Pierwsze dni wojny obronnej w Inowrocławiu.

1 września 1939 roku (piątek).

1 września 1939 roku, we wczesnych godzinach rannych spikerzy "Polskiego Radia" w Warszawie , co kilka minut powtarzali komunikaty o rozpoczęciu działań wojennych w Polsce. Ludność z powagą i wzruszeniem wysłuchała orędzia Prezydenta Rzeczypospolitej - Ignacego Mościckiego. Ci, którzy znali język niemiecki, włączali swoje radioodbiorniki na niemiecką stację radiową "Deutschland Sender", która transmitowała przemówienie Adolfa Hitlera z Reichstagu w Berlinie, zapowiadającego bezwzględną walkę z Polską za rzekomy napad polskich żołnierzy na rozgłośnię radiową w Gliwicach oraz za krzywdy wyrządzone niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce. Szkoły tego dnia nie rozpoczęły nauki. Na ulicach wszystkich polskich miast panowało duże ożywienie.

Do koszar w Inowrocławiu ciągle napływały dalsze grupy rezerwistów.

Wielu mieszkańców, zgodnie z zaleceniami obrony przeciwlotniczej, zalepiało długimi paskami papieru szyb okiennych, by na wypadek bombardowania, chronić je przed wypadnięciem.

W kilka godzin po rozpoczęciu działań wojennych, kartę powołania do obrony przeciwlotniczej z "Magistratu" otrzymał Czesław Pilanowski (na zdjęciu obok), zamieszkały ówcześnie przy ulicy Średniej w Inowrocławiu. Zgłosił się on w "Komendzie Obrony Przeciwlotniczej (OPL)", która mieściła się w schronie nr.1. Schron ten mieścił się w piwnicach budynku przy skrzyżowaniu ulic: Pakoska - Królowej Jadwigi (obecnie mieści się tam Urząd Gminy). W schronie, który wzmocniony był specjalnymi stropami, znajdował się również punkt opatrunkowy, kuchnia, magazynek masek przeciwgazowych, łopaty, kilofy, oskardy, zapas wody, dodatkowe żródła prądu oraz prycze. Urządzenia wentylacyjne wystarczały na przebywanie w schronie 300 osób.

Tam dyżurowali na zmianę: dr Czesław Bydałek - naczelny lekarz miasta i dr Irena Konieczna - lekarka osiedlowa z ulicy Zbychora (obecnie część ulicy Roosevelta), członkini Zarządu PCK i środowiska harcerek. Dyżurowały tam również przeszkolone sanitariuszki, a wśród nich Władysława Staszewska.

W tym obszernym schronie funkcję komendanta OPL objął bez żadnego nakazu - nauczyciel Leon Puchała. Praca jego polegała na koordynowaniu drużyn OPL w inowrocławskich zakładach pracy.

W godzinach południowych, od strony Bydgoszczy do Inowrocławia nadciągali pierwsi uciekinierzy z przygranicznych miejscowości. Dla uciekinierów, członkinie PCK pod kierownictwem Heleny Burakowej zorganizowały kuchnię polową. Opiekowały się one również przywiezionymi rannymi żołnierzami.

Trzeba tu jeszcze dodać, że od 1 września obowiązywało wieczorem w Inowrocławiu całkowite zaciemnienie.

2 września 1939 roku (sobota).

Od rana z kierunku Bydgoszczy i Pakości nadchodzili dalsi uciekinierzy. Jedni z nich ciągnęli swój dobytek na wozach zaprzęgniętych w konie, a inni pchali tylko małe wózki załadowane bagażem osobistym. Bardzo powoli szli ludzie starsi i kobiety ze swoimi dziećmi. Idąc do Inowrocławia liczyli, że znajdą tu schronienie i miejsce na odpoczynek.

W samo południe zawyły w mieście syreny alarmowe, ponieważ wysoko, na bezchmurnym niebie pojawił się samolot. Miasto natychmiast opustoszało, gdyż nie wszyscy byli do końca pewni, czy to samolot nieprzyjacielski, ponieważ jego znaki rozpoznawcze na tle biało-srebrzystych skrzydeł, w promieniach słońca były nieczytelne. Ci jednak, którzy mieli już przeszkolenie na kursach OPL, twierdzili, że po sylwetce rozpoznają niemiecki samolot.

W tym czasie bardzo sprawnie działała organizacja "Przysposobienia Kobiet do Obrony Kraju", znana w mieście jako "Pogotowie Społeczne Kobiet" oraz harcerki z "Komendy Środowiska Harcerek". Organizacje te swoją siedzibę miały budynku przy skrzyżowaniu ówczesnej ulicy Pakoskiej (obecnie Narutowicza) z ulicą Królowej Jadwigi (zdjęcie poniżej).

W budynku przy skrzyżowaniu ulic (Pakoska - Królowej Jadwigi) dyżurowały  na zmianę harcerki z "Komendy Środowiska Harcerek" (na zdjęciu powyżej - Stoją od lewej: hm Przemysława Zielonacka, hm Joanna Kasprowicz-Wiatrowska, hm Bogumiła Zielonacka-Leszczyńska. Siedzą od lewej: hm Janina Czarnecka, hm Stefania Jesionowska, hm Maria Zielonacka i hm dr Irena Konieczna).

Harcerki między innymi wskazywały uchodżcom kwatery, prowadziły kuchnie polowe i udzielały pomocy lekarskiej. Szczególną troską starały się otoczyć rodziny wielodzietne. Dla tych właśnie rodzin - nauczycielka Ferdynanda Jackowska zajęła duże pomieszczenie w domu niemieckich sióstr na początku ulicy Pakoskiej. Mimo tej pomocy, wiele jednak osób musiało nocować w bramach domów lub na ulicach.

Uchodżców którzy przybywali do Inowrocławia kierowano na tymczasowe kwatery do inowrocławskiej "Sokolni" przy ulicy Szymborskiej i do prowizorycznego kościoła pod wezwaniem "Serca Jezusowego" przy ulicy Plebanka, natomiast na odpoczynek uchodżcy kierowani byli na plac za "Parkiem Miejskim" (obecnie Teatr Miejski). Dla uchodżców zajęto również kawiarnię niemieckiego właściciela - Romla przy ulicy Królowej Jadwigi (obecnie bank PKO BP).

W godzinach popołudniowych z Poznania do Inowrocławia przybył pociąg ewakuacyjny. Pasażerów z tego pociągu umieszczono w świetlicy PKP przy ulicy Magazynowej (w tym miejscu znajduje się obecnie drukarnia). Opiekę nad pasażerami sprawowała H. Smoczkiewicz i inne kobiety.

W mieście, chociaż pracowały wszystkie piekarnie, to jednak następowały przerwy w dostawach chleba. Mleka dla dzieci już nie starczało.

Po południu znowu dwukrotnie syreny ogłosiły alarm lotniczy. Słychać było detonacje bomb. Jak się potem okazało, to w Janikowie na cukrownię zrzucono średniej wielkości bomby. Były ofiary w ludziach. Rannych przywieziono do Inowrocławia. Pierwszej pomocy udzielił w schronie nr.1 - dr Czesław Bydałek oraz sanitariuszka - Władysława Staszewska. Ciężej rannych przewieziono do inowrocławskiego szpitala przy ulicy NMP.

Tego samego dnia zbombardowana została też miejscowość Barłogi, w której stał pociąg wojskowy z Inowrocławia. Po bombardowaniu dowódca pociągu wydał rozkaz wyjazdu do Mogilna.

Wieczorem w mieście było już spokojnie. W kinie "Słońce" przy ulicy Solankowej wyświetlano film antyhitlerowski - "Zeznanie szpiega", który cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Miejscowa gazeta - "Dziennik Kujawski" wyszła z ogromnym opóżnieniem. Pocieszających wiadomości w gazecie nie było. "Polskie Radio", bardzo ogólnikowo podawało wiadomości, natomiast niemiecka rozgłośnia  nadawała marsze i komunikaty "Oberkommando der Wehrmacht" (Głównej Komendy Niemieckich Sił Lądowych) o zajęciu przygranicznych miast. Z Warszawy  płynęły ostrzeżenia i zapowiedzi alarmu lotniczego oraz pozdrowienia dla walczącej załogi Westerplatte. W ciągu dnia i nocy na ulicach Inowrocławia w dalszym ciągu przebywały patrole z "Oddziałów Przysposobienia Wojskowego". W nocy, na ulicy św. Ducha patrol zatrzymał podejrzanego osobnika, który na stawiane pytania nie chciał odpowiadać i zaczął uciekać. Natomiast na ulicy Toruńskiej przyłapano mężczyznę, który był przebrany za kobietę.

3 września 1939 roku (niedziela).

Rano, jak w każdą niedzielę, mieszkańcy Inowrocławia podążali do pobliskich kościołów na nabożeństwo. Dzień ten miał być dniem zasłużonego odpoczynku. Posiadacze aparatów radiowych włączyli swoje odbiorniki na Toruń, ponieważ właśnie ta stacja była w Inowrocławiu  najlepiej słyszalna.

Zamiast pogodnych melodii, stacja radiowa nadawała wyłącznie muzykę poważną. Nagle pomiędzy godziną 8:00, a 9:00, w nadawaniu audycji nastąpiła przerwa, po czym spikerka radiowa zapowiedziała: "Uwaga, uwaga. Ogłaszamy alarm lotniczy dla miasta Inowrocławia". Po chwili znów ta sama informacja, a potem zapowiedż: "Eskadra nieprzyjacielskich samolotów z kierunku Gniezna zbliża się do Inowrocławia". Początkowo nie wszyscy w te informacje uwierzyli. Niektórzy byli zdania, że to kolejny próbny alarm lotniczy. Przezorniejsi jednak zaalarmowali swoich sąsiadów i razem wszyscy zbiegli do piwnic. Na ulicach słychać  było wezwanie do alarmu lotniczego. Zawyły syreny alarmowe w: elektrowni miejskiej, parowozowni, koszarach i w fabrykach. Ludzie z ulic kryli się w bramach i piwnicach domów mieszkalnych. W kościele garnizonowym przy ulicy Pakoskiej kończyła się właśnie poranna msza święta, kiedy w pobliskich fabrykach zawyły syreny. Jedni z wiernych pozostali w kościele, a inni szybko pobiegli kopać rowy przeciwlotnicze za "Sądem Grodzkim". Warkot nadlatujących samolotów niemieckich słychać było coraz wyrażniej. Po chwili na dość niskim pułapie ukazały się pikujące samoloty "Ju-87B" (tzw.sztukasy) z czarnymi krzyżami na kadłubach. Przeleciały one nad gazownią i elektrownią miejską, ulicą Grabskiego i nad koszarami "59 Pułku Piechoty Wielkopolskiej" przy ulicy Dworcowej. Słychać było detonacje spadających bomb. Wszystko to działo się zaledwie w kilku minutach. Pracownicy elektrowni miejskiej, wraz ze swoimi rodzinami tam zamieszkałymi, ledwo zdążyli ukryć się w schronie i zaryglować drzwi, kiedy pierwsze bomby kruszące i zapalające spadły na dach elektrowni, gazowni i budynku "Urzędu Miar i Wag" przy ulicy Grabskiego. Bomby nieznacznie uszkodziły też dom ostatniego dowódcy "59 Pułku Piechoty Wielkopolskiej" - pułkownika Bolesława Mirgałowskiego. Kilka bomb spadło na baraki, w których mieszkali głównie bezrobotni oraz na plac budowy pomiędzy ulicami: Grabskiego - Okrężna. W koszarach przy ulicy Dworcowej wybuchł niegrożny pożar. Potem kilka bomb zrzucono w okolicach dworca kolejowego i majątku - Kruśliwiec. A kiedy wydawało się, że jest już po nalocie, że można wyjść ze schronów, piwnic i bram domów - nagle znienacka, lotem koszącym pojawiły się te same samoloty, które rozpoczęły ostrzeliwanie z broni pokładowej ludzi spieszących z pomocą poszkodowanym i rannym. Płacz, krzyk dzieci i matek wyrzuconych z baraków podmuchem wybuchających bomb mieszał się z długimi seriami karabinów maszynowych przelatujących samolotów. Po chwili samoloty odleciały i alarm został odwołany. Nad koszarami unosiła się jeszcze czarna smuga dymu, a na ulicy Grabskiego i Dworcowej biegali ludzie, próbując pomóc rannym i poszkodowanym. Były też pierwsze ofiary śmiertelne.

Poniżej fragment niemieckiego filmu propagandowego, z rozpoznaną kilka temu przez p. Romualda Szymańskiego z Inowrocławia, sekwencją nalotu samolotów "Luftwaffe" na Inowrocław. W ostatniej fazie filmu wyrażnie widać stację kolejową w Inowrocławiu.
Budynki elektrowni i gazowni miejskiej - 1938 rok

Któraś z osób z ulicznego punktu opatrunkowego przyniósł całe wyposażenie niedawno otrzymanej apteczki. Jednak na niewiele przydała się ona, ponieważ rannych i potrzebujących pomocy było zbyt wielu. Żniwo krótkotrwałego nalotu było duże. Naliczono bowiem 11 zabitych. Życie stracili: p. Fochtowa z trojgiem swych dzieci, p. Kwiatkowska, p. Mieczysław Ziarnecki, p. Stanisław Fraszkowski, p. Makowiecki, p. Pelagia Czarnecka, p. Dziedzic i p. Dominik Paczuszko. Władysław Chojnacki i Szczepan Kopeć utracili nogę. Poważne rany odniósł Stanisław Olejniczak. Ludzie, którzy nie ucierpieli podczas nalotu kładli rannych na prowizoryczne nosze i na dostępnych, ręcznych wózkach odwozili ich do schronu nr.1, w którym dyżur pełniły: dr Irena Konieczna i dr F. Jackowska. Ciężej rannych odworzono do szpitala przy ulicy NMP, w którym były tylko siostry zakonne, świeckie pielęgniarki i kilka salowych (4 ordynatorów powołano wcześniej do wojska). Widok przywiezionych do szpitala rannych był przerażający. Na prowizorycznych noszach w holu i na korytarzach ranni leżeli jeden przy drugim. Z otwartych ran i zabrudzonych ziemią bandaży sączyła się krew. Niektórych przywieziono w agonii, a innych bez oznak życia, przekazywano do kostnicy. Pierwszym lekarzem, który zjawił się w szpitalu, był dr Templewicz, który wcześniej przybył do Inowrocławia na kurację, a w chwili wybuchu wojny tymczasowo mieszkał u swojej matki, która była właścicielką pensjonatu przy ulicy Solankowej. Dr Templewicz nie zważając na swój stan zdrowia udał się pospiesznie do szpitala. Wiedział, że właśnie tam będzie bardzo potrzebny. W operacjach i opatrywaniu rannych pomagała mu między innymi siostra Aniela, Weronika Wożniak. A rannych stale przybywało. Po kilku dniach wraz z chorymi było ich już 100. Brak prądu, gazu i wody, pogarszał i tak już ciężkie warunki pracy. Wodę musiano wiadrami przynosić ze znajdującej się naprzeciwko szpitala, szkoły im. "Panny Maryi" (obecnie szkoła podstawowa nr.2).

W między czasie stwierdzono, że zbiornik gazu w gazowni miejskiej został uszkodzony, z którego do atmosfery uleciał gaz. Wokół gazowni, elektrowni i w koszarach leżały niedużej wielkości bomby zapalające.

Wśród mieszkańców tej dzielnicy zapanowała konsternacja. Wszyscy pytali o polską obronę przeciwlotniczą i o polskie samoloty. Po upływie półgodziny od niemieckiego nalotu, nad domami przy ulicach: Dworcowa i Grabskiego oraz nad dworcem kolejowym przeleciał polski samolot myśliwski.

Gdy po nalocie nastąpił względny spokój, w okolice zbombardowanych baraków przy ulicy Grabskiego przybył z kościoła św. Józefa, z posługą kapłańską proboszcz - ksiądz Grzegorz Handtke wraz z wikarym - księdzem Henrykiem, Marią Malakiem.

Ruszyły też w tym samym czasie, zatrzymane w czasie nalotu nowe kolumny uchodżców, które znajdowały się pod Inowrocławiem na szosie bydgoskiej. Byli też wśród nich ranni. Uchodżcy potem mówili, że po zbombardowaniu, strzelano do nich z broni maszynowej.

Ze Sławęcinka pod Inowrocławiem przybył razem z uchodżcami Władysław Gonet, tegoroczny maturzysta z "Gimnazjum i Liceum im. Jana Kasprowicza". Wraz ze swoim kolegą szkolnym - Władysławem Marciniakiem, mieli w tym roku odbyć czynną służbę wojskową w "Szkole Podchorążych Rezerwy Artylerii" we Włodzimierzu Wołyńskim. Teraz jednak była wojna i maturzyści nie bardzo wiedzieli w jaki sposób w tych warunkach mogą dotrzeć do Włodzimierza Wołyńskiego. Nalot niemieckich samolotów zatrzymał ich przed wiaduktem kolejowym. Widzieli oni bezkarnie latające bombowce, tak jak gdyby nie było polskiej obrony przeciwlotniczej. Po ustaniu nalotu ustalili, że jest wojna, że są poborowymi, a więc muszą iść już teraz do wojska. Po akceptacji swoich rodziców udali się do koszar "59 Pułku Piechoty Wielkopolskiej" przy ulicy Dworcowej. Kiedy przedstawili sierżantowi pułku swoje dokumenty, usłyszeli odpowiedż, że takich nieprzeszkolonych do wojska nie biorą. Sierżant zalecił im jednak, aby udali się do Kutna, co póżniej uczynili.

Trzeba tu jeszcze dodać, że w "Gimnazjum i Liceum im. Jana Kasprowicza" w Inowrocławiu działało "Szkolne Koło Krótkofalowców SPL-454", które codziennie zbierało się w swojej siedzibie w szkole. Krótkofalowcy robili nasłuchy pod nadzorem swoich nauczycieli.

Poniżej zdjęcie kółka krótkofalowców z 1939 roku. Stoją od lewej:

Jan Potalas, Edmund Bachora, Bronisław Poliwka, Henryk Gliszewski,

Edmund Wojewoda i Ewaryst Sawicki. Siedzą od lewej: Kazimierz Mrugalski

i Julian Pikuziński.

Kierownikiem koła był Bronisław Poliwka, który poległ we wrześniu 1939 roku w walce z Niemcami w rodzinnej miejscowości Brzyskorzystwy koło Żnina.

Klub posługiwał się swoją pieczątką.

Bronisław Poliwka - kierownik koła
Pieczątka "Koła Krótkofalowców SPL 454" przy "Gimnazjum i Liceum imieniem Jana Kasprowicza" w Inowrocławiu - 1939 rok

4 września 1939 roku (poniedziałek).

Tego dnia domy i ulice w Inowrocławiu pustoszały. Jedni uchodżcy poszli w kierunku Kruszwicy i Radziejowa, a inni w kierunku Pierania i dalej na Włocławek. Byle jak najszybciej oderwać się od Inowrocławia i przedostać się za Wisłę. Tam w wyobrażni uchodżców stały dobrze uzbrojone pułki Wojska Polskiego, gotowe w każdej chwili do przeciwuderzenia. Takimi to informacjami, ludzie maszerujący dniem i nocą w obranym sobie kierunku, wzajemnie się pocieszali. Wzdłuż drogi w kierunku Kruszwicy, po obu stronach paliły się stogi i wypełnione zbiorami stodoły. Kto je podpalił, nikt nie wiedział. W samej Kruszwicy niemieccy dywersanci w polskich mundurach podpalili dworzec kolejowy.

Rankiem po Inowrocławiu rozeszła się wiadomość, że pod miastem utworzona została linia obrony. Istotnie, wieczorem 4 września 1939 roku 11 batalion z "37 Pułku Piechoty" otrzymał rozkaz zorganizowania obrony Inowrocławia przed spodziewanym atakiem Niemców z kierunku Bydgoszczy. W związku z tym żołnierze 11 batalionu osadzili tory kolejowe w kierunku Bydgoszczy i Torunia oraz "Park Zdrojowy" w Solankach.

Z obawą przed atakiem Niemców, miasto zaczęli opuszczać niektórzy mieszkańcy oraz władze miejskie i funkcjonariusze policji.

Wyjazdu władz miejskich w tak ciężkiej dla Inowrocławia chwili nie mógł zrozumieć młody wtedy Jerzy Benedykciński

(na zdjęciu z 1980 roku), mieszkający ówcześnie w Inowrocławiu, absolwent "Liceum Handlowego" w Toruniu, student "Uniwersytetu Adama Mickiewicza"

w Poznaniu. Wychowany w domu i w szkole w duchu wielkiego patriotyzmu, nie chciał pogodzić się z myślą, że można stać się bezwolnym i dlatego wraz ze swoimi braćmi i szkolnymi kolegami postanowił pozostać

w mieście. Pożniej zmuszony był ukrywać się w "Generalnym Gubernatorstwie", gdzie działał w ruchu oporu.

Polecenie opuszczenia miasta wraz z majątkiem Skarbu Państwa z północnych powiatów otrzymali pracownicy inowrocławskiego Urzędu Skarbowego. Złożone w piwnicach skarbówki skrzynie z pieniędzmi i papierami wartościowymi zostały pospiesznie załadowane na samochód ciężarowy i wraz z obsługą (około 12 osób), która nie posiadała bez broni, transport wyruszył w kierunku Lublina. Pełnomocnikiem transportu był pracownik Urzędu Skarbowego w Inowrocławiu - Bronisław Januszewski.

Wieczorem, pomiędzy godziną 19:00, a 20:00, z koszar przy ulicy Dworcowej wymaszerowali na front ostatni żołnierze z tak zwanego "Zbiorczego Pułku Piechoty". Nie dla wszystkich starczyło mundurów i broni. Do żołnierzy, bez żadnego wezwania dołączyły członkini "Komendy Środowiska Harcerek" w Inowrocławiu z dr Ireną Konieczną na czele.

Żegnali ich nieliczni znajomi, przyjaciele i członkowie rodziny. Harcerki żegnały tkliwe i czułe serca matek, które życzyły im szczęśliwego i zwycięskiego powrotu do domu.

Tego też dnia władzę w mieście objął na krótko, będący w podeszłym wieku, znany polski działacz, były poseł do parlamentu niemieckiego z okresu powstania wielkopolskiego, przewodniczący "Powiatowej Rady Ludowej" w Inowrocławiu i pierwszy po odzyskaniu wolności w 1919 roku prezydent Inowrocławia - dr Józef Krzymiński. Pomagała mu dyrektorka "Miejskiej Szkoły Przemysłowo-Handlowej" - dr Janina Lewandowska.

Ponieważ w mieście trudno było utrzymać ład i porządek, dr Józef Krzymiński postanowił zorganizować "Straż Obywatelską". Na komendanta straży powołał emerytowanego pracownika byłego "Wydziału Spraw Wojskowych" - Konstanty Lipiński. Do służby w straży zgłosili się nie powołani do wojska rezerwiści, członkowie "Przysposobienia Wojskowego" i harcerze.

Przeprowadzone przez "Straż Obywatelską" rewizje u wielu podejrzanych inowrocławskich Niemców wykazały, że posiadali oni broń, amunicję oraz urządzenia łączności. Znaleziono też i skonfiskowano broń, którą znaleziono w grobowcach na ewangelickim cmentarzu.

W południe, na inowrocławskim Rynku do pozostałych w mieście mieszkańców przemawiali: proboszcz kościoła św. Mikołaja - ksiądz kanonik Bolesław Jaśkowski i proboszcz kościoła Zwiastowania NMP - ksiądz dziekan Stanisław Kubski.

Pomimo piętrzących się trudności, to piekarnie Sylwestra Barteckiego przy ulicy Królowej Jadwigi, Mieczysława Biskupa przy ulicy Farnej i Leona Morawskiego przy ulicy św. Ducha nadal wypiekały pieczywo. Cywilom, a w szczególności żołnierzom chleb wydawano za darmo. O zaopatrzenie miasta zadbał też właściciel masarni przy ulicy Królowej Jadwigi - Franciszek Benedykciński. Pracownicy gazowni miejskiej z trudem usunęli powstałe w wyniku nalotu szkody. Na zapleczu "Parku Miejskiego" (obecnie Teatr Miejski) nadal czynna była kuchnia polowa.

Jednym ze świadków tragedii Inowrocławia był zasłużony dyrektor "Dwuzimowej Szkoły Rolniczej" - inż. Marian Hozakowski (na zjęciu poniżej wraz ze swoją córką Krystyną).

Widział on wśród uchodżców przechodzących przez Inowrocław, wiele zagubionych i opuszczonych dzieci, które z płaczem i nieraz bezskutecznie poszukiwały swoich najbliższych. Czuły i wrażliwy na rozpacz tych dzieci Marian Kozakowski, nie bacząc na dalszy przebieg wojny, zorganizował w swej szkole schronisko. Szkoła ta znajdowała się ówcześnie przy skrzyżowaniu ulic: św. Mikołaja - Studzienna. W schronisku przebywało 25 dzieci w wieku od 2 do 13 lat. Opieką nad dziecmi zajęły się: hm Bogumiła Zielonacka, hm Maria Zielonacka i inne harcerki, które przygotowywały codzienne posiłki. Większość dzieci pochodziła głównie z Bydgoszczy i przygranicznych powiatów, których rodzice w czasie nalotów na kolumny uchodżców zostali zabici lub ranni. Jednego z chłopców Marian Hozakowski zabrał do swojego domu (odzyskał rodziców w listopadzie 1939 roku), a dwoje dzieci do swego domu zabrały siostry - Bogumiła i Maria Zielonackie.

W dostarczaniu żywności pomagała H. Smoczkiewicz, która z magazynu kawiarni niemieckiego właściciela Rommla przy ulicy Królowej Jadwigi (obecnie budynek banku PKO) przyniosła większą ilość jaj, a z piekarni chleb.

Po warzywa i owoce udawał się do ogrodu "Liceum Pedagogicznego" przy ulicy Pakoskiej (obecnie Narutowicza).

W godzinach popołudniowych ogłoszono znów alarm przeciwlotniczy. Tym razem ludzie, którzy pozostali w mieście szybko pobiegli do rowów przeciwlotniczych, bram i piwnic najbliższych domów. Na błękitnym niebie, w promieniach słońca, na dużej wysokości latały 3 samoloty. Znaki rozpoznawcze były mało widoczne, ale sylwetki ich wskazywały, że nie były to polskie samoloty. Ustawionia przy ulicy Wierzbińskiego,  w okolicy "Stadionu Miejskiego" i parku solankowego, niedawno przybyła artyleria przeciwlotnicza szybko otworzyła ogień z armatnich dział. Jasnoczerwone pociski lecące w stronę samolotów, już po trzecim wystrzale trafiły jeden z niemieckich samolotów.

 

5 września 1939 roku (wtorek).

W cywilnych władzach miasta znowu zmiany. Z polecenia wojewody pomorskiego - Władysława Raczkiewicza, komendantem miasta Inowrocławia zostaje były starosta wyrzyski - Ludwik Muzyczka.

W dalszym ciągu, przez ulice miasta dniem i nocą przechodziły wielkie tłumy uchodżców. Mówiono, że wśród uchodżców są też niemieccy dywersanci.

Nagle na ulicy Solankowej powstało ogromne zamieszanie. Młody chłopak - Stefan Guetsche wraz z żołnierzami pobiegł w to miejsce. Zobaczył leżącego na ziemi mężczyznę z ranami na szyi i piersi. Już nie żył. Jak się okazało, nieżyjącym był rozpoznany niemiecki dywersant, który został schwytany i zlinczowany przez uchodżców. Potem również na ulicy Solankowej żołnierze prowadzili jakąś Niemkę, której zarzucono, że sygnałami świetlnymi dawała znaki niemieckim samolotom.

I znów nastąpił nalot. Niemieckie samoloty nisko przelatywały na parkiem solankowym, pobliskimi ulicami i dworcem kolejowym. Jedna z bomb wpadła do ogrodu za "Białym Dworkiem" przy ulicy Solankowej. Podmuch rozrywających się bomb uszkodził wiele okolicznych domów.

Marian Benedykciński z karabinem przechodził właśnie ulicą Solankową, kiedy zobaczył kilku spadochroniarzy lądujących w ogrodzie niemieckiego gimnazjum. Na podwórzu przy skrzyżowaniu ulic: Staszica - Hoyera, "Straż Obywatelska" zatrzymała i unieszkodliwiła około 20 dywersantów. Byli oni w polskich mundurach, żle mówili po polsku, ale twierdzili, że są Polakami. Ale kiedy kazano im zaśpiewać "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród", ani jeden z nich nie znał słów, ani melodii "Roty" napisanej przez Marię Konopnicką.

W tym też czasie do koszar "4 Pułku Artylerii Lekkiej" przy ulicy Jacewskiej przybyły wycofujące się oddziały 8 baterii haubic z "26 Pułku Artylerii Lekkiej". Kiedy po wypoczynku, o zmroku odziały 8 baterii haubic wymaszerowały z koszar, zostały ostrzelane przez dywersantów z broni maszynowej. Wtedy natychmiast dywersantami zajęła się "Straż Obywatelska" i oddziały piechoty. Schwytani niemieccy dywersanci stali butni, z podniesionymi głowami i pewni siebie.

Koszary przy ulicy Jacewskiej - 1917 rok

6 września 1939 roku (środa).

Z radiowych komunikatów mieszkańcy Inowrocławia dowiedzieli się, że w godzinach popołudniowych wojska hitlerowskie zajęły Bydgoszcz.

Od czasu do czasu nad Inowrocławiem przelatywały niemieckie samoloty. Tylko nieliczne syreny ogłaszały jeszcze alarm przeciwlotniczy. Na dworcu kolejowym nie było już żadnego życia. W masarni Franciszka Benedykcińskiego przy ulicy Królowej Jadwigi można było jeszcze nabyć mięso lub wędliny. Czynna też była piekarnia Mieczysława Biskupa przy ulicy Farnej. Po mieście krążyły pocieszające pogłoski o zbombardowaniu Berlina przez lotnictwo angielskie i przełamaniu na zachodzie Niemiec przez armię francuską "Linii Zygfryda".

Wieczorem tego dnia, samochodem opuścił wraz ze swoimi urzędnikami komendant miasta - Ludwik Muzyczka. Na ulicach Inowrocławia widać było o zmroku nielicznych mieszkańców, a byli to miedzy innymi członkowie "Straży Obywatelskiej" i miejscowi dywersanci. W różnych punktach miasta słychać było odgłosy strzałów karabinowych. Nikt nie wiedział, kto do kogo strzelał. Niektórzy członkowie "Straży Obywatelskiej" mówili, że przyłapano niemieckiego ogrodnika - Ottona Fuchsa przy nadajniku radiowym w kostnicy cmentarnej. Póżnym wieczorem przez Inowrocław przechodziły nieliczne oddziały piechoty Wojska Polskiego. Do nich to właśnie z dachu budynku przy skrzyżowaniu ulic: Kasztelańska - Poznańska (zdjęcie poniżej), dywersanci z broni maszynowej otworzyli ogień. Tego samego dnia niemieckie lotnictwo dokonało kolejnego nalotu bombowego na kolumny uchodżców na szosie bydgoskiej.

Budynek przy skrzyżowaniu ulic: Kasztelańska-Poznańska - 1940 rok

7 września 1939 roku (czwartek).

Tego dnia przybył z Mogilna pociąg kompanii wojsk kolejowych, ale ze względu na duże zniszczenia torowisk spowodowane nalotami, musiał opuścić Inowrocław, ponieważ dalsze manewrowanie pociągiem i wykonywanie zadań stało się już niemożliwe. Skierowany został do stacji Babiak (64 kilometry od Inowrocławia) na linii Inowrocław-Karsznice. W Babiaku dowódca pociągu wydał załodze rozkaz opuszczenia wagonów i dołączenia do najbliższych oddziałów piechoty. Od tego czasu inowrocławscy kolejarze po otrzymaniu broni, wspólnie z "72 Pułkiem Piechoty" brali udział w walkach obronnych nad rzeką Bzurą i w okolicach "Puszczy Kampinoskiej".

W centrum miasta widać było coraz mniej ludzi. Jednym z tych ludzi był młody chłopak - Jerzy Weber, który w tym czasie wyszedł z kolegami na spacer. Idąc od strony "Szkoły Wydziałowej" (przy ówczesnej ulicy Pakoskiej), do swego domu przy ulicy Staszica nagle zauważył w głębi tej ulicy zbliżający się czarny, odkryty samochód osobowy z czerwoną flagą ze swastyką. W samochodzie siedziało pięciu umundurowanych mężczyzn. Kiedy zbliżyli się do skrzyżowania ulic: Staszica-Solankowa, Jerzy Weber trzech z nich bez trudności rozpoznał. Byli to dobrze mu znani miejscowi Niemcy, ponieważ mieszkali w tej samej dzielnicy. Jeden z nich był krawcem i nazywał się Emil Nickel. Mieszkał przy ulicy Hoyera, był małego wzrostu i miał zajęczą wargę. Drugi, to właściciel składu opałowego przy ulicy Staszica. Nazywał się Willi Jarecky. Trzecim był znany kupiec niemiecki - Georg Radetzky, właściciel octowni przy ulicy św. Ducha (budynek istnieje do dziś). Jego magazyny znajdowały przy ulicy św. Mikołaja, obok kina "Stylowy" (po wojnie kino "Bałtyk"). Siedzący obok kierowcy Niemiec w czarnym mundurze nazywał się (jak póżniej ustalono) Karl Kohlmeler i pochodził z powiatu inowrocławskiego. Po zajęciu przez Niemców Inowrocławia pracował w miejscowym "gestapo". Samochód wiozący Niemców skręcił szybko w ulicę Solankową, kierując się w kierunku "Uzdrowiska". Ta scena szczególnie Jerzemu Weberowi utkwiła w pamięci, ponieważ pierwszy raz w swoim życiu zobaczył znanych sąsiadów. Teraz w niemieckich mundurach SS i SA.

"Szkoła Wydziałowa" w okresie międzywojennym.

Wieczorem, pomiędzy godziną 19:00, a 21:00 przez Inowrocław przechodziły ostatnie oddziały Wojska Polskiego. Był to wydzielony oddział "26 Skierniewickiej Dywizji Piechoty" pod dowództwem podpułkownika Władysława Majewskiego. Żołnierze byli zmęczeni ciągłym marszem, a o świcie następnego dnia czekała ich walka z wrogiem. Niepostrzeżenie na ulicy Dworcowej, niemieccy dywersanci otworzyli ogień z karabinów maszynowych. Oddział musiał się więc wycofać. Dowódca podzielił oddział na dwie grupy. Pierwsza grupa poszła ulicą Cmentarną w kierunku ulicy Toruńskiej, natomiast druga grupa kiedy wracała w kierunku ulicy Królowej Jadwigi została zaatakowana z broni maszynowej, ustawionej w wieży ówczesnego kościoła ewangelickiego (obecnie kościół św. Krzyża) oraz z dachów i balkonów domów przy ulicy Królowej Jadwigi.

Na odgłos strzałów, z domu Benedykcińskich przy ulicy Królowej Jadwigi wybiegli młodzi chłopcy. Marian Benedykciński zobaczył przed redakcją niemieckiej gazety "Kujawischer Bote" (znajdowała się na drugiej stronie ulicy) jakiegoś młodego Niemca, którego zapytał co tu robi. W tym samym czasie z dachu spadła wiązka granatów zrzucona pod nogi konia, na którym siedział polski oficer. Oficer natychmiast zwalił się z konia na ziemię i powstało ogólne zamieszanie. Stryj Benedykcińskich - Leon i pracownik masarni Józef Walczak powiedzieli chłopcom, by czym prędzej weszli na dach. Po dachach obeszli kilka domów, lecz nikogo nie znależli. Póżniej jedynie z wieżyczki hotelu "Bast" i innych stron miasta dochodziły odgłosy pojedyńczych strzałów karabinowych. Lecz po chwili w śródmieściu uspokoiło się. Benedykcińscy wróciłi do swego domu, lecz zdawali sobie już sprawę z powagi sytuacji, że są to ich ostatnie godziny w tym domu, w którym kiedyś wspólnie się uczyli i organizowali wesołe koleżeńskie spotkania. 

8 września 1939 roku (piątek).

Tego dnia również było widać ludzi pospiesznie opuszczających miasto. Na niektórych domach widoczne były ślady po kulach karabinowych z wczorajszych walk. Chleba nie można już było otrzymać, czy kupić. Nie było również bieżącej wody. W gmachu "Magistratu" przebywało jeszcze dwóch urzędników. Na Rynku sklep żelazny, którego właścicielami byli: Władysław Paul i Richard Kickbusch był całkowicie rozbity przez nieznanych sprawców. Znależli się też amatorzy na sklep cukierków "Lukullusa" przy ulicy Królowej Jadwigi.

Około godziny 8:00 nad miastem przeleciał niemiecki samolot, z którego zrzucono ulotki o treści: "Polacy! Rząd już Was opuścił. Armia niemiecka posuwa się zwycięsko naprzód. Nie słuchajcie Waszych władz".

W godzinę póżniej na murach domów pojawiły się małe afisze z odpowiedzią podpisaną przez nieistniejący już "Komitet Obywatelski".

W centrum miasta dyżurowali młodzi chłopcy. Jedni w mundurach "Przysposobienia wojskowego" inni w mundurach harcerskich i szkolnych lub w cywilnych ubraniach z białoczerwoną opaską na ramieniu. Tylko niektórzy z nich posiadali broń. Część z nich udała się w kierunku "Gimnazjum i Liceum im. Jana Kasprowicza" przy ulicy Średniej, część  z nich skierowała się w kierunku dworca kolejowego.

Z budynków mieszkalnych, gdzie mieszkali bezrobotni, zwanych wówczas "Belwederem", znajdujących się przy ulicy Średniej około godziny 8:30 wyszła grupa młodych ludzi, którzy skierowali się w centrum miasta. Grupę prowadził Piotr Busse (na zdjęciu poniżej). Na ulicy Królowej Jadwigi grupa spotkała jednego  z braci Ekertów ze znanej w Inowrocławiu polskiej rodziny, który nawoływał Piotra Busse do zabrania broni, amunicji i granatów. Byli tam również: Józef Bartecki (na zdjęciu poniżej), syn piekarza Sylwestra Barteckiego, student "Państwowego Instytutu Sztuk Plastycznych" w Poznaniu, Wilhelm Wojtylak, Antoni Lewandowski, Stanisław Głowacki, Władysław Popławski, Benedykt Rochowiak i pracownik kostnicy szpitalnej - Władysław Malinowski. Grupa ta, składająca się z około 10 osób, ruszyła dalej w kierunku dworca kolejowego.

Piotr Busse
Józef Bartecki
Budynek mieszkalny ("Belweder") przy ulicy Średniej - 1937 rok

W stronę dworca kolejowego, wraz z grupą młodzieży szedł również Jerzy Benedykciński, który mieszkał przy ulicy Królowej Jadwigi, oraz emerytowany sierżant Wojska Polskiego (były uczestnik powstania wielkopolskiego) wraz ze swym synem - Radzisławem, harcerzem z "I Drużyny Pozaszkolnej". Po drodze dołączyli do grypy inni mieszkańcy Inowrocławia. Po drodze, w koszarach przy ulicy Dworcowej grupa otrzymała parę karabinów i trochę amunicji. W okolicach obecnego skrzyżowania ulic: Kopernika-Dworcowa, grupa powiększyła się o członków "Przysposobienia Wojskowego", "Straży Obywatelskiej" i harcerzy. Wszyscy przesuwali się w kierunku dworca kolejowego, ponieważ właśnie z tej strony spodziewano się nadejśćia wroga.

W pewnym momencie, ktoś krzyknął, że w budynku "Zboru baptystów" (zdjęcie poniżej) przy ulicy Dworcowej ukrywają się niemieccy dywersanci. Pospiesznie przeprowadzona rewizja budynku zboru wykazała, że faktycznie byli tam Niemcy, ale broni nie znaleziono.

Budynek ówczesnego "Zboru baptystów"

Przy skrzyżowaniu ulic: Dworcowa-Grabskiego, gdzie wówczas po prawej stronie ulicy Dworcowej znajdowało się wejście do wojskowego kina, leżały worki wypełnione piaskiem. Po wybraniu odpowiedniego miejsca, właśnie za tymi workami grupa około 20 ludzi zajęła stanowiska ogniowe. Inni ulokowali się w bramach okolicznych domów. Stanowisko ogniowe zajął również 18 letni wówczas Jerzy Benedykciński, który w maju 1939 roku ukończył "Liceum Ekonomiczne" w Toruniu i po zdanym egzaminie na studia w Poznaniu, powrócił na wakacje do swego rodzinnego domu. A teraz wraz z kolegami, bez niczyjego wezwania ani rozkazu, z karabinem w ręku stanął w obronie swojego miasta.

Na pierwsze spotkanie z nieprzyjacielem czekano niedługo. Po godzinie 9:00 na wiadukcie kolejowym, od strony Bydgoszczy pojawiły się sylwetki żołnierzy niemieckiego "Wehrmachtu". Byli to żołnierze  "337 Pułku Piechoty Niemieckiej" z "208 Dywizji Piechoty Niemieckiej". Niemcy szli w marszu ubezpieczonym rzędem po prawej i lewej strony szosy bydgoskiej. Sylwetki ich w stalowych hełmach stawały się coraz wyrażniejsze. Po chwili z za wiaduktu wysunął się samochód ciężarowy, a za nim znów grupa niemieckich żołnierzy. Pochyleni nisko inowrocławscy obrońcy miasta, przyczaiwszy się za workami z piaskiem, przymierzali się do oddania pierwszych strzałów w kierunku nieprzyjaciela. Nagle ktoś krzyknął, żeby teraz nie strzelać i poczekać, aż Niemcy podejdą bliżej, ponieważ każdy strzał  musi być skuteczny. Kiedy Niemcy podeszli do pierwszych budynków przy ulicy Dworcowej, z 20 karabinów, jak na jedną komendę posypał się grad kul. Zaskoczeni tym atakiem Niemcy nawet nie zdążyli odblokować swoich karabinów i bardzo szybko wycofali się skokami za wiadukt. Wycofał się również samochód ciężarowy. Tego się nie spodziewano i wśród inowrocławian zapanowała ogólna radość. W tym czasie ktoś zdecydował o zmianie stanowisk obronnych. Więc następny punkt oporu utworzono przy stojącym wówczas na "Placu Wolności" pomniku Jana Kasprowicza (obecnie teren przed dworcem PKS).

Uroczystości odsłonięcia na "Placu Wolności" w Inowrocławiu pomnika Jana Kasprowicza - 7 września 1930 roku

Po upływie godziny, Niemcy z nieznaczną przewagą ognia z broni maszynowej i działkiem armatnim, zaatakowali ukryte stanowisko obrońców miasta. Szli chodnikami po obu stronach ulicy Dworcowej. Mimo tego obrońcom udało się na krótki czas powstrzymać marsz wroga. Po chwili Niemcy zaczęli się znowu posuwać do przodu wzdłuż ulicy Dworcowej. Z okien 2 piętra domu stojącego (do dziś) na przeciwko pomnika Jana Kasprowicza Nikodem Głuszyński widział fragmenty walk (zdjęcie poniżej). Poznał wśród obrońców Jerzego Benedykcińskiego, przepasanego pasem z ładownicą i Kazimierza Kwiatkowskiego, biletera  z kina "Słońce". Gdy jedni byli w ciągłym kontakcie z nacierającymi Niemcami, inni, albo z braku amunicji, albo doświadczenia bojowego zaniechali dalszej walki i porzuciwszy broń ukryli się w okolicznych domach i ogrodach. Kolejny punkt oporu znajdował się w ostatnich budynkach ulicy Dworcowej (zdjęcie poniżej), a następny w budynku piekarni Sylwestra Barteckiego na początku ulicy Królowej Jadwigi. W domu Barteckiego, w oknach na 2 piętrze znajdowało się dobre miejsce do ostrzału wzdłuż ulicy Dworcowej. Wtedy znajdowali się tam: chorąży - Franciszek Wietrzykowski, emerytowany sierżant - Stanisław Wawrzyniak i jego syn - Radzisław oraz Józef Bartecki - syn piekarza Sylwestra Barteckiego. W tym budynku pod piekarnią znajdował się też schron pobudowany przez właściciela piekarni na wypadek ulicznych walk i bombardowań.

Niemcy zorientowawszy się skąd są ostrzeliwani, szybko skierowali swój ogień w okna na 2 piętrze domu Barteckich. Na szczęście nikt z obrońców nie ucierpiał. Jednak sierżant Stanisław Wawrzyniak widząc beznadziejny dalszy opór polecił, aby wszyscy wycofali się w kierunku centrum miasta.

Z okien tego domu Nikodem Głuszyński obserwował fragmenty walk. Zdjęcie z 1964 roku
Budynki przy ulicy Dworcowej. Z prawej - ówczesna przychodnia przeciwgrużlicza.

W tym samym czasie sekcja granatników kaprala Piotra Łopatki (pochodził z Pakości), która uprzednio ulokowała się z lekkim karabinem maszynowym na schodach prowadzących do piwnicy drogerii Romana Każmierczaka przy skrzyżowaniu ulic: Toruńska - Królowej Jadwigi (zdjęcie poniżej), na skutek słabej widoczności przedpola szybko przeniosła się z workami piasku pod główne wejście do hotelu "Bast". Celowniczym i karabinowym był kapral Piotr Łopatka, a amunicyjnym żołnierz z jego sekcji granatników. Od strony ulicy Toruńskiej z ramienia "Straży Obywatelskiej", dyżur pełnił 17-letni Władysław Okoński, uczeń "Szkoły Zawodowej Dokształcającej" w Inowrocławiu. Choć nie miał wojskowego przeszkolenia, to jednak pragnął walczyć.

Budynek przy skrzyżowaniu ulic: Toruńska-Królowej Jadwigi, w którym znajdowała się drogeria Romana Każmierczaka - 1980 rok
Hotel "Bast" (przez pewien okres po wojnie hotel "Centralny" - 1980 rok)

Około godziny 14:00 coraz częściej słychać było wymianę ognia z broni ręcznej i maszynowej. Do obsługi karabinu maszynowego przy hotelu "Bast" dołączył jakiś cywil, który mówił, że pochodzi z Bydgoszczy. Z okolicy ówczesnej przychodni przeciwgrużliczej przy styku ulic: Dworcowa - Królowej Jadwigi dochodziły do obrońców miasta głośne wołania Niemców - "Hande hoch" (ręce do góry). Z tego rejonu wracali właśnie, ostrzeliwując się: Jerzy Benedykciński, Tadeusz Koczorowski i inni. Niemcy szli gęsiego pod ścianami domów, kierując się w stronę centrum miasta. W pewnym momencie stanęli, przyczajając się pod murami domów. Czekali, a może bali się kolejnej zasadzki. Z głębi pojawił się niemiecki motocyklista, który zaczął strzelać do Polaków z karabinu maszynowego. Ale kiedy obrońcy miasta zaczęli strzelać w jego kierunku, natychmiast się wycofał. Niemcy pomału zaczęli iść do przodu, ale serie pocisków z polskiej obsługi karabinu maszynowego zatrzymały ich w pobliżu dzisiejszego budynku "Urzędu Gminy" przy ulicy Królowej Jadwigi. W związku z tym, Niemcy pośpiesznie wprowadzili do akcji działko przeciwpancerne. Podniecona niemiecka obsługa gorączkowo przygotowanym działkiem przeciwpancernym niecelnie strzelała. Pierwszy z celnych pocisków trafił w szyld drogerii Romana Każmierczaka. Rozpryskujący się tynk i szkło szyldu, odrzuciło na bok stojącego tam Piotra Busse. Wtedy doskoczył do niego jakiś młody człowiek, aby pomóc mu wstać. Obrońcy Inowrocławia krótkimi seriami z karabinu maszynowego i broni ręcznej znowu na chwilę zatrzymali atakujących Niemców. Jednak w chwili najbardziej krytycznej rozgrzany karabin maszynowy zaciął się, a kiedy próby naprawienia go nie powiodły się, kapral Piotr Łopatka podjął decyzję wycofania się w ulicę Solankową. Wszyscy szybko chwycili sprzęt oraz skrzynki z amunicją i chyłkiem pojedyńczo, skokami, wycofali się. Na ulicy Solankowej narazie było bezpiecznie, gdyż nikt tam nie strzelał. Do grupy dołączył Piotr Busse ze swoim karabinem. Cała grupa idąc ulicą Solankową i Grodzką dotarła do ówczesnej "Szkoły Wydziałowej" przy ulicy Pakoskiej i tam się ukryli. Pomógł im w tym wożny szkoły, który był wujkiem Piotra Busse.

Drugi z pocisków wystrzelonych przez Niemców z działka przeciwpancernego, wpadł do kawiarni Stanisława Wybrańskiego przy ulicy Królowej Jadwigi (po wojnie była tam znana kawiarnia "Popularna"). Walkę z Niemcami w pobliżu tej kawiarni podjęła się nieliczna grupa obrońców miasta. Byli wśród nich między innymi: Jerzy Benedykciński i Aleksander Paczanowski. Amunicji nie mieli za wiele. W tym samym czasie niemieccy dywersanci z wieży kościoła ewangelickiego (obecnie kościół św. Krzyża) przy Placu Klasztornym otworzyli bardzo silny ogień w kierunku Polaków. Strzelano również do nich z kilku dachów przy ulicy Królowej Jadwigi. W takim przypadku wycofanie się przez Plac Klasztorny okazało się w tym momencie niemożliwe, więc jedni wycofali się w kierunku Rynku, a inni wraz z Jerzym Benedykcińskim poszli "Przesmykiem" obok kawiarni Stanisława Wybrańskiego na ulicę św. Mikołaja i koło kościoła św. Mikołaja przez okoliczne pola skierowali się w kierunku Mątew.

W między czasie grupa, którą kierował kapral Piotr Łopatka (na zdjęciu obok) dotarła do "Szkoły Wydziałowej" i po naprawieniu karabinu maszynowego i wyrównaniu amunicji w taśmach z miejsca podjęła dalszą akcję zbrojną. Najpierw zajęli stanowiska na poddaszu, a potem na 1 piętrze szkoły, skąd mieli doskonałe pole widzenia w kierunku centrum miasta. W pewnym momencie z domu przy ulicy Pakoskiej 18 wyłoniła się grupa cywilów z karabinami. Na ramionach mieli czerwoną opaskę ze swastyką. Lecz celne strzały obrońców miasta bardzo szybko zlikwidowały grupę miejscowych Niemców. Na środku ulicy i na chodnikach pozostali ranni, a inni szybko uciekli i więcej się tam nie pojawili. Teraz na pomoc dywersantom przyszli żołnierze "Wehrmachtu". Ustawili oni przy narożnikowym budynku przy skrzyżowaniu ulic: Staszica-Pakoska (obecnie dom, w którym znajduje się bar "U ciotki") małe działka armatnie, z których zaczęli ostrzeliwać budynek "Szkoły Wydziałowej". Inne oddziały niemieckiej piechoty podeszły w tym czasie w okolice szkoły od strony ulicy Grodzkiej. W czasie wymiany ognia jeden z żółnierzy niemieckich, który za bardzo wysunął się do przodu został ranny. Po chwili trafiony został drugi z niemieckich żołnierzy, który będąc lekko ranny ukrył się za grubym drzewem kasztanowca. Z za drzewa zaczął krzyczeć w kierunku Polaków "hilfe, hilfe, nicht schiessen" (ratunku, ratunku, nie strzelać). Wtedy króryś z obrońców szkoły wyczołgał się po cichu do rannego Niemca i zabrał mu karabin i pas z amunicją. Ubezpieczał go w tym czasie Marian Nadolski, członek "Straży Obywatelskiej". Rzecz bardzo dziwna, że Niemcy w tym czasie nie strzelali.

W tym samym czasie z przeciwnej strony "Szkoły Wydziałowej", a mianowicie od strony "Solanek" dochodziły odgłosy strzelaniny. Były to inne oddziały "337 Piechoty Niemieckiej", nacierające w marszu na Inowrocław od strony Pakości pod dowództwem oberstleutnanta Arndta, wspierane przez miejscową "V kolumnę" i dywersantów.

Walka o "Szkołę Wydziałową" dobiegała końca. Niewielkie zapasy amunicji były już na wyczerpaniu. Część obrońców szkoły widząc już bezskuteczność dalszej walki z przeważającymi siłami nieprzyjaciela zaczęła wycofywać się do szkolnych piwnic. Tam w tym czasie, kiedy wzmógł się ogień z działek armatnich, pocisków zapalających i karabinów maszynowych, było najbezpieczniej. Kiedy Niemcy próbowali podejść bliżej szkoły, kapral Piotr Łopatka rzucił w ich stronę ostatnie granaty. Niemcy bojąc się wpaść w pułapkę, wycofali się. Wzniecony przez pociski zapalające pożar zwolna obejmował poddasze szkoły.

O godzinie 16:00 zaczął się od strony ulicy Pakoskiej niemiecki szturm na Inowrocław, które dzięki zastosowaniu przez wroga broni pancernej zostało zdobyte w niecałe 2 godziny.

Szybko nastał zmierzch. Pod osłoną nocy i kłębów wydostającego się czarnego dymu, obrońcy "Szkoły Wydziałowej" szybko opuścili budynek. Jednym z nich był Władysław Okoński, który ukrył się w piwnicy jednego z domów przy ulicy Sienkiewicza, gdzie przez szparę w piwnicznym oknie spoglądał na palącą się szkołę. W zgliszczach osamotnionej "Szkoły Wydziałowej" pozostał jedynie kapral Piotr Łopatka, który nie chciał wyjść, ponieważ w świetle płomieni mógł wpaść w ręce Niemców. Siedząc samotnie w piwnicy, na zwałach koksu i węgla wśród gryzącego dymu palącego się dachu szkoły, oczekiwał poranka następnego dnia. Przed świtem w zakamarkach piwnicy znalazł robocze ubranie. Przebrał się i przez nikogo niezauważony opuścił szkołę. Na ulicy Pakoskiej spotkał nieznanego Polaka. Ten dał Piotrowi Łopatce swoje cywilne buty, co umożliwiło mu bezpieczniejsze opuszczenie miasta. Po trzech dniach najeżonej niebezpieczeństwami wędrówki dotarł wreszcie do swojego domu rodzinnego w Pakości. Nikomu nie powiedział o walkach z Niemcami w Inowrocławiu.

Wieczorem 8 września 1939 roku Inowrocław został zajęty przez hitlerowskiego najeżdżcę. Wszędzie umilkły już strzały. Jedynie ze śródmieścia dochodziły jakieś krzyki oraz płacz kobiet i dzieci.

To niemieccy żołnierze kolbami karabinów walili do bram i okien domów, zmuszając tym zalęknionych mieszkańców miasta do otwarcia drzwi. Po przeprowadzonej w domach rewizji mieszkańców Inowrocławia z okrzykami "hande hoch" (ręce do góry) wyprowadzono na Rynek. Kobiety i dzieci zgrupowane zostały na jednej stronie, a mężczyżni po drugiej stronie Rynku. Natomiast wokół całego Rynku stali, szyderczo uśmiechający się żołnierze "Wehrmachtu". Jak spod ziemi zjawili się też miejscowi działacze z "Deutsche Vereinigung" ("Związek Niemców") i "Jung Deutsche Partei" ("Partia Młodych Niemców"). W asyście żon miejscowych Niemców i okrzyków "Hohensalza wieder Deutsch" (Inowrocław znów niemiecki), na rynek wkroczył dowódca niemieckiego pułku. Teraz odbył się pierwszy przegląd zebranych na Rynku polskich zakładników. Od czasu do czasu, któryś z miejscowych Niemców wskazywał palcem na kogoś z zatrzymanych inowocławian. Szczególną aktywność wykazywały żony niemieckich aktywistów partyjnych. Po pewnym czasie kobiety i dzieci zwolniono do domów, a około 2000 mężczyzn pod silną eskortą odprowadzono do koszar przy ulicy Dworcowej.

9 września 1939 roku (sobota).

Pierwszy dzień hitlerowskiej okupacji w Inowrocławiu,

która trwała nieprzerwanie przez okres 64 i pół miesiąca.

Tego dnia wybuch grożny pożar w aptece "Pod Orłem" przy skrzyżowaniu ulic: Królowej Jadwigi - Rynek. Skąd pożar w aptece do dziś trudno ustalić. Najprawdopodobniej z apteki padły strzały w kierunku Rynku i Niemcy za ten czyn obarczyli winą Polaków. Aresztowany został Teofil Reszka - właściciel apteki "Pod Orłem", który następnie zginął zamordowany w czasie "makabrycznej nocy" z 22 na 23 pażdziernika w inowrocławskim więzieniu wraz z innymi 55 zakładnikami.

W godzinach popołudniowych do Inowrocławia od strony Poznania, specjalnymi pociągami zaczęli przyjeżdżać oficerowie "Wehrmachtu" i "SS".

21 września 1939 roku w księdze aktów zgony nr.397 "Urzędu Stanu Cywilnego" w Inowrocławiu dokonano następującego zapisu w języku niemieckim:

"Dem hisigen Standesampt wurde bekant gegeben, das bei den Strassenkampfen in Hohensalza in der Zeit vom 3 bis 10 September 1939, 41Personen gefallen sind. Angeblich solten es folgende Personen sein".

"Tutejszemu Urzędowi Cywilnemu, podano wiadomość, że w walkach ulicznych w Inowrocławiu w czasie walk od 3 do 10 września 1939r. poległo 41 osób. Miały to być następujące osoby:

  1. Lewandowski Mieczysław
  2. Sobczak Stanisław
  3. Lisiecki Władysław
  4. Tetzach Maria lub Marian
  5. Budnik Antoni
  6. Blaszke Zofia
  7. Przegiętka Edward
  8. Mazur Piotr
  9. Połaczewska Pelagia
  10. Kamińska Krystyna
  11. Wielmann H.
  12. Dietrich Franciszka z domu Kraczmierska
  13. Dziedzic Francisczka z domu Kużnińska
  14. Kopiński Jan
  15. Siewkowska Urszula
  16. Wegner Anna
  17. Kolata Jan
  18. Przeworski Jan
  19. Dote Ludwik
  20. Wszołek Kazimierz
  21. Warzyński Jan
  22. Kamiński Stefan
  23. Śliwkowski Jan
  24. Gołębiowski Feliks
  25. Kamiński Feliks
  26. Łukaszewski Władysław
  27. Marqwart Gertruda Marta
  28. Dietrich (brak imienia)
  29. Czarnecki (brak imienia)
  30. Dziedzic (brak mienia)"

U pozostałych 11 osób nazwisk nie udało się ustalić.

Po 35 latach, a było to w pażdzierniku 1974 roku w "Czytelni Biblioteki Miejskiej" przy ulicy Wilkońskiego w Inowrocławiu zorganizowane zostało pierwsze spotkanie "Obrońców Inowrocławia" we wrześniu 1939 roku. Na spotkanie przybyli nie tylko uczestnicy młodzieżowego zrywu, ale też świadkowie tamtych dni oraz byli żołnierze września 1939 roku i powstańcy wielkopolscy. W gorącej dyskusji wypowiedzieli się wszyscy przybyli na to spotkanie uczestnicy tamtych walk oraz świadkowie tamtych wydarzeń.

Między innymi ówczesny kapral Piotr Łopatka (ostatni obrońca "Szkoły Wydziałowej"), z wielkim wzruszeniem mówił o tamtych walkach. Dopiero teraz, po 35 latach spotkał się ze swoim towarzyszem broni taśmowej LKM, wówczas 17-letnim Władysławem Okońskim.

Po wojnie Piotr Łopatka po powrocie do swego miasta pracował w "Zakładach Roszarniczych" w Pakości, Władysław Okoński przez kilkadziesiąt lat zajmował się krawiectwem przy ulicy Słonecznej w Janikowie, Jerzy Benedykciński przez wiele lat pracował w księgowości huty szkła "Irena" w Inowrocławiu, jego brat Marian na stałe osiadł w Warszawie, angażując się do pracy w jednym z centralnych urzędów, Radzisław Wawrzyniak posiadał zakład szewski w Inowrocławiu, Marian Nadolski zamieszkał na stałe w Krakowie i zawsze wspominał swoje rodzinne miasto, a w Bydgoszczy zamieszkali: Piotr Busse i Aleksander Paczanowski.

Całe spotkanie trwało ponad 5 godzin, a zebrany materiał wzbogacił wiedzę o bohaterskiej i patriotycznej postawie młodzieży z tamtych lat.

Na pamiątkowym zdjęciu (poniżej) ze spotkania po latach stoją od lewej:

Aleksander Paczanowski, Władysław Okoński, Marian Benedykciński, Helena Smoczkiewicz, Jerzy Benedykciński i Radzisław Wawrzyniak.