiędzy rozmawiającymi była ograniczona do tego stopnia, że więzniarka nie widziała twarzy osoby odwiedzającej ją. Odzielały ją bowiem kraty i siatka z bardzo małymi oczkami. Nie wolno było podawać żadnych rzeczy. Gdy więzniarka powiedziała coś, co było według przysłuchującego się rozmowie strażnika niestosowne, natychmiast przerywano widzenie. Otrzymanie zgody na widzenie uwarunkowane było dobrym zachowaniem. Niektórym z kobiet zgodę na widzenie przyznawano co miesiąc, innym bardzo rzadko. Niektóre więzniarki swoich bliskich widziały poraz pierwszy dopiero po siedmiu latach.

Janina Wasiłojć - Smoleńska, pseudonim "Jachna"

Część widzeń miała wymiar dramatyczny, kiedy na przykład przyjeżdżająca do córki matka przebierała się przed widzeniem z żałobnego stroju w inny, by ukryć żałobę po stracie męża. Tak było kiedy do Janiny Wasiłojć - Smoleńskiej przyjechała w odwiedziny jej matka. Janina Wasiłojć - Smoleńska długo nie wiedziała o śmierci ojca. Zdarzały się przypadki, kiedy na widzenia nie wpuszczano kiedy odwiedzająca osoba przyjechała z daleka, np. z Warszawy. Od początku 1954 roku kobiety miały prawo do otrzymania i napisania jednego listu w miesiącu. Listy otrzymywane od rodziny były bardzo często częściowo zamazywane niebieskim tuszem. Fotografie z listów po ich obejrzeniu należało oddać do depozytu. Więzniarki otrzymywały je po wyjściu na wolność.

Podpułkownik Józef Światło

 

5 grudnia 1953 roku do ówczesnego Berlina Zachodniego ucieka ppłk. Józef Światło wicedyrektor Departamentu X Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i przekazuje tajne informacje o bezprawiu stosowanym w Polsce przez funkcjonariuszy UB. Była to jedna z pierwszych ucieczek na zachód tak wysokiego funkcjonariusza w Polsce. W pazdzierniku 1954 roku w siedzibie "Głosu Ameryki" w Nowym Jorku na spacjalnej konferencji prasowej ujawnia dalsze szczegóły pracy MBP w Polsce.

Ppłk. Józef Światło podczas konferencji prasowej w siedzibie "Głosu Ameryki" w Nowym Jorku - 1 pazdziernik 1954 rok

W związku z powyższym faktem od listopada 1954 roku reżim więzienny stopniowo stawał się lżejszy. Wtedy też do Inowrocławia zaczęli przyjeżdżać funkcjonariusze MBP z  Warszawie i pytać kobiety o ewentualne pretensje jakie mają wobec funkcjonariuszy więziennych w Inowrocławiu. Po ich wizytach zaczęły się poprawiać warunki odbywania kary.

Administracja więzienna umożliwiła dostęp do zajęć kulturalnych. Zaczęto między innymi udostępniać książki z więziennej biblioteki, choć niektórym kobietom przez cały okres pobytu w Inowrocławiu nie zaproponowano żadnej książki. Wśród posiadanych w bibliotece książek nie było dużego wyboru, a właściwie trudno mówić o jakimkolwiek wyborze, ponieważ książki na ogół przynoszono do cel. Jednak niektóre z kobiet pamiętają jakiś spis książek, z którego mogły sobie coś wybrać. Helena Budziaszek nie otrzymała jednak zamówionej książki autorstwa J. Kraszewskiego. Zamiast niej usilnie jej proponowano książki, którymi autorami byli Marks i Engels. W więziennej bibliotece domonowały takie pozycje, jak: "Opowieść o prawdziwym człowieku", "Daleko od Moskwy", "O człowieku, który się kulom nie kłaniał", itp., a także książki naukowe z dziedziny rolnictwa i fizyki ZSRR. Były też poezje Majakowskiego. Część tytułów stanowiły pozycje antyklerykalne, jak na przykład "Potępienie Paganiniego". Kiedy Ukrainka Lidia Lwow podczas jednego z przenosin, natrafiła w nowej celi na książkę E. Orzeszkowej pt. "Marta", była tak szczęśliwa, że natychmiast zaczęła ją czytać. Nie trwało to długo, ponieważ zauważyła to przez wizjer więzienna strażniczka i natychmiast zabrała książkę.

Od jesieni 1954 roku więzniarkom wyświetlano na świetlicy nie mające większej wartości  filmy wojenne, propagandowe i komedie (zazwyczaj produkcji radzieckiej) oraz dokumentalny film z występów zespołu "Mazowsze". Filmy wyświetlane były raz na miesiąc, lub z okazji ważnych rocznic. Na przykład rocznica wybuchu rewolucji pazdziernikowej była okazją do wygłaszania uświadamiających referatów przez więziennych funkcjonariuszy. W trakcie referatu mówiono o pomocy ZSRR przy odbudowie Polski, budowie Nowej Huty i o wszystkim tym, w którym można była wysławiać radzieckich towarzyszy. W teksty tych wystąpień wplatane były hasła typu: "moglibyście i wy się przydać", czy "Polska was wychowała".

Janina Wasiłojć-Smoleńska, pseudonim "Jachna". Z wyrokiem 15 lat pozbawienia wolności w Inowrocławiu przebywała w latach 1953-1955

W styczniu 1955 roku w więzieniu próbowano urządzać dyskusje dotyczące wybranego tytułu książki, np. "Daleko od Moskwy", którą to książkę wcześniej władze więzienne nakazały przeczytać wszystkim kobietom. Jednak z dyskusji, które odbywały się w więziennej świetlicy niewiele wyszło. Głos zabrała tylko jedna kobieta, która stwierdziła, że: "książka zawiera wszelkie elementy baśniowe". Nie została nawet za to zganiona przez prowadzącą dyskusję instruktorkę kulturalną. Niekiedy udestępniano książki nietypowo, na przykład dawano rano razem z dzbankiem kawy. Podobnie władze więzienne próbowały organizować dyskusje na tematy prasowe. W okresie, gdy kobiety przebywały już w celach kilkuosobowych dostarczano im lokalną gazetę z zakreślonymi informacjami, które należało przeczytać. Ten plan, administracji więziennej nie udał się, ponieważ więzniarki polityczne nie chciały wcale dyskutować. Podczas dyskusji w innym terminie głos zabrały trzy więzniarki (w tym Lidia Lwow), które jednak nie skrytykowały całego przedsięwzięcia i nie przedstawiły własnego zdania, a raczej opinię władz więziennych. Wystąpienia tych trzech kobiet nie spodobały się pozostałym więzniarkom, a Lidia Lwow była pózniej lekko bojkotowana przez inne więzniarki. Kolejne zalecenie, aby dyskusje odbywały się również w celach, także spotkało się ze sprzeciwem kobiet. Więzniarka Helena Budziaszek powiedziała, że: "nie chce dorobić sobie nowego wyroku".

Przez prawie cały okres pobytu w inowrocławskim więzieniu, kobietom dokuczał niesamowity głód. Niektórym z nich śniły się po nocach bochenki chleba i prawie wszystkie podkreślały, że były ciągle głodne. Niekiedy głód nie pozwalał zasnąć. Codzienny jadłospis w okresie przebywania w izolatkach składał się na śniadanie z: z pół litra zbożowej i lekko osłodzonej kawy, ćwiartki lub grubej kromki chleba (czasami niewypieczonego), ceresu i margaryny. Obiad stanowił litr rzadkiej zupy, a kolacja składała się często z tej samej lub innej zupy w zmniejszonej o połowę ilości. Wśród zup dominowała grochówka i wodnisty krupnik z kartoflami. Były też zypy gotowane z brukwi i suszonej kapusty. W swoich relacjach kobiety nazywały te zupy "polewkami" z powody rzadkości. Część zup, a w szczególności grochówki zawierały robaki, które trzeba było wyławiać i wyrzucać. Czasami na obiad podawano kaszę gryczaną z kawałkami słoniny. Kilka razy w roku, na przykład w święto 1 Maja lub święto Rewolucji Pazdziernikowej na obiad podawano gotowane ziemniaki na "sucho". Otrzymywany rano chleb, więzniarki na ogół rozdzielały sobie na trzy posiłki. Jedna z więzniarek - Cecylia Wecker piła rano tylko zbożową kawę, a chleb dojadała przez resztę dnia, co pozwalało łagodzić dokuczliwy głód. Zdarzało się, że na śniadania podawano też dzwonek surowego i solonego dorsza, którego kobiety z oporami i dużą trudnością zjadały. Z większych ości więzniarki po kryjomu wykonywały igły. Tak ubogi i jednostajny jadłospis powodował u kobiet różne choroby, np. wątroby. Złe wyżywienie, zwłaszcza w pierwszych powojennych latach mogło być tłumaczone wielkimi zniszczeniami kraju. Jednak niedożywianiu więzniów przez następny okres, przy jednoczesnym karmieniu ich przetworami nieświeżymi i zarobaczonymi nie może mieć żadnego usprawiedliwienia. Pomimo fatalnej jakości wyżywienia i warunków w jakich je wydawano, spożywanie posiłków w monotonnych więziennych warunkach było swego rodzaju przyjemnością, na którą niektóre z kobiet oczekiwały z niecierpliwością. Od 1955 roku nastąpiła stopniowa poprawa wyżywienia. Do chleba zaczęto dodawać 2 dkg margaryny, zupy stały się bardziej gęste, a przede wszystkim więzniarkom dano możliwość tak zwanej "wypiski", czyli zakupu żywności z więziennego magazynu. Oddziałowe informowały ile pieniędzy przesłano od rodziny dla danej więzniarki i raz na dwa tygodnie przynosiły do cel wcześniej zamówione produkty. Wśród produktów, które można było zamówić dominowały: cukier, chleb, masło, smalec, kiełbasa, czosnek, cebula, marmolada i papierosy. Papierosy przydzielano kobietom w ilościach od 20 do 30 sztuk. Na "wypiskę" nie można było jednak kupić zapałek potrzebnych palaczkom. Problem ten rozwiązano w taki sposób, że trzy razy na dzień po każdym posiłku, oddziałowa podawała zapaloną zapałkę do rąk więzniarek. Niekiedy przy zamykaniu drzwi celi zapałka gasła i trzeba było prosić o ogień. Czasem palono papierosy w celach ukradkiem pomiędzy obiadem i kolacją, pod warunkiem, że wcześniej "korytarzowa" (więzniarka pomagająca przy wydawaniu posiłków) wrzuciła do celi draskę i kilka zapałek. Zakupione produkty żywnościowe, dzięki pomysłowości więzniarek urozmaicały ubogie wyżywienie. Cukrem posypywały wyłowione z zupy kluski, a masło kładły na rozgniecione i również wyłowione z zupy ziemniaki. Pomimo "wypisek", niektóre z kobiet po opuszczeniu więziennych murów ważyły po 35 kg.

Długotrwałe przebywanie w więziennych warunkach musiało odbić się na stanie zdrowia kobiet. Jedną z przyczyn było panujące w celach straszliwe zimno. Jedynym ogrzewaniem w celach była cienka, jednocalowa rurka o długości 25 cm biegnąca wzdłuż ściany celi. Słabe ciepło płynęło z niej od końca listopada do połowy marca. Niektóre z kobiet stawiały na rurce kubek z wodą, by choć trochę się nagrzała. Dla kobiet nieprzyzwyczajonych do zimna, ziąb w celach był prawdziwą udręką, a zwłaszcza zimą, kiedy miały do dyspozycji tylko cienki koc, czasami z dziurami. Czasami po 15 pazdziernika dodawano drugi koc, ale oba i tak były zniszczone. Dodatkowo w okresie zimowym pozwalono kobietom używać własnego swetra. Często kobiety spały na betonowej podłodze, ponieważ nie dla wszystkich starczyło sienników w celach. Choć do snu owijały się w swoje prześciaradła i wsuwały w rozprute przez siebie sienniki, jednocześnie nakrywając się zniszczonymi kocami, nie zapobiegało to odmrożeniom. Lidia Lwow i Maria Andres odmroziły sobie ręce i palce od nóg. Kalina Chełmicka miała dwustronną gruzlicę płuc i czyraki. Krystyna Widelska chorowała na zapalenie nerwu kulszowego, oraz reumatyzm stawowy i mięśniowy. U innych kobiet z powodu złego metabolizmu pojawiły się wrzody na różnych częściach ciała. Niektóre z chorób ujawniły się dopiero po wyjściu na wolność. A były to między innymi: nowotwory, nerwice, czy zrośnięte kręgi. Niekiedy obrażenia fizyczne, takie jak zgniecenie przełyku lub otarcia szyji powstawały w wyniku prób samobójczych.

Lidia Lwow, pseudonim "Lalka". Z wyrokiem dożywotniego pozbawienia wolności w Inowrocławiu przebywała w latach 1953-1955

Bardzo grozne były również choroby psychiczne. Część kobiet w chwili przywiezienia do Inowrocławia była już po ciężkich przejściach. Na przykład Krystynie Metzger zmarło dziecko podczas porodu, kiedy przed pobytem w Inowrocławiu, odsiadywała wyrok w więzieniu mokotowskim w Warszawie. Kilkunastomiesięczne przebywanie w celi, ciągłe szykany ze strony personelu więziennego, całkowity brak kontaktu z rodzinami powodowały u kobiet załamania i depresje. Ulegały nim także kobiety, które w czasie II wojny światowej odznaczały się męstwem i olbrzymią wytrzymałością. Przykładem może być Maria Szelągowska, którą na początku czerwca 1953 roku skierowano do Okręgowego Szpitala Więziennego w Grudziądzu. Tam rozpoznano u niej psychonerwicę reaktywną znacznego stopnia zaawansowania. Leczenie Marii Szelągowskiej zakończono 8 pazdziernika 1953 roku i odesłano z powrotem do Inowrocławia, gdzie więziono ją wbrew opinii Komisji Lekarskiej Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bydgoszczy, która w marcu 1954 roku orzekła, że kobieta ta nie powinna dalej przebywać w więzieniu.

Objawami chorób psychicznych więzionych kobiet były między innymi: nie odżywianie się, długie milczenia, czy np. nie mycie się. Przez akustyczne ściany więzienia słychać było jak kobiety, które wpadły w depresję histerycznie wyły,chichotały się, śpiewały i głośno krzyczały. Niekiedy te seanse spowodowane depresją trwały po kilka dni, tak, że inne więzniarki prosiły o umieszczenie ich w piwnicy, ponieważ nie mogły już tego wytrzymać. Zdarzały się przypadki, kiedy znerwicowane kobiety zapominały nawet swojego nazwiska. Janina Jelińska przed wypuszczeniem na wolność nie reagowała na żadne pytania i nie wiedziała co się z nią dzieje. Opuszczając więzienie nie mogła stanąć na własnych nogach i musiała być prowdzona pod ręce przez swoją rodzinę. Inna z kobiet podczas otwierania drzwi celi uciekła z krzykiem na korytarz i długo tam biegała uciekając przed strażniczakami. Natomiast Barbara Białostocka przyprowadzona do inspektora więziennego na rozmowę, krzyknęła do niego "baczność". Szczególnie trudna była sytuacja tych kobiet, które poza murami więziennymi pozostawiły swoje dzieci. Jedną z nich była Genowefa Moczek, która miała trójkę dzieci. Jej sytuacja była szczególnie dramatyczna, ponieważ oprócz niej w tym czasie w więzieniu przebywali jej rodzice, siostra i brat. Przywożone na widzenia dzieci często nie poznawały swoich matek i wydzierały się z ich objęć, kiedy na koniec widzenia na chwilę uchylano kratę oddzielającą ich. Taka sytuacja fatalnie wpływała na więzniarki.

W latach 1953 - 1955 niektóre kobiety były zupałnie łyse i nieposiadały nawet brwi. Inne w tym czasie traciły menstruację i miewały często bardzo silne bóle głowy. Otrzymywały na to specjalne zastrzyki. Sporadycznie kierowane były na operacje, lub leczenie do szpitala więziennego w Grudziądzu. Komisja lekarska przyznawała wtedy dodatkowo więzniarce 2-tygodniową dietę w postaci zwykłego chleba i większej ilości zbożowej kawy. O dużym szczęściu mogą mówić te kobiety, które poprzez swoich bliskich załatwiały sobie leki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, jak np. Helena Budziaszek, lub te, które otrzymywały je w przesyłce pocztowej od znajomych z zagranicy, jak np. Wanda Kielichen. Administracja więzienna wprawdzie nie odsyłała tych przesyłek do nadawcy, ale oddawała je więzniarkom z oporami wyrażając zdziwienie, że MCK pomaga "wrogom", lub nie podawała wody do popicia leków. Strażniczki więzienne różnie reagowały, kiedy jakaś z kobiet zgłaszała, że jest chora. Z dostaniem się do lekarza zawsze były problemy, w najlepszym wypadku trzeba było odczekać swoją kolejkę.

Opiekę lekarską w inowrocławskim więzieniu sprawowali dochodzący z miasta lekarze, felczerzy i sanitariusze. Jednym z lekarzy był Stanisław Mierosławski, który nie reagował na żadne skargi chorych więzniarek. Kiedy do niego zgłosiła się z odmrożeniami Lidia Lwow, usłyszała radę: "Nie trzeba było łazić po lesie". Nie leczona była też Janina Jelińska. Zamiast tego przeganiano ją po schodach. Podobnie jak nie leczono Ukrainki Eugenii Skap, która ciągle miała komplikacje ze złamaną wiele lat wcześniej w czasie ucieczki nogą. Podczas wizyt chorych kobiet, lekarze najczęściej badali gardła i dawali pastylki w opłatkach. W przypadku szkorbutu, więzniarka musiała sama pędzlować sobie gardło. Lekarze i felczerzy, którzy pracowali w inowrocławskim więzieniu w latach 1952 - 1955 nie rozpoznawali reumatyzmu oraz zapaleń stawów i mięśni. Kobietom chorym na reumatyzm dawali brom, mówiąc, że nic im nie dolega i zwyczajnie symulują. Opiekę stomatologiczą  pod koniec 1953 roku sprawował posiadający kurs felczerski funkcjonariusz oddziałowy, który po mistrzowsku i bez żadnego znieczulenia rwał zęby. To samo robił lekarz-internista, lecz wychodziło mu to znacznie gorzej. W tym samym roku do więziennej Izby Chorych przywożono mężczyzn z obozu pracy przymusowej w Piechcinie. Jednym z nich był Kazimierz Jakimek, syn więzionej w Inowrocławiu Heleny Jakimek. Wcześniej napisał do administracji więziennej z prośbą, aby mógł się spotkać z matką. Umożliwiono im krótkie widzenia. Wkrótce oboje odzyskali wolność. Pod koniec 1954 roku, na wyrazne żądania więzniarek sprowadzono do więzienia lekarza wojskowego o nazwisku Jesionowski, który w sposób fachowy zabrał się do leczenia, a nawet kategorycznie zarządał, aby chore kobiety umieszczano w szpitalu.

Szpital w Inowrocławiu - 1955 rok

Na stan zdrowia wpływały też warunki higieniczne, ważne zwłaszcza dla kobiet. Pojemnik z nieczystościami z cel opróżniano raz dziennie. W okresie izolatek nie wydawano kobietom żadnych środków higienicznych. Za poplamienie odzieży służbowej groziła kara. Dopiero na "wypiski" można było zakupić niezbędne każdej kobiecie środki higieny osobistej. Pół litra wody do mycia, którą podawano rano, była zawsze zimna. Kąpiel w więziennej łażni odbywała się rzadziej niż raz na tydzień. W kąpieli brało udział około 25 kobiet. Warunki kąpieli pozostawiały wiele do życzenia. Gorąca woda leciała tylko na początku i zbyt krótko, by zmyć z siebie mydło. Strażniczki nie reagowały wcale na nawoływania kobiet, aby wydłużyć kąpiel. Niektóre kobiety z tą niewątpliwą złośliwością radziły sobie wycierając namydlone ciało ręcznikiem, co pozwalało uniknąć przykrego swędzenia. Po kąpieli zawsze następowała gruntowna rewizja osobista. W latach 1953 - 1955 kobiety zamiast papieru toaletowego otrzymywały kawałki pociętych gazet. Ponieważ składały te kawałki i próbowały czytać zaczęto wydawać papier toaletowy. Jednak cały budynek więzienny sprawiał wrażenie czystego i schludnego. Nie było w nim np. pluskiew, jak to miało miejsce na Mokotowie i we Fordonie.

Do dziś nie wiadomo ile kobiet zmarło w inowrocławskim więzieniu na skutek chorób, czy też zamachów samobójczych, ponieważ nie zachowała się żadna więzienna dokumentacja z tamtego okresu. Zgony były starannie ukrywane, a warunki panujące wewnątrz gmachu sprawiały, że wynoszenie zwłok z cel słyszalne było tylko z sąsiedniej celi. Na skutek nie leczonej w Inowrocławiu grużlicy jelit zmarła 26 lutego 1952 roku Wanda Rostek, która była siostrą skazanego na karę śmierci i straconego Zbigniewa Rostka z Gniewkowa. Wanda Rostek była skazana na 4 lata więzienia wyrokiem WSR w Bydgoszczy z dnia 11 kwietnia 1951 roku za to, że nie powiadomiła właściwych organów o działalności brata. Mimo, iż inne więzniarki zgłaszały, że jest konieczne dla niej inne wyżywienie i że ciągle boli ją żołądek, strażniczki nie zrobiły nic, aby jej ulżyć. Została w końcu zabrana do szpitala w Grudziądzu, kiedy była już bardzo wycieńczona chorobą. Tam zmarła. 12 marca 1953 roku powiesiła się Irena Kotulska, pochodząca z Podkarpacia kurierka Armi Krajowej, więziona w czasie II wojny w Oświęcimiu i Ravensbruck. Po zakończeniu wojny wróciła do Polski, gdzie została skazana przez sąd wojskowy na dożywocie. Tego samego roku popełniła samobójstwo więzniarka Filipowska, która odbywała 8-letni wyrok. Powiesiła się ona na kawałku metalu sterczącym z klapy u drzwi, podkurczając nogi z powodu wysokiego wzrostu. Na wolności pozostawiła małoletniego syna. Zamach samobójczy podjęła też Niemka skazana na dożywocie. Próbowała powiesić się na pasku zrobionym z prześcieradła. Została jednak w ostatniej chwili uratowana. Po kilku dniach znowu podjęła próbę samobójczą, a usiłujące przeszkodzić jej współwięzniarki gryzła i kopała. W końcu została obezwładniona przez męskich strażników. Pózniej wywieziono ją do Grudziądza z objawami choroby umysłowej. Kolejna ze zmarłych kobiet to młoda jeszcze inż. Maria Kolska pochodząca ze Lwowa skazana za zbieranie informacji o ówczesnej produkcji przemysłowej i sytuacji politycznej w kraju. Już w trakcie transportu do Inowrocławia nie wyglądała zbyt dobrze. Według określeń innych kobiet - "chucherko". Istnieją sprzeczne przekazy, co do choroby, na którą zmarła. Wymieniana jest złośliwa anemia i uremia. Dzień przed śmiercią, a było to 24 czerwca 1953, bezskutecznie prosiła o widzenie z naczelniczką więzienia - Obiałą. Jej grób znajduje się na cmentarzu parafii pod wezwaniem Zwiastowania NMP w Inowrocławiu (poniżej zdjęcie mogiły).

Inna ofiara inowrocławskiego więzienia, to siostra zakonna Zofia Łuszczkiewicz ze Zgromadzenia Sióstr Szarytek. Po ośmioletnich pobytach w więzieniu na Mokotowie, we Fordonie i w Inowrocławiu została okresowo zwolniona w 1956 roku. Była wtedy wyniszczona fizycznie i nieuleczalnie chora. W złożonej przed śmiercią relacji określiła Inowrocław, w którym spędziła 3 lata (w tym 13 miesięcy izolatki), jako "Polski Oświęcim". Zmarła 7 sierpnia 1957 roku.

Kilka lat po uwolnieniu zmarła na nowotwór Róża Chełmicka, jedna z trzech sióstr powiązanych ze straconym Edmundem Bukowskim z wileńskiego oddziału AK. Róża Chełmicka podczas pobytu w inowrocławskim więzieniu cierpiała na odmianę choroby "Burgera", zlokalizowaną w dłoniach. 

W latach 1952 - 1955 jednym z marzeń inowrocławskich więzniarek była praca. Niektóre kobiety bardzo gwałtownie domagały się pracy. Po tym jak więzniarka Helena Jakimek płakała i krzyczała, że bardzo chce pracować i nie może dłużej wytrzymać w bezczynności, dostała pracę, która polegała na szyciu. Podobnie było w tym czasie w więzieniu we Fordonie. W Inowrocławiu sytuacja zmieniła się w 1954 roku, kiedy po dwóch latach izolacji połączono więzniarki po trzy w każdej celi. Wtedy dopiero co niektóre z uwięzionych kobiet mogły liczyć na jakieś dodatkowe zajęcie, którego otrzymanie uzależnione było od postawy politycznej. Na przykład w opinii dotyczącej Janiny Wasiłojć-Smoleńskiej (pseudonim "Jachna"), naczelniczka więzienia - Obiałowa napisała w dniu 21 czerwca 1954 roku takie zdanie: "W tutejszej jednostce do tego czasu żadną pracą objęta nie była, ze względu na jej chwiejny stosunek do władzy ludowej". Jednym z miejsc pracy była więzienna kuchnia. Do obowiązków kobiet, które były tam zatrudnione należało oprócz gotowania posiłków również mycie kuchennej podłogi i szorowanie kotłów. Trwało to wszystko od rana do wieczora. Gdy w kuchni nie było chwilowo więziennej strażniczki, to wtedy kobiety wyrabiały sobie z mąki zasmażkę, co nie było wówczas dozwolone. Najcięższą pracą było szorowanie kotłów po kaszy i kawie. Mycie podłogi, która wykonana była z ceramicznych płytek odbywało się za pomocą zimnych mydlin pobieranych z więziennej pralni. Ponieważ nie dawało to spodziewanego efektu, kobiety używały własnego mydła kupowanego na "wypiskę". Kobiety nosiły też kubły z zupą i nalewały ją do misek, które stały przed każdą z więziennych cel. Większość nakładanych porcji była odgórnie wyznaczona. Najczęściej była to jedna chochla. Roznoszenie żywności było dla kobiet bardzo uciążliwe. Każdego bowiem dnia, po takiej pracy kobiety odczuwały sztywność rąk.

Innego rodzaju zajęciem było wykonywanie z dostarczonego materiału ozdób choinkowych, kotylionów, maskotek i miniaturowych figurek ludzkich. Nie wiadomo co dalej się z tym wszystkim działo. Większą część wykonywanych przez kobiety produktów zabierały dla siebie strażniczki. Więzniarki wytwarzały również z tkanin siatki na głowę w motylki lub bławatki, zwierzaki (np. zajączki i kurczaczki wielkanocne), oraz bazie i pisanki. W pracę tę wkładały swoją fantazję i umiejętności. Kleiły także paski folii do klaserów. W końcowym okresie pobytu w więzieniu, kobiety wykonywały na specjalne zamówienia obrusy dla więziennego personelu. Dostarczano im wówczas nici, szydełka i wzór, według którego robiły obrusy na modne wtedy okrągłe stoły. Oczywiście więzniarki nie otrzymywały żadnego wynagrodzenia za swoją pracę. Ryszarda Korniak, która przez miesiąc szydełkowała obrus dla naczelniczki Obiałowej nie dostała od niej zapłaty, chociaż ta takową obiecała. Obiałowa została przeniesiona do innego więzienia i nie zostawiła za obrus żadnych pieniędzy. Pod koniec pobytu w więzieniu Halina Żelazowska, Anna Rozwadowska i Irena Michałowska pracowały w więziennym magazynie. Pomiędzy jesienią 1953 roku, a wiosną 1955 roku niektóre kobiety prały w baliach więzienną odzież, a następnie rozwieszały ją w więziennych obiektach. Jednocześnie tylko jedna zaufana więzniarka prała odzież więziennego personelu. Więzniarka Skarżyńska cały czas pracowała w bibliotece, wydając ta książki do czytania. Praca, chociaż czasami była bardzo ciężka miała dobry wpływ na samopoczucie kobiet.

Następnym tematem, który opisuję, to represje stosowane wobec więzionych kobiet. Niewątpliwie najcięższą z represji, jakie spotkały kobiety w inowrocławskim więzieniu był 13-to miesięczny pobyt w izolatkach. Okres ten trwał od sierpnia 1952 roku do września 1953 roku. Niektóre z więzniarek twierdziły, że w izolatkach spędziły półtora roku. Po zakończeniu pobytu w izolatkach, kobiety umieszczano w celach 3-osobowych i zaczęto wypuszczać na spacery na więzienny spacernik. Jedna z więzniarek tak wspomina ten okres: "Trudno było się po roku poznać. Po roku zaszczuci wszystkieśmy ogromnie schudły i z tego, że nie było wiadomo co nas czeka. Najgorszy był wyraz oczu. Wszystkieśmy miały oczy jakby wariatek". Różne, w zależności od odporności psychicznej więzniarek, były formy obrony przed depresją wynikającą z izolacji i ciężkich warunków. Częste w tym czasie było powtarzanie przez kobiety wierszy, przypominanie zdarzeń z przeszłości, czy przemyślenia religijne. W tych, jakże trudnych warunkach niektóre kobiety miały jeszcze tyle hartu ducha, by przez określony czas wyrzec się pewnych, przynoszących pewną ulgę czynności. Dla uwięzionych kobiet takie decyzje były oznaką wolności wewnętrznej, ponieważ tej nie można było im odebrać w miejscu, w którym przebywały. Takie działania podejmowały z powodzeniem tylko najsilniejsze z kobiet. Słabsze poddawały się represji, lub podejmowały próby samobójcze.

Inną z form represji była konieczność noszenia ciężkich, czasami za dużych lub pękniętych drewnianych butów. Chodzenie w nich szczególnie po więziennych schodach (czego wymagały więzienne strażniczki), było niewygodne i trudne, a także sprawiało ogromny hałas. Z tego też powodu naczelniczka Obiałowa często karciła więzniarki i nakazywała zostawianie drewniaków przed celą. Latem, kiedy było dość ciepło więzniarki chodziły boso. Więzniarki karane były też za podniesienie głowy do góry w czasie spacerów. Najpierw więzniarki takie przeganiane były kilkukrotnie po schodach z parteru na piętro i z powrotem, a następnie umieszczane w karcu. Za pukanie w ścianę celi alfabetem Morse'a, również umieszczano w karcu, lub w dużej szczytowej, a przez to zimnej celi. Szczególnie dokuczliwe było to jesienią i zimą. Niektóre z kobiet, uznawane za najbardziej nieposłuszne po powrocie z łazni zastawały sieczkę ze sienników wyrzuconą na podłogę. Zbierały ją wtedy miską do jedzenia, a kurz wgryzał się w gardło i atakował oczy. Bardzo często więzniarki miały w nocy rewizję swoich cel. Kobiety wyprowadzano wówczas na więzienny korytarz, kazano im rozebrać się do naga i stać twarzą do ściany. W tym czasie strażniczki więzienne drobiazgowo rewidowało całą pozostawioną w celi odzież oraz wysypywały na podłogę całą zawartość siennika mieszając ją z pościelom, ręcznikiem i produktami żywnościowymi. Po rewizji więzniarka miała obowiązek posprzątać swoją celę. Najtrudniejsze było powkładanie sieczki do siennika. Szczególną formą represji były wszelakiego rodzaju prowokacje. Naczelniczka więzienna-Obiałowa na przykład próbowała wciągnąć do rozmowy o Katyniu Jadwigę Malkiwiczową, sugerując nachalnie, że jej brat Adam Doboszyński (stracony za działalność konspiracyjną) był jednym z "twórców" Katynia. Jakiekolwiek stwierdzenie więzniarki o tym, że sprawcami Katynia nie byli Niemcy, tylko Sowieci, groziło nowym wyrokiem.

Swoistą, perfidną i szczególnie niebezpieczną represją była działalność w więzieniach tak zwanych działów specjalnych, które rozpracowywały więzniów i funkcjonariuszy poprzez działanie agentury. Wśród więzniów-konfidentów dominowali pospolici więzniowie i skazani za współpracę z Niemcami, ale byli też i polityczni. Działy specjalne w więzieniach podlegały referatom specjalnym Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP), a te Wydziałowi Specjalnemu Departamentu VI Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) w Warszawie. Ich działalność na wszystkich szczeblach była tajna. Organizowanie pracy agenturalnej w niektórych więzieniach, w których odbywali karę więzniowie polityczni rozwinięte było do ogromnych rozmiarów. Tak też było w inowrocławskim więzieniu. Często "specagent" wzywał kobiety do swojego biura pytając wprost, co się dzieje w celach i czy wszystkie więzniarki są sympatyczne. Nie ulega więc wątpliwości, że część więzniarek politycznych w Inowrocławiu zdecydowała się na współpracę z administracją więzienną i donosiła na swoje koleżanki-więzniarki. Nie ma jednoznacznych dowodów ile było takich donosów. Jedna z więzniarek stwierdziła, że: "było dużo takich osób, które donosiły, donosicielstwo kwitło, ale akurat nie bardzo w Inowrocławiu". We wspomnieniach kobiet nie brakuje opisu zdarzeń, kiedy wydanie zgody na przeprowadzenie zabiegu niezbędnego do ratowania życia więznia uwarunkowane było od wyrażenia zgody na współpracę z działem specjalnym WUBP. W tamtych czasach nie było jeszcze techniki umożliwiającej podsłuch w celach, stąd donoszące osoby wychodziły "do doktora", co budziło podejrzenia pozostałych i w praktyce demaskowało donosicielki. Te więzniarki, które wcześniej odsiadywały wyroki we Fordonie, już tam dokonały rozpoznania konfidentek, które potem znalazły się w Inowrocławiu. Przedmiotem donosów były informacje o przesyłaniu grypsów, ciasta zrobionego z kawy, cukru i wody, ukrytej igle lub nożyku zrobionego z blaszki po konserwach. Jakie były przyczyny nawiązania przez kobiety współpracy z UB? W przypadku jednej z nich były to ciężkie przeżycia wojenne, do których doszły następne po aresztowaniu, ja na przykład śmierć rodzica, rozwód, nieleczona w więzieniu choroba, a także odsunięcie się o niej innych więzniarek. Inną przyczyną mógł być pojawiający się w specyficznych warunkach więziennych głód męskiego towarzystwa. Na twarzach niektórych z donosicielek pojawiały się dobrze zapamiętane przez inne kobiety: radość, podniecenie i nadzieja, że będą miały okazję porozmawiać z mężczyzną. Co ciekawe, że osoby donoszące były często gorzej traktowane przez strażniczki, które nie ukrywały pogardy dla nich.

Wrogi stosunek funkcjonariuszy Służby Więziennej do kobiet miał kilka przyczyn. Po pierwsze wrogość dyktowały względy ideologiczne. Znaczną część kadry więziennej stanowili komuniści, a więziennictwo w tamtych latach podlegało bezpośrednio Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego. Po drugie u wielu funkcjonariuszy więziennych wrogość miała silne podłoże uczuciowe i emocjonalne, wynikające z czasów wojny lub wcześniejszych. Trzecim powodem złego stosunku do uwięzionych, przesądzającym o powodzeniu wpajanej im nienawiści do wrogów klasowych był niski poziom wykształcenia funkcjonariuszy. W 1948 roku aż 16% funkcjonariuszy było analfabetami lub wtórnymi analfabetami. W 1950 roku aż 49% funkcjonariuszy nie miało ukończonej szkoły podstawowej. W 1951 roku ponad 80% kadry oficerskiej, w tym większość naczelników więzień nie posiadało wykształcenia średniego. Zdecydowana większość byłych inowrocławskich więzniarek podkreśla, że strażniczki były różne. W najcięższym okresie strażniczki nie tylko, że nie udzielały żadnej pomocy, ale i nie reagowały na zgłaszane choroby, nawet wtedy, gdy groziło to śmiercią. Oddziałowe nie słuchały próśb więzniarek o zmianę ciemnego pieczywa na jasne dla Wandy Rostek i Marii Męclewskiej, co wraz z chorobami doprowadziło do śmierci Wandy Rostek. Strażniczki bardzo często urządzały rewizje osobiste w celach, popychały więzniarki niosące miski z zupą. Po tym, jak jedna z kobiet udawała zmarłą rozłoszczona strażniczka powiedziała: "Myślałam, że ta k..... już nie żyje". Jedną z sióstr zakonnych o nazwisku Hajdukiewicz, która miała amputowaną nogę, strażniczki zmuszały do wycierania wody na posadzce. Wśród strażniczek więziennych bywały i sympatyczne. Swojej sympatii do więzniarek nie ukrywała sierżant Leokadia Janicka. Poznanianka, która w czasie II wojny była żołnierzem Armii Krajowej. Po ogłoszeniu wiadomości o śmierci Józefa Stalina, kiedy oddziałowe kazały stać więzniarkom na baczność, Janicka powiedziała do więzniarek: " już nie długo ich panowania". Za okazywanie pomocy więzniarkom została zdegradowana do stopnia plutonowego, a pózniej przeniesiona została do Poznania. Więzniarka Maria Andres zapamiętała inną przyjazną strażniczkę, która wprawdzie w niczym nie pomogła więzniarkom, ale traktowała je po ludzku, choć informowano ją, że więzniarki to dzieciobójczynie. Inna ze strażniczek nie zauważała podawanych prezentów i grypsów podczas wynoszenia przez więzniarki kibli z nieczystościami. Niekiedy normalne strażniczki miały też chwile słabości. Jedna z nich płakała razem z Walerią Rawdo i jej matką podczas widzenia. Generalnie można stwierdzić, że zachowanie strażniczek wobec więzniarek było różne, ale na ogół wrogie.

Stanowiska naczelników wszystkich więzień, nie tylko tych, w których izolowano politycznych, znajdowały się w nomenklaturze rządzącej wówczas partii, jaką była PZPR. Opinie o kandydatach na te stanowiska wydawał Wydział Specjalny Departamentu Więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W najcięższym dla więzniarek okresie (sierpień 1952 - wrzesień 1953) naczelnikiem więzienia w Inowrocławiu była chorąży H. Obiałowa, a jej zastępcą do spraw polityczno - wychowawczych była chorąży J. Maciejewska. Obiałowa pracowała wcześniej, najpierw jako oddziałowa, a następnie jako zastępca naczelnika do spraw polityczno - wychowawczych w więzieniu we Fordonie. Już tam miała ona opinię surowej i wrogiej wobec osadzonych kobiet.

W Inowrocławiu gabinet naczelniczki Obiałowej znajdował się na parterze więziennego gmachu (wkrótce umieszcze jej zdjęcie). Na początku lat 50-tych liczyła około 40 lat, miała czarne kręcone włosy i jak wspomina jedna z więzniarek: "miała końską gębę". Inna z więzniarek określa ją w następujący sposób: "Była szczupła, chodziła w zielonym mundurze, miała krzywe usta, a jeszcze bardziej krzywy nos. Ona dobrze pilnowała, zaglądała wiecznie do cel przez wizjery". Przez więzniarki zapamiętana została jako antypatyczna, zimna i bezwzględna. Była zle nastawiona do wszystkich więzniarek, co wpływało również na postępowanie jej podwładnych.

Jej charakter dobrze obrazują zapamiętane przez uwięzione kobiety incydenty. Wezwanej do siebie, nowej wiezniarce - Marii Maciąg-Kobierzyckiej odczytała, że: "Jest wrogiem Polski Ludowej i jako element wrogi i uparty została przysłana do Inowrocławia, gdzie pozostanie tak długo, aż zdechnie". Siostrze zmarłej Maryli Kolskiej oświadczyła: "w przeddzień śmierci chciała się ze mną zobaczyć, ale nie miałam czasu przyjść do niej". Innej więzniarce podarła pożegnalny list od umierającej matki. Chyba jedynym pozytywnym zachowaniem Obiałowej, było załatwienie przewiezienia Janiny Jelińskiej na badania do Bydgoszczy, gdzie stwierdzono konieczność jej natychmiastowego zwolnienia z odbywania kary, choć nie jest to do końca pewne. Specjalnością Obiałowej były częste wizyty w celach, podczas których z reguły szukała pretekstu do ukarania więzniarki. W celi zajmowanej przez Marię Szelągowską był nim zakurzony wywietrznik, umieszczony tak wysoko, że nie można było go dosięgnąć. Innym razem niedawno umyty stół, na którym według niej "brud aż się lepił". Obiałowa nie znosiła skarg więzniarek składanych podczas inspekcji przeprowadzanych przez urzędników spoza więzienia. Gdy Teresa Biczyńska powiedziała inspektorom o braku ciepłej wody do mycia, kilkuminutowych spacerach i zimnie w celi została natychmiast wezwana do gabinetu Obiałowej i po tej wizycie nie wróciła już do wspólnej celi. Jej rzeczy zostały zabrane przez strażniczki, a ona sama znalazła się znów w pojedyńczej celi. Obiałowa odstępowała od ukarania więzniarki, gdy nie złapała jej osobiście na gorącym uczynku. Nie ukarała na przykład Krystyny Widelskiej za pukanie w ścianę i okrzyki w pierwszy dzień Wielkanocy. W styczniu 1953 roku nie oddała Jadwidze Janiszowskiej paczki nadesłanej od siostry z Kanady. Ciepła odzież z paczki powędrowała do depozytu, a produkty żywnościowe, głównie słodycze zostały zakwestionowane. Jadwiga Janiszowska nigdy ich nie otrzymała, choć musiała podpisać pokwitowanie o odbiorze paczki. Obiałowa wielokrotnie powtarzała więzniarkom, że: "Mój ojciec przed wojną był więziony przez sanację za poglądy komunistyczne i po wypuszczeniu był tak głodny, że szedł trzymając się muru z osłabienia, a wy się tu jeszcze skarżycie". W pazdzierniku 1953 roku Obiałowa została przeniesiona prawdopodobnie do Bojanowa, gdzie tworzono więzienie dla młodocianych kobiet. Podczas końcowego pobytu więzniarek politycznych w Inowrocławiu, najprawdopodobniej przez pół roku, na przełomie 1954 i 1955 roku naczelnikiem więzienia był mężczyzna nazywany przez więzniarki "Cyganem". Jego zastępcą był Z. Matusiak. Po 1956 roku więzniarka Stanisława Rachwał zawiadomiła prokuraturę o znęcaniu się Obiałowej nad więzniarkami, ale z powodu niechęci Ryszardy Szelągowskiej do składania zeznań jako świadek sprawa nie miała dalszego ciągu.

Grozę wśród więzionych kobiet budziła też oddziałowa Kozakowa, nazywana przez więzniarki "potworem", "volksdeutschką"  lub innymi epitetami. Miała ona ponad 30 lat, orli nos, była dość wysoka ale nie tęga. Bardzo często wchodziła do cel i tam krzyczała na więzniarki, by nie było słychać jej krzyków na więziennym korytarzu. Znana była jako ta, która chętnie karała dyscyplinarnie. Jej ulubionym zawołaniem było: "Wy śpiące królewny, jak chodzicie". Znana była z gorliwości zaglądania do cel przez wizjer. W miarę upływu czasu jej zachowanie stawało się łagodniejsze i grzeczniejsze. Podczas konwojowania więzniarek politycznych z Inowrocławia do Fordonu w 1955 roku, chodziła po przedziałach pociągu z torbą sanitarną i pytała, czy kogoś boli głowa. Po 1956 roku Kozakowa stanęła przed sądem i została skazana na 7 lat więzienia za znęcanie się nad kobietami i przyczynienie się do śmierci jednej z nich. Najprawdopodobniej był to jednostkowy przypadek ukarania funkcjonariuszki z inowrocławskiego więzienia. Nie wiadomo zresztą, czy Kozakowa odbyła karę.

Wizytujący inowrocławskie więzienie w latach 1952 - 1954 inspektorzy z Warszawy, którzy teoretycznie mieli czuwać nad przestrzeganiem praworządności w wiezieniach, nie reagowali na skargi więzniarek, szczególnie te, które dotyczyły głodu. Inspektor przyjeżdżający na kontrolę chodził po celach razem z oddziałową. Przed otworzeniem celi dowiadywał się od oddziałowej wymiaru wyroku, następnie więzniarka, która miała obowiązek stania na baczność składała mu meldunek. Wtedy z ust inspektora padało kilka nieprzychylnych uwag i dopiero w tak wytworzonym klimacie padało pytanie o skargi i zażalenia. Niekiedy więzniarki były tak zastraszone, że zapominały swojego nazwiska, bądz zachowywały się nietypowo. Przyjazdy komisji nasilały się wraz z rosnącą liczbą samobójstw i chorób psychicznych. Jednak ich kontakty z więzniarkami musiały jeszcze pogłębiać ich złe nastroje. Podczas jednej z inspekcji, inspektorka krzyczała na więzniarkę: "Dobrze wam tak. Dlaczego nie zmieniliście jeszcze swojego światopoglądu? Czy nie chcecie się wykazać, zatwardziała reakcjonistko?".

Prawdziwy najazd inspektorów zaczął się na wiosnę 1954 roku. Inspektorzy wypytywali więzniarki o ich prośby oraz proponowali do czytania gazety. Wiązało się to ze stopniową polityczną odwilżą. Podczas rozmów inspektorzy zadawali więzniarkom pytania w rodzaju: "Czy nie żal wam młodych lat?" , "Czy nie żałujecie tego coście robiły?", "Czy uważacie, że słusznie siedzicie w tym więzieniu?". W przypadku odpowiedzi przeczącej, kobietom obiecywano dalsze pozbawienie wolności. Podobny charakter miały rozmowy więzniarek z prokuratorami, którzy w latach 1954-1955 odwiedzali więzienie. Prokuratorzy rozmawiali z kobietami w celach bez żadnych świadków. Niekiedy wyrażali współczucie z powodu ich ciężkiej doli. Badano również postępy resocjalizacji. Uwięzioną siostrę partyzanta wypytywano jakiej pomocy mu udzielała i czy robił on dobrze. Na rozmowy do siebie wzywał również więzniarki oficer polityczno-wychowawczy. Jedną z więzniarek zapytał: " czy wierzysz w Trójcę Świętą". Na co otrzymał odpowiedz, że: "Są dwie Trójce, Przenajświętsza i druga Hitler-Stalin-Bierut. Ja wierzę w Trójcę Przenajświętszą". Trzeba jednak przyznać, że takie postawy więzniarek zdarzały się bardzo rzadko.

Stopniowo rygory więzienne ulegały osłabieniu. Jesienią 1955 roku więzień Jan Zamoyski, który wykonywał na terenie więzienia naprawy elektryczne, wchodził między innymi na oddział kobiecy i mógł z nimi prowadzić krótkie rozmowy. Spotkał tam dwie swoje znajome: Helenę Abakanowicz i Zofię Michałowską z Warszawy. Obie pracowały w tym czasie w kuchni. Stwierdził pózniej, że obie kobiety dzielnie i godnie znosiły uwięzienie. Powiedział on też, że w więzieniu w Inowrocławiu było spokojnie, a personel więzienny przejawiał mniej ambicji i gorliwości.

Więzienna ciężarówka

Kobiety, które jeszcze wtedy przebywały w inowrocławskim więzieniu musiały stanowić niewielką grupę, ponieważ większość z nich wywieziono więziennymi ciężarówkami do Fordonu w dniu 18 marca 1955 roku. Niektóre z kobiet twierdzą, że wywieziono wtedy do Fordonu wszystkie kobiety, ale jest to wątpliwe, ponieważ jedna z więzniarek Maria Andres zapamiętała powrót do Fordonu pociągiem i określa ten termin na krótko przed Bożym Narodzeniem w 1955 roku. Na tę datę wskazują również wspomnienia Jana Zamoyskiego. Przybycie do więzienia we Fordonie, gdzie panowały wówczas inne warunki, był dla niektórych kobiet wstrząsem większym niż wypuszczenie na wolność. Fordon zrobił na kobietach wrażenie sympatycznego folwarczku, gdzie po siedmiu latach pozbawienia wolności nie odczuwały więziennych dolegliwości.

Zdecydowana większość kobiet więzionych w Inowrocławiu i we Fordonie odzyskała wolność na mocy przepisów "Ustawy amnestyjnej" z dnia 27 kwietnia 1956 roku. Na jej mocy zostali zwolnieni więzniowie skazani na kary powyżej 10 lat więzienia i od wielu lat odbywający karę. Według oficjalnych danych z amnestii skorzystało wtedy 36 tysięcy osób, w tym 7 tysięcy politycznych. Warto tu wspomnieć, że 22 lipca 1952 roku była też amnestia, lecz nie obejmowała ona wtedy więzniów z wyrokami powyżej 10 lat. Kobietom opuszczającym mury więzienne od 1956 roku zabroniono mówić o swoich przeżyciach, szczególnie tych dotyczących Inowrocławia. Było to częścią nagminnie stosowanej praktyki polegającej na zapoznaniu się zwalnianej osoby z odpowiedzialnością grożącą w przypadku przekazywania wiadomości odnośnie tego, co każda osoba przeżyła podczas odbywania kary więzienia. Formularz zawierający zobowiązanie do nie przekazywania wiadomości stanowiących "tajemnicę państwową" i zawierający sankcje karne za jego niedotrzymanie był wręczany każdej osobie. Formularz należało wypełnić i podpisać w obecności naczelnika więzienia. Pozostawał on w dokumentacji więziennej.

Zwalniane w latach 1955 -1956 więzniarki (Krystyna Metzger zwolniona dopiero w 1961 roku) rozjechały się do swoich rodzin. Największa ilość zwalnianych kobiet zamieszkała w Warszawie. Spotykały się one w kawiarni "Krokodyl" na warszawskiej Starówce, a potem w kawiarence przy ulicy Marszałkowskiej, którą prowadziło małżeństwo byłych więzniów politycznych. Jedna z więzniarek - Halina Sosnowska otworzyła zakład krawiecki, dając w ten sposób możliwość pracy bezrobotnym koleżankom. Stopniowo, w miarę postępującej normalizacji po 1956 roku, której jednym z przejawów była stała inwigilacja zwolnionych kobiet, kontakty przeniosły się do ich prywatnych mieszkań. Najczęściej kobiety spotykały się w mieszkaniach: Ireny Bukowskiej, Zofii Franio, Janiny Sławińskiej, Ryszardy Szelągowskiej, Marii Kobierzyckiej i Barbary Otwinowskiej. W spotkaniach brały udział również kobiety mieszkające poza Warszawą, lecz nie było ich zbyt wiele. Jednak znaczna część uwolnionych kobiet nie brała udziału w tych spotkaniach, ponieważ uwolnienie traktowały jako koniec koszmaru, do którego nie chciały wracać. Stawały przed koniecznością nadrobienia tego wszystkiego, co straciły przebywając w więzieniu. Ich celem było uzupełnić wykształcenie, potem poszukać pracy, a przede wszystkim założyć własną rodzinę. Wiele z kobiet przez szereg lat nie mówiło z nikim i nikomu o swym pobycie w więzieniu. Ich dzieci dowiadywały się o wszystkim dopiero wtedy, kiedy miały po 20 lat.

Poza Warszawą byłe więzniarki nie stworzyły własnych środowisk. Niektóre z nich, jak na przykład Aniela Gliniak z Jarosławia były ciągle inwigilowane i nachodzone. Wszystkie zwolnione więzniarki polityczne pozostawały w kręgu zainteresowania Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Według zaleceń Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w okresie trzech miesięcy przed planowanym zwolnieniem, administracja więzienna zobowiązana była wysłać do właściwego miejscowo Urzędu Bezpieczeństwa zawiadomienie o tym fakcie. Poza informacją o nadchodzącym terminie zwolnienia, w odpowiednim formularzu znajdowały się bardzo dokładne dane dotyczące danej osoby wraz ze zdjęciem. Znajdowały się tam także dane wszystkich osób, które nawiązały jakikolwiek kontakt z więzniem. Na przykład: napisały list, przybyły na widzenie i wysyłały pieniądze lub paczki. Informacje o zwolnionych kobietach poza danymi personalnymi zawierały również dane pozyskiwane drogą konfidencjonalną, dotyczącą różnych zagadnień z ich życia.

W 1978 roku zrodził się pomysł napisania relacji i wspomnień dotyczących okresu pobytu w więzieniu we Fordonie i w Inowrocławiu. Ryzyko z tym związane wzięły na siebie mieszkające wspólnie: Helena Abakanowicz i Janina Czarnecka. Od tego momentu, mimo protestów i obaw niektórych z więzniarek, rozpoczęła się żmudna, lecz jakże potrzebna praca nad dokumentowaniem ich losów. Pierwsza wydrukowana wzmianka o więzieniu izolacyjnym w Inowrocławiu w latach 1952-1955 znalazła się w drugoobiegowej "Karcie" w latach osiemdziesiątych XX wieku. Pismo to wydrukowało list Ruty Czaplińskiej do Seweryny Szmaglewskiej, napisany wkrótce po opuszczeniu więzienia.

Ciąg dalszy wkrótce.

Poleć tę stronę na: