"Mój wrzesień 1939 roku" - wspomnienia Inowrocławian po 50-ciu latach od wybuchu wojny.

Dzisiejszy wrzesień kojarzy się młodemu pokoleniu najczęściej

z początkiem roku szkolnego, końcem lata, pierwszymi jesiennymi dniami, dojrzałymi owocami i kwitnącym wrzosem.

Natomiast żyjący jeszcze do dziś Polacy, tamten wrzesień kojarzą

z innym czasem, bo gdy zamiast szkolnego dzwonka usłyszeli huk nadlatujących niemieckich bombowców i skończyło się dla nich nie tylko gorące lato, ale też spokojne i beztroskie dotąd życie.

Był to dla nich wrzesień, którego nie zapomnieli nigdy.

Tamten wrzesień poraził wszystkich bez wyjątku i dorosłych i dzieci. A poraził ich utratą wolności, śmiercią i zniszczeniem.

Apel "Rady Miejskiej Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego" w Inowrocławiu, opublikowany w lutym 1989 roku we wszystkich inowrocławskich gazetach, a dotyczący nadsyłania wspomnień nawiązujących do sierpniowych i wrześniowych dni 1939 roku

w Inowrocławiu, nie pozostał bez echa.

Nadeszło kilka wypowiedzi, których autorami byli inowrocławianie, którzy w sierpniu i wrześniu 1939 roku przebywali w Inowroclawiu

i przeżyli wówczas chwile niepokoju, strachu i grozy.

Poniżej pełna treść nadesłanych wspomnień (pisownia oryginalna).

"Smutno żyło się w tych dniach grozy..."

 

Autor wspomnień - Janina Dzieszkowska

 

Kiedy wybuchła II wojna światowa, miałam wtedy szesnaście lat. Znajdowałam się w pobliżu domu, kiedy to zawyły syreny oznajmiające początek wojny. Bardzo smutny był to dzień. Na murach rozwieszono obwieszczenia o mobilizacji mężczyzn. Odchodzili na wojnę, kobiety płakały. Na drugi dzień na apel Prezydenta Miasta mieszkańcy Inowrocławia zaczęli kopać rowy przeciwlotnicze, między innymi przy ulicy Jana Kasprowicza. Kopali wszyscy, młodzież, dzieci i starsi. Kopaliśmy do póżnego wieczora, a nawet i w nocy. 3 września w godzinach rannych nadleciały niemieckie samoloty, rozpoczęły się godziny grozy. Bombardowały koszary 59 pp. przy ulicy Dworcowej i dworzec. Bomba spadła na ulicy Łucjana, gdzie mieszkała ludność cywilna. Zginęło parę osób. Kryliśmy się gdzie dało. Wielu ludzi opuściło Inowrocław. Uciekali w stronę Warszawy. Koło Sochaczewa była masakra. Wiem to od siostry, bo ona uciekła tam z mężem i trzyletnim dzieckiem. Wrócili na szczęście cali i zdrowi. Niemcy weszli do miasta, wszędzie było ich pełno, nawet w kościele Matki Boskiej (wprowadzone zostały tam konie i stacjonowało wojsko). Byli także w gmachu Gimnazjum im. Jana Kasprowicza. Nie mieliśmy ani światła ani wody. Wspominam ten wieczór jak jechali ulicą Toruńską na ciężarowych samochodach, śpiewali niemieckie piosenki, maszerowali ze śpiewem. Na drugi dzień usłyszeliśmy tumult na schodach, wpadli do każdego mieszkania waląc kolbami w drzwi niemieccy żołnierze, krzycząc "alles raus". Wyprowadzono nas na drugą stronę ulicy, a mieszkałam przy ulicy Średniej 5/6, wszystkich bez wyjątku, kazali nam trzymać ręce do góry. Wszystkich mężczyzn wzięli osobno, a myśmy stali z podniesionymi rękami. Na rogu ulicy Toruńskiej leżał niemiecki żołnierz przy karabinie maszynowym, a drugi przy kaplicy szpitala, celowali w nas i powiedzieli, że jak znajdą tych bandytów co strzelali z okna, to wysadzą dom w powietrze, ale nie znależli chłopców. Więc zaprowadzili nas na targowisko. Tam potrzymali nas parę godzin i puścili do domu. Mężczyżni zostali zatrzymani i odprowadzeni na rynek, a z rynku do koszar. Pamiętam, że ojciec mój i brat szli w szeregu. Strzelano koło apteki "Pod Orłem" i ojciec został ranny w rękę. Kolejarz idący obok już się nie podniósł. W koszarach trzymano ich jako zakładników. Tam działy się rzeczy straszne. Wielu mężczyzn już nie wrociło. Gdy Niemcy zaczęli okupować Inowrocław, to stale zabierali młodych chłopców na stadion. Gdy jakiś Niemiec gdzieś zginął, to zabierano trzech Polaków na rozstrzelanie, Byłam świadkiem, jak grzebali nagie zwłoki na cmentarzu. Rzucali je do grobu jedne na drugie. Patrzyłam na to z koleżankami z ukrycia na cmentarzu parafii św. Józefa. Pamiętam jeszcze, jak Niemcy weszli, to sąsiad mówił, że jak ktoś będzie miał "coś wojskowego" to będą rozstrzeliwać. Należałam do Przysposobienia Wojskowego Kobiet (PWK). Ojciec kazał mi mundur zniszczyć. Niemcy niszczyli pomniki. Przy ulicy Dworcowej, koło obecnego PKS, stał pomnik Jana Kasprowicza. Wysadzili go w powietrze, także piękną Szkołę Wydziałową przy ulicy Narutowicza. Smutno się żyło w tych dniach grozy. Dostałam wezwanie do stawienia się w "arbeitsamcie". Tam nas badali lekarze, a było to w obecnym II Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej. Wysłana zostałam na przymusowe roboty do Niemiec (okolice Piły) w pażdzierniku 1939 r. Stamtąd uciekłam. Złapano nas na granicy. Póżniej pracowałam w majątku w Rostocku aż do końca wojny. Po zakończeniu wojny wróciłam do Inowrocławia.

"Chcę tym materiałem wzbogacić

posiadane informacje o wrześniu 1939 r."

 

Autor wspomnień - Edmund Łuczkowiak

 

Urodziłem się, wychowałem i przebywałem w Inowrocławiu, także w pamiętnym Wrześniu. W czerwcu tegoż pamiętnego roku ukończyłem 6 klasę Szkoły Podstawowej nr 4, znajdującej się przy ówczesnej ulicy Panny Marii. Miałem wówczas 13 lat. Złożyłem egzamin wstępny do Gimnazjum im. Jana Kasprowicza. Nie było i mnie sądzone w tym nieszczęsnym dla wszystkich Polaków pogłębianie edukacji i wiedzy. Cały okres 1938 roku, a następnie 1939, był bardzo nerwowy. Miały miejsce liczne konflikty i starcia między ludnością polską, a mniejszością narodową - niemiecką, która mocno i licznie zapuszczała swe korzenie w naszą polską ziemię kujawską. Niemcy osiedlali się całymi koloniami po okolicznych wsiach, które niemal w całości były w ich rękach, jak m.in. Rojewo, Dąbrowa Biskupia, Parchanie i wiele innych. Wykupywali ziemię od polskich rolników, którzy ze względów na sytuację ekonomiczną wsi zmuszeni byli do jej sprzedaży. W mieście natomiast prowadzili znaczące warsztaty i przedsiębiorstwa. Posiadali własny kościół ewangelicki (obecnie św. Krzyża), cmentarz, szkołę przy ulicy Solankowej i pełną swobodę zbierania się, organizowania. Jak się we wrześniu 1939 r. okazało, wspaniale prowadzili dobrze zorgamizowaną akcję dywersyjną i szpiegowską. Stąd też na zebraniach organizacyjnych mniejszości niemieckiej pod cywilnymi płaszczami ubrani byli w mundury SA i HJ (Hitlerjugend). Począwszy od marca, może kwietnia 1939 r. widziałem młodych mężczyzn - Polaków, podlegających obowiązkowi wojskowowemu, jak coraz częściej otrzymywali karty wcielenia do służby w wojsku polskim. Narastająca atmosfera zbliżającego się wybuchu wojny zataczała coraz szersze kręgi. W połowie maja ogłoszono cichą mobilizację, o czym najczęściej rozmawiali starsi bracia mych kolegów, oczekując i dla siebie wezwania, a my młodzi słuchaliśmy jak między sobą rozmawiali, jaki to oni zrobią porządek z tymi "szwabami", pełni optymizmu i wiary w nasze polskie zwycięstwo.

Z uwagi na narastający konflikt polsko-niemiecki zawieszono rozpoczęcie 1 września roku szkolnego, co nas młodych bardzo ucieszyło. Wówczas nikt nie przypuszczał, że nasze szkoły będą zamknięte przez cały okres okupacji niemieckiej i że nasze ziemie kujawskie znajdą się w Warthelandzie przynależnym do Reichu. Radość naszą w tym i moja, że nie idziemy jeszcze do szkoły, była krótka. W dniu 1 września 1939 r. około godziny 8:00 rano, był piątek - zostałem zbudzony ze snu niezwykłym gwarnym hałasem dochodzącym z ulicy. Słyszałem podenerwowane głosy. Wyglądam przez okno mieszkania z drugiego piętra przy ulicy św. Ducha i widze poza piękna słoneczną pogodą i jarmarkiem, jaki odbywał się na widocznym targowisku, grupki rozdyskutowanych, nerwowych mężczyzn i gdzieniegdzie płaczące kobiety, stojące przed słupami ogłoszeniowymi i szybami okien wystawowych restauracji (u Krantza), drogerii i fryzjera, na których naklejone były grożne - złowieszcze czerwone wielkie afisze z czarnym napisem "Mobilizacja powszechna". Wybiegłem na ulice miasta. Wszędzie te same złowieszcze obwieszczenia - "Wojna z Niemcami", którzy dziś w godzinach rannych napadli na Polskę. Jedni mężczyżni już pędzili z małymi pakunkami i walizeczkami w rękach do tramwaju, inni pieszo szli w kierunku dworca kolejowego. Jedzni radośni, inni smutni, a wraz z nimi zawsze płaczące kobiety - żony, narzeczone, siostry i młodsi bracia. Ruch w mieście niesamowity. Zaczęły się wykupy żywności i artykułów pierwszej potrzeby. Na razie wszystko funkcjonowało normalnie. Docierają nieoficjalne informacje o ruchach naszych i nieprzyjacielskich wojsk, o naszych zwycięstwach, ale i załamaniach na froncie, ale naprawdę to nikt nie wie, jak faktycznie jest. Często niezrozumiałe na razie komunikaty radiowe, które co chwilę przerywały nadawaną audycję - "uwaga, uwaga - nadchodzi - czekolada 15 koma 6 18". Mimo różnych odczuć, nie wtajemniczeni uważali, że to tylko zaszyfrowane komunikaty dla ruchu naszych wojsk. Dopiero w sobotę, gdy zaczęli coraz liczniej przez nasze miasto przejeżdżać i przybywać uciekinierzy - uchodżcy, z calym swym dobytkiem, z ziem polskich położonych nad granicą niemiecka, którzy przed nacierającymi faszystami szukali schronienia w głębi Polski, licząc na przetrwanie, zorientowaliśmy się, jaka jest prawda i jakie zagrożenie do nas się zbliża. Lecz mimo tego wszyscy wierzyli w szybkie zwycięstwo i zakończenie wojny przy pomocy Anglii i Francji, których żołnierze w trzecim dniu wojny mieli nam pomóc w walce z Niemcami i zniszczyć według ówczesnej propagandy tekturowe czołgi i armaty oraz słabego moralnie żołnierza Wehrmachtu.

Niedziela - 3 września 1939r., godzina 8:00 - 8:30 - alarm lotniczy dla m. Inowrocławia i to prawdziwy. Byłem w tym czasie na Placu Klasztornym pod nr. 7 z zamiarem udania się do kościoła. Po ogłoszeniu alarmu stanąłem przed domem i słyszę coraz silniejszy zbliżający się warkot silników samolotów, nasilający się od strony dworca kolejowego. W pierwszej chwili większość gapiów będących na placu jak i ja, sądziła, że gdzieś przelatują nasze samoloty. Nagle słyszymy potężne kanonady - huki od strony dworca kolejowego. Jak się za chwilę okazało, były to pierwsze bomby Hitlera na nasze miasto. W chwilę póżniej, z przerażeniem widzę na błękitnym słonecznym niebie od strony redakcji i drukarni "Gazety Kujawskiej" - najpierw szyk dwóch trójek, a następnie jeszcze 3 piękne - srebrne dwumotorowe samoloty z przeszklonym dziobem - świecącym i połyskującym w promienich słonecznych i o zgrozo gołym okiem, bo wysokość nie była zbyt duża, spostrzegam pod skrzydłami małe czarne znaki faszystowskiej swastyki, a nie jak myśleliśmy wszyscy ujrzeć biało-czerwone szachownice.

Popłoch, panika, każdy chował się do domów, mieszkań i ja sam z bijącym sercem wpadłem do korytarza domu pod siódemką, bowiem żadnych schronów ani też rowów przeciwlotniczych w najbliższej okolicy nie było, a jedynie piwnice w kamienicy od strony ulicy Królowej Jadwigi. Samoloty przeleciały w kierunku Mątwe, a następnie było słychać już tylko warkot motorów od strony Jacewskiej - Toruńskiej, gdzieś daleko od miasta. Przypuszczalnie faszystowskie samoloty wracały do swoich baz. Po chwili syreny obwieściły odwołanie alarmu lotniczego. Na ulicach powoli zaczęli pokazywać się ludzie i ruch wracał na jezdniach. Ruszyły tramwaje, które w czasie alarmu stanęły na Rynku oraz było słychać dzwonki dwóch czy trzech samochodów straży pożarnej. Większość ciekawskich i ja również biegłem w kierunku dworca kolejowego, bo już pogłoski krążyły, że Niemcy bombardowali koszary 59 pp., dworzec kolejowy i most pakoski. Efekty bombardowania widziałem przy ulicy, popularnie zwanej Łucjana, gdzie znajdowały się baraki biedoty i bezrobotnych - naprzeciw budynku Urzędu Miar. Straż pożarna jeszcze gasiła powstały pożar i palące się baraki drewniane. Rannych natomiast dorożkami konnymi odwożono do szpitala, podobno byli również zabici, ale ja nie widziałem. Inna bomba spadła na budynek przy ul. Magazynowej przy moście pakoskim, obcinając od góry szczyt budynku od strony ulicy Narutowicza (dawniej Pakoskiej) i mostu. Ofiar w ludziach chyba nie było. Słyszałem również, że kilka bomb spadło przed dworcem kolejowym w polu od strony Bydgoszczy oraz za mostem pakoskim między warzelnią soli, a torami kolejowymi oraz w polu między torem kolejowym do Torunia, a koszarami 59 pp., lecz tych miejsc nie widziałem.

Po bombardowaniu, wśród społeczeństwa naszego miasta, powiało znowu optymizmem, mówiono o słabym wyszkoleniu lotników faszystowskich. Znawcy rozpoznawali, że samoloty bombardujące, to czeskie "aero", które zostały przez faszystów zdobyte po zajęciu Czechosłowacji ( i taka póżniej okazała się prawda), a teraz użyte na Polskę, bo swoich nie mają. W niedzielę były jeszcze dwa lub trzy razy ogłaszane alarmy lotnicze, ale bombardowania nie było. Za to od strony Bydgoszczy na zatłoczonej szosie było coraz więcej uciekinierów - pieszo idących, na wozach, rowerami, wózkami, z tobołkami na plecach, którzy uciekali w głąb kraju. Głodni, spragnieni, brudni i wycieńczeni, nierzadko ranni, okaleczeni, byli przyjmowani przez mieszkańców Inowrocławia, a po krótkim odpoczynku udawali się w dalszą drogę na spotkanie z niewiadomą przyszłością swego losu.

Życie miasta staje się coraz bardziej nerwowe, a panika wybucha w poniedziałek, gdy dowiadujemy się, że jednostki 59 pp. i 4 pal opuściły koszary, a pozostały jedynie służby wartownicze, a i te są przygotowane do ewakuacji. Ewakuuje się kolej, poczta, magistrat, no i granatowa policja. Wieczorami i noca miasto jest spowite kompletnymi ciemnościami, tramwaje przestają jezdzić, w sklepach spożywczych w najbliższych trzech dniach nie ma już nic do kupienia, a w sklepach przemysłowych, pozamykanuch lub częściowo już rozbitych przez czarne elementy - tez nic nie ma do kupienia, tylko resztki rozkradane, bo mieście nie ma już służb porządkowych.

Po opuszczeniu przez administrację i policję miasta, samorzutnie przy pomocy m.in. członków stronnictwa narodowego i obywateli, zostaje utworzona "Straż Obywatelska", która w miarę swoich możliwości próbuje utrzymać ład i bezpieczeństwo w mieście. Członkiem, ochotnikiem tej straży był również mój ojciec, który z opaską biało-czerwoną i karabinem, wspólnie z innymi pełnił służbę porządkową. Ja oczywiście razem przy ojcu byłem biernym świadkiem wydarzeń tych dni. Już w czwartek 7 września w godzinach popołudniowych wspólnie z ojcem z bagażami na wózku i rowerem ruszyliśmy i uciekając w głąb kraju przez Kruszwice, Piotrków Kuj., Radziejów, niejednokrotnie z dala od głównych szlaków z rozterką, czy dalej na Kalisz czy Warszawę. Jednak złowrogie grzmoty pocisków artyleryjskich na początku z bardzo daleka, przybliżały się coraz bardziej, aż pojawiły się widoczne za nami łuny ognia palących się domostw oraz błyski z luf armatnich widocznych nocą na niebie. Były coraz bliżej, otaczając nas coraz bardziej. Droga nasza była trudniejsza, aż deszczowy ranek 17 września, poprzedzony w nocy z 16 na 17 ostrzałem pocisków artyleryjskich przelatujących nad nami i obok nas, terkot karabinów maszynowych i pojedyńczych wystrzałów, a następnie ryk silników motocyklowych i pojazdów mechanicznych na głównym trakcie - zablokował nas przed dalszą ucieczką na cały okres okupacji hitlerowskiej za miejscowością Gąbin w kierunku na Sochaczew w podmokłym lasku brzozowym na torfowiskach, z boku głównego traktu.

A w Inowrocławiu, od 1 do 7 września, nasilały się akcje dywersantów niemieckich, których coraz częściej wychwytywano spośród polskich uciekinierów, lub osób podejrzanie kręcących się po nocy ulicami miasta, a nawet ściągniętych - wyprowadzonych z wieży kościoła ewangelickiego, którzy dawali znaki latarkami kieszonkowymi przelatującym niemieckim samolotom zwiadowczym, które słyszane były każdej nocy nad Inowrocławiem.

25 września - wracamy szczęśliwie do Inowrocławia po licznych przygodach z niemiecką żandarmerią polową, z opresji ratowała nas jedynie znajomość języka niemieckiego, dobrze opanowanego przez ojca. Gdy byliśmy pod miastem, znający naszą rodzinę i ojca dobrzy ludzie ostrzegli ojca, że miejscowi Niemcy jak i gestapo poszukują i doputują się o niego. Ojciec ucieka, ja zamieszkuję u krewnych na ulicy św. Ducha 27, a następnie u babci przy Rynku 13, lecz nie na długo, bo już w początkach 1940 r. w łapance ulicznej na ulicy Wałowej - Kościelnej zostałem zatrzymany i wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec, po uprzedniej dwukrotnej udanej ucieczce z podobnych łapanek.

Po powrocie z wrześniowej ucieczki przed Niemcami, już w pażdzierniku 1939 roku zostałem razem z krewnymi, u których mieszkałem przy ul. św. Ducha wysiedlony, mówiąc delikatnie, a faktycznie ordynarnie wyrzucony w nocy z zajmowanego mieszkania. Wyglądało to następująco. Pod koniec pażdziernika około godziny 23:00 dzwonek i walenie w drzwi, za którymi stało trzech ubranych w czarne mundury z trupimi czaszkami na czapkach, dwóch w mundurach brunatnych SA oraz jeden mundurowy policjant - "schupo". Po otwarciu drzwi z krzykami wpadli do mieszkania, każdy do innego pomieszczenia, wrzeszczcąc na cały głos "Alle in funf minutten raus den wohnung". Był to czas wystarczający jedynie na uzupełnienie odzienia wierzchniego oraz ubioru dzieci i wzięcie już poprzednio przygotowanych tobołków do ręki, przede wszystkim z żywnością. Wrzeszczące szwaby po wydaniu tych bezpardonowych poleceń i popychaniu, wybiegali do następnego mieszkania z tym samym poleceniem. Następnie wracali i znowu zabierali klucze od mieszkań, na któtych przyklejali plombę ze swastyką i napisem w języku polskim i niemieckim, że mieszkanie zostało zarekwirowane i pod karą śmierci - bez zgody policji nie wolno zerwać plomby. Na ulicy czekała już nowa zgraja w brunatnych i czarnych mundurach, która wyrzuconych z mieszkań Polaków - grupowo prowadziła pod eskortą do Teatru Miejskiego przy Placu Klasztornym, a tam spędzeni leżeli na barłogu ze słomy na podłodze. W ciągu trzech dni były przygotowania do transportu w nieznane po uprzednim przesłuchaniu i oglądnięciu każdego przez miejscowych Niemców, celem wskazania tych, do których są zastrzeżenia, a tu się również znależli.

Mnie się udało uciec. Od tej chwili zamieszkałem u babci przy Rynku 13. Dwa dni po tym wydarzeniu dowiedzieliśmy się, że Polacy z transportu wysiedleńczego będą prowadzeni z Teatru na dworzec kolejowy. Nie pamiętam dokładnej daty, ale gdzieś było między 20-25 pażdziernika około godzin południowych od Teatru ulicami Klasztorną, Królowej Jadwigi i Dworcową ruszył pieszo ten smutny transport w kierunku dworca kolejowego, a dokładnie na ówczesną rampę załadunku dla bydła przy ul. Magazynowej. Tam z kolei do wagonów bydlęcych i częściowo osobowych 3 i 4 klasy. Widok ludzi wyrzuconych ze swoich mieszkań z walizkami, pakunkami, pierzynami, z małymi dziećmi na rękach i w wózkach, ze łzami w oczach dorosłych i płaczących małych dzieci, jest nie do opisania.

Obok natomiast roześmiani konwojenci w czarnych i brunatnych mundurach ze swastyką na ramieniu - to przeważnie miejscowi Niemcy stanowiący obecnie trzon "panów Inowrocławia" już nazwanego Hohenzalza. Niemcy ci w większości zamieszkiwali na długo przed wybuchem wojny naszą ziemię - niejednokrotnie tutaj urodzeni i kolegujący się i współpracujący z Polakami, a dziś pokazujący swoje prawdziwe oblicze, udający, że się nie znają i nie mieli żadnych kontaktów z Polakami.

Akcja wysiedleńcza mieszkańców Inowrocławia - 1939 rok

Życie Inowrocławia szybko wracało do normy, tylko że już nie było polskich nazw ulic, szyldów, a w ogóle polskich napisów i głośnej rozmowy. Wszędzie tylko napisy w tramwajach, kawiarniach, restauracjach, na drzwiach "nur fur deutsche", a na wszystkich sklepach szyld niemiecki, a w drzwiach "truuchender" i nazwisko Niemca. Polacy pozostawieni w Inowrocławiu, publicznie nie mogli mówić po polsku, nie wolno było chodzić grupami wiekszymi jak 2-3 osoby. Przed każdym umundurowanym Niemcem należało zdejmować czapkę i kapeusz z głowy. W tym działaniu najbardziej popisywali się miejscowi Niemcy z "hitlerjugend" i w mundurach SA i SS. Najmniej uwagi na ten fakt czapkowania zwracali żołnierze Wermachtu, poza niektórymi oficerami. Ponadto przed każdym takim mundurowym należało zrobić miejsce przejścia na chodniku dla "ubermenscha" - nadczłowieka, a najbezpieczniej było zejść z chodnika na jezdnię.

Kiedyś byłem na Placu Klasztornym i natknąłem się na grupę rówieśników, Niemców z "HJ". Nie zdałem sobie sprawy z sytuacji, ponieważ mnie znali, a ja im z okresu przedwojennego - zszedłem na skraj chodnika pod mur budynku. Było to jednak za mało - zastąpili mi drogę, a było ich pięciu, zamknęli koło wokół mnie - no i zaczęło się przepychanie, a raczej napieranie na mnie, zrzucenie czapki z mojej głowy, po którą schylając się dostałem kilka kopniaków i uderzeń pięścią. Chociaż i ja wobec przeważającej liczby nie byłem im dłużny, to jednak musiałem ratować się ucieczką co sił w nogach. Innym razem na Rynku pod nr. 14, na wysokości ówczesnego sklepu meblowego, zagapiłem się w ono wystawowe. Nagle w odbiciu szyby okna zobaczyłem z przerażeniem wysoką sylwetkę mundurowego "gestapowca" w czarnym mundurze. Zanim się zorientowałem, zostałem obrócony silnym uderzeniem ręka w twarz i z drugiej strony twarzy poprawiony, aż potoczyłem się z chodnika na jezdnię, słyszę krzyk po niemiecku: dlaczego nie zdjąłem czapki z głowy, mam oddać kartę meldunkową. W międzyczasie, kiedy wolno podchodziłem do chodnika mego prześladowcy, ten upatrzył sobie drugą ofiarę w osobie Polaka dobrze zbudowanego fizycznie, który schodził z chodnika na jezdnię, chcąc ominąć szalejącego nade mną szwaba. Nie zdążył jednak zdjąć kapelusza z głowy. Będąc na jezdni Niemiec w jednej chwili podbiegł do niego zadając jemu cios w tył głowy i kopniaka swoim szwabskim buciorem. Polak ten jednak stanął i przyjął dośc wyzywającą postawę, na skutek czego gestapowiec momentalnie lewą ręką otworzył kaburę pistoletu i prawą ręką wyciągnął pistolet, przeklinając zaatakowaną przez siebie ofiarę, stając na dwa kroki przed nią. Ja ten moment zamieszania wykorzystałem, wskoczyłem do klatki schodowej - korytarza wymienionej posesji i przez podwórze przebiegłem w przesmyk ulicy Farnej i Rynku uchodząc z miejsca zajścia, nie widząc oczywiście dalszej sytuacji i rozwoju wypadków z nieszczęsnym wybawcą i prześladowcą. Nabierając doświadczenia i ostrożności w poruszaniu po mieście - dowiedziałem się, że mój prześladowca to jeden z polakożernych gestapowców, o czym się sam mogłem przekonać widząc jego codziennie wchodzącego do budynku, w którym mieściło się "gestapo" przy ulicy Solbadstrasse (Solankowa), a narożnik Daszyńskiego.

Budynek inowrocławskiego "Gestapo" przy ulicy Solankowej. Obecnie "Żłobek miejski".

W ten sposób opisałem część wspomnień z mego września 1939 roku, który dotknął mnie swym piętnem bezpośrednio. Lecz mam w mej pamięci, a patrząc z perspektywy dnia dzisiejszego wydają się mi również nieprawdopodobne, a miały miejsce w mych przeżyciach, za które bez sądu groziła w każdej chwili śmierć, m.in.

  • włamanie się do mieszkania, z którego byliśmy wysiedleni i pod osłoną nocy mimo godziny policyjnej, wyniosłem ukryte w ścianie mieszkania radio, rower, sztućce, serwis obiadowy, pościele i wiele innych drobiazgów,
  • przy nasłuchu radia wyniesionego przeze mnie, roznosiłem wiadomości do znajomych nam Polaków. Wiadomości te podawane przez BBC Londyn i "Amerykę" krzepiły nasze dusze i podtrzymywały na duchu, podawane następnie z ust do ust innym Polakom, mimo że niejednokrotnie wiadomości te nie były dla nas pocieszające i obiecujące.

​Nie na tym jednak koniec wspomnień i przeżyć mego nieudanego dzieciństwa. Wywieziony do Niemiec na przymusowe roboty do czerwca 1943 r. byłem z dala od rodziny, znajomych i kolegów w dalekiej Westfalii, a następnie znowu - ucieczka do Generalnego Gubernatorstwa "GG", aby spotkać się z ojcem:

  • działalność w ruchu oporu, aby pomścić doznane krzywdy i poniewierkę, a następnie w zgrupowaniu partyzanckim w okręgu krakowskim w obwodzie Dębica,
  • przejście na linię frontu niemiecko-rosyjskiego w w dniu 12 stycznia 1945 r. w sam dzień wielkiej ofensywy, o czym nie wiedzieliśmy, że nas zastanie właśnie, gdy znajdowaliśmy się na linii frontu
  • i wreszcie przez wolny Lublin, Warszawę z powrotem do rodzinnego miasta w drugiej połowie 1945 r. po 5-letniej tułaczce z dala od domu rodzinnego i krewnych.

​​​Chcę tym materiałem wzbogacić posiadane informacje o Wrześniu 1939 r. dla tych co tego nie przeżyli i dzisiaj mają spokojną i radosną młodość bez lęku o życie i jutro dnia codziennego.

"Wrzesień 1939 r. przekreślił moje dzieciństwo".

 

Autor wspomnień - Ryszard Ścigocki.

 

Z łezką w oczach i dreszczykiem na całym ciele wracam do tej wrześniowej refleksji 1939 roku.

Wrzesień roku trzydziestego dziewiątego był upalny. Na polach tu i ówdzie stały jeszcze kopy zbóż z dorodnymi, pachnącymi chlebem kłosami. W tę pamiętną dla mnie, wówczas młodego dziecka, niedzielę, lawina promieni słonecznych spadła na ziemię. A na bezchmurnym niebie błyszczały dwa stalowe srebrnego koloru ptaki, które właśnie rozpoczęły między sobą wymianę ognia. Ulica Staropoznańska w Mątwach, podobnie jak inne w tym niewielkim na tamte czasy osiedlu, świeciła pustkami. Ludzie w to cudowne niedzielne przedpołudnie wyszli z domostw, według własnego uznania, jak każdego minionego tygodnia, spędzić wolny czas, część poszła na mszę do kościoła - zwaną sumą, inni wypoczywać do lasku nad rybodajną wówczas rzeką Notecią.

Głęboki wybuch silników i samolotowe strzały pod białą jak puch chmurką wywołały wielką panikę. Wierni opuszczali stopniowo świątynię, przy jej ołtarzu pozostał jedynie proboszcz ks. Dąbrowski.

Paniką ogarnięta społeczność tego robotniczego osiedla biegiem wracała do swoich domostw. We wczesnych godzinach popołudniowych wszędzie trwały intensywne przygotowania do ucieczki przed zbliżającym się wrogiem. Zabierano co się tylko dało, a w szczególności: żywność, odzież, pieniądze, wartościowe przedmioty. Pamiętam, mnie każdemu z rodzeństwa rodzice przywiązali ciemną butelkę, do której włożono papierowe pieniądze. Miały one stanowić moje zabezpieczenie na wypadek rozłąki z rodzicami i rodzeństwem.

Pod wieczór opuściliśmy nasz własny rodzinny dom przy ulicy Staropoznańskiej w Mątwach. Wraz z rodziną państwa Pańków, którzy tu także mieszkali, udaliśmy się w kierunku wsi Sikorowo, a rankiem następnego dnia - dalej na Szarlej i Wolę Wapowską w towarzystwie rolnika Badzińskiego i jego rodziny. Badziński posiadał wóz drabiniasty, wiózł na nim bagaże, na które posadzono mnie - dzieciaka. Starsi przemierzali drogę pieszo. Szli w odstępach, by w razie nalotu być trudniejszym celem dla atakujących z powietrza. Dołączali do nas ludzie z innych terenów: z Bydgoszczy, Nakła, Żnina, Szubina. W szeregach uchodżców, jak się póżniej okazało, znajdowali się członkowie niemieckiej tzw. piątej kolumny. Wsłuchiwali się w rozmowy uciekających, chcieli znać zamiary Polaków. A nasz korowód uciekinierów zamierzał iść na Kutno.

Na polach paliły się stogi, kopy zboża, rżały konie, ryczało bydło. Między stacją kolejową Karczyn i wsią Wróble stał na torach rozbity pociąg towarowy, uzyskana z niego żywność uzupełniła kurczące się nasze zapasy. Po kilkudziesięciu godzinach uciążliwej tułaczki zatrzymaliśmy sie we wsi Szatka. Dalej nie było po co wędrować, ze wszystkich stron nadciągali ku nam niemieccy żołnierze. Rozpoczął się odwrót. Wracaliśmy do naszych domostw, a właściwie do naszych tylko w sercach, myślach i wspomnieniach, bo już z tamtą nieszczęsną datą i godziną zabrano nam wszystko: Ojczyznę, dobytek i co najcenniejsze: godność i mowę polską. Na długie lata staliśmy się niewolnikami, sługami i podwładnymi byle cieniowi hitlerowskich zbirów. W domostwach głośno krzyczała cisza, inwentarz wygłodzony, spragniony picia wyjadał spod siebie ściółkę i nikt z nas nie spodziewał się, że bieg czasu zamieni nas w podobną sytuację, w jakiej były nasze zwierzęta domowe. Każdy dzień niósł inne niespodzianki, a każda noc zakłócała wysiedlaniem sąsiadów, rewizje nocą w piwnicach, szafach, pod łóżkami, a szczególnie u nas co noc, bo kuzyn ojca był oficerem i jego najwięcej szukali, za tą sprawą dom był dość często w nocy i w dzień wizytowany przez żandarmów i "SS".

Ojciec jako przedwojenny kolejarz został skierowany do Szymborza na tzw. budkę jako dróżnik przejazdowy, czwórka starszego rodzeństwa skierowana do pracy u "bauerów" w Radojewicach, Konarach, Stanominie i Dąbrowie Biskupiej. Matka musiała pracować, jak wszystkie inne kobiety, u miejscowego bambra o nazwisku Baron w Mątwach przy tej samej ulicy, a ja wraz z nią bez względu na porę roku, o brzasku opuszczałem dom i o zmierzchu wracałem. Wykonywałem drobne posługi w budynkach gospodarczych i na posyłki. Smutne i ciężkie dzieciństwo tamtych, okrutnych lat. Często miałem okazję czuć policyjną ręke na własnym ciele, jak nie za grę w "beimy", to za wypuszczenie policjantowi powietrza z roweru, a najmocniej za zakopywanie butelek z karbidem, które wybuchały przed lub za przechodzącym policjantem. Skóra cierpła, jak w biały dzień kazano opuszczać ferdunkel, a środkiem polnej wówczas ulicy Staropoznańskiej od Inowrocławia pędzili w eskorcie policji i psów grupy ludzi, a księży na przedzie w kierunku Kruszwicy i Strzelna, ponoć na wieczny odpoczynek. Ponowną panikę i strach przeżyliśmy kiedy na terenie Mątew w okresie kampanii eksplodowała bomba V-1 lub V-2, podmuch powietrza był tak silny, że cegły z ulic Słonecznej i Pięknej spadały za torem kolejowym przy Staropoznańskiej, a w większości domostw wypadły wszystkie szyby z okien.

Dzisiaj po 50 latach - zastanawiam się, jakim cudem udało mi się przeżyć tę najstraszniejszą z wojen w dziejach ludzkości.

Od tamtych dni, tygodni, miesięcy minęło 50 lat. Pamiętam także następne dni, miesiące i lata okupacji. Przeżyłem je. Okupacja zabrała mi dzieciństwo, los poskąpił mi zdrowia, jestem niepełnosprawnym po licznych operacjach, nie żyję w dostatku ponad oczekiwania, ale nie mam ochoty kierować się emocjami, które szkodziłyby temu co najcenniejsze: wolność, Ojczyzna, człowiek i godność osobista.

"V kolumna w Inowrocławiu ?".

 

Autor wspomnień - Jerzy Weber.

 

Wrzesień 1939 rok. Dzwonek szkolny nam nie zadzwonił. Musieliśmy się spotkać z czymś, do czego psychicznie nie byliśmy przygotowani. W szkole, harcerstwie, tylko "silni, zwarci, gotowi", ani piędzi czy guzika. Innej alternatywy nie ma. Niestety. Była. Przez pierwsze dni pamiętnego września przeżyłem falę doświadczeń, zjawisk nieznanych i nie przewidzianych, konsternacji. Do jednego wszakże epizodu przez całe pół wieku wracam i zapytuję: "czy można umieszczony w tytule znak zapytania usunąć i jakim znakiem zastąpić"?

Fakty.

7 września 1939 r. miasto niczyje. Zostaliśmy sami. Uciekinierzy, a właściwie ich ostatnie zagubione grupy, minęły miasto. Sklepy, magazyny zdemolowane i rozkradzione. Ulice miasta pustoszeją. Wiatr przerzuca papiery i inne uliczne śmieci. Narasta niezrozumiała, złowróżbna cisza. Z kilkoma kolegami (m.in. Kazio Niewiadomski, Florek Ożmina) wiedzeni ciekawością penetrujemy pobliskie ulice swego rejonu zamieszkania (ul. Staszica - to mój ówczesny adres).

W pewnej chwili znależliśmy się na rogu ul. Staszica i ul. Solankowej. W ciszy, w pustym od miejskich hałasów powietrzu, wkrada się warkot samochodu. Z głebi ulicy Solankowej od ulicy Królowej Jadwigi zbliża się do nas, stojących jak sparaliżowani, czarny odkryty samochód osobowy. Nad nim powiewa czerwona flaga ze swastyką. Samochód coraz bliżej. Dostrzegamy ludzi. Ale co to? Znane twarze, obce mundury. Jest ich pięciu. Trzech rozpoznajemy natychmiast. Na tylnym siedzeniu limuzyny poczet sztandarowy stanowią: Emil Nickel - krawiec, mój krawiec, mieszkający vis a vis naszego poprzedniego mieszkania przy ulicy Wikaryjka (obecnie Hoyera). Rozpoznać go było łatwo. Maleńki wzrost, zajęcza warga. Dwóch pozostałych Niemców znała większość Inowrocławia. Willi Jarecky prowadził składnicę drewna i opału przy ul. Staszica (część boiska Szkoły Podstawowej nr.3). Trzecim kompanem był bogaty inowrocławski Niemiec Georg Radetzki (właściciel octowni pomiędzy ulicami: Staszica - św. Mikołaja), znany kupiec hurtowy. Kim był kierowca, do dziś nie udało mi się ustalić. Pasażerem obok niego, "coś w rodzaju dowódcy", siedział Niemiec w czarnym mundurze (poczet sztandarowy umundurowany był w kolorze zgniłego żółtka). Osoba nam nieznana. Po kilku dniach została rozszyfrowana. Był to Karl Kohlmeier, póżniejszy "działacz" inowrocławskiej placówki "gestapo". Samochód sunął majestatycznie, wolno, w kierunku Solanek. Faszystowski sztandar lekko na wietrze łopotał, a przyboczni sztandaru na odrzwiach samochodu trzymali gotowe do strzału pistolety. Takie było moje spotkanie z faszyzmem. Póżniej pojawiła się wojskowa żandarmeria polowa, formacje wojska, policji. Zaczęła się długa, makabryczna noc okupacji, która całą spędziłem w Inowrocławiu (jako magistracki goniec). Miałem póżniej satysfakcję odwrotu faszystowskiej buty w 1944/1945 r. Ale to już inna historia.

Komentarz.

Okupacja, następnie nauka w I LO Kasprowicza, praca zawodowa, działalność społeczna i polityczna dostarczyły informacji, doświadczeń i wiedzy, by nad opisanym wydarzeniem się zastanowić i podjąć się jego analizy. Nie będę uzasadniał, że przede mną 10-letnim uczniem szkoły powszechnej zjawisko to jawiło się jako kadr z niemego, niezrozumiałego filmu.

Dużo, dużo póżniej łączyłem z tym faktem atmosferę tamtych dni. Tworzyć zaczęła się "ścieżka dżwiękowa" tego kadru z 7.09.1939 r. Już u progu 1939 r. podskórnie odczuwaliśmy, że Niemcy, którzy z nami żyli, traktowali Inowrocław jak swoje miasto, a nie polskie miasto. Zmieniają się. Uczniowie szkoły dla niemieckiej młodzieży (obecnie w tym budynku mieści się ZSZ nr.5, ul. Solankowa) dotychczas partnerzy do gier i zabaw stają się wobec nas wrodzy. Znikają w soboty i niedziele w pobliskich lasach na tajemnych spotkaniach i ćwiczeniach. Czy to było Hitlerjugend - formacje zagraniczne? Wielu z nich przywdziało mundury tej organizacji. Dorośli Niemcy dotychczas grupowali się według interesów zawodowych z Polakami. Wiosną i latem 1939 r. grupowali się w swej mniejszości narodowej, stroniąc od dotychczasowych kontaktów z polskimi kolegami kupcami, rzemieślnikami. Ten samochód nam w mieście nie był znany (w Inowrocławiu w 1939 r. było zaledwie kilka samochodów, znaliśmy je), ktoś musiał przygotować, ktoś wyhaftował faszystowski sztandar. A jego pasażerowie w galowych niemieckich mundurach? Dziś wiem, że były to mundury NSDAP i SS. Kto to wszystko zorganizował? Dużo spraw zostało pozbawionych otoczki tajemnicy. Poznałem faktyczne oblicze inowrocławskich Niemców, gdy przyszedł ich "Fuhrer". Jedni pozostali sobą (lekarz Simon czy Janch właściciel mleczarni), inni zafascynowali się faszyzmem.

Dziś po 50 latach dalej myślę nad tym samochodem. Jest coraz jaśniej. Pozostaje pytanie, którym zatytułowałem to wspomnienie.

Nie jestem historykiem. Nie mam warsztatu badawczego, ani predyspozycji naukowca. Dlatego też, by te kilka słów nie było tylko "wspominką" oddaję fachowcom-historykom tę "białą plamę".

Była, czy nie była komórka V kolumny w Inowrocławiu? 

Czy był to tylko lokalny incydent, lokalnych Niemców?

"Moje lato 1939 roku w Inowrocławiu".

 

Autor wspomnień - Bronisława Wrzesińska.

 

Miałyśmy wtedy po 15 lat, moja sąsiadka i koleżanka szkolna Stasia i ja. Byłyśmy uczennicami średniej szkoły dietetycznej. Trwały wakacje. Jeszcze w lipcu z innymi dziewczętami chodziłyśmy często do Solanek "starych" i "nowych", do ogrodu botanicznego, na strzelnicę, a także na pola i łąki za miasto. W Solankach słuchałyśmy koncertów, czytałyśmy książki, spacerowałyśmy.

Ale najwięcej czasu spędzałyśmy na niezapomnianym naszym podwórku między dwiema kamienicami o numerach 6 i 7 przy ul. im. Marszała Piłsudskiego - dziś Dworcowej. Mieszkacy tych domów stanowili niemal cały przekrój społeczny miasta. Tu mieszkali lekarze - Ludwik Błażek i Leon Znaniecki. Byli urzędnicy, rzemieślnicy, kupcy, kolejarze, nauczycielka muzyki i organista - pan Wacław Ciesielski, młody ksiądz i redaktorzy Dereżyńscy, szewc, krawiec i wielu innych. Na wakacje przyjeżdżała z Torunia do krewnych kilkunastoletnia Regina Smędzianka, która czasem grywała w Solankach. Ile o tych wszystkich ludziach można by napisać !

Ale wróćmy do tamtych wakacji. Nie były one czasem spokojnego wypoczynku. Pomruki zbliżającej się wojny dochodziły przez prasę, komunikaty radiowe, ale też nękające wiele rodzin coraz trudniejsze warunki materialne. Stawały prace zarobkowe w warsztatach, na budowach, w pensjonatach i zakładach kuracyjnych. A wieczorem na naszym podwórku słyszeliśmy, jak w pobliskim ogrodzie niemieckiej loży masońskiej (dziś część Technikum Mechaniczno-Elektrycznego) młodzi Niemcy śpiewali swoje butne pieśni. Widzieliśmy ich często na ulicach Inowrocławia w brunatnych koszulach, ze swastykami na rękawach.

Któregoś dnia, chyba na początku sierpnia, dostałyśmy, Stasia i ja, wezwanie ze szkoły, a ściślej z PWK (Przysposobienia Wojskowego Kobiet), do którego należałyśmy. Istniało ono w szkołach średnich obok harcerstwa. Kształtowało w młodzieży ważne cechy praktycznych postaw w służbie Ojczyzny, a które obecnie są tak zapomniane. Na to wezwanie stawiło się kilkadziesią dziewcząt, oczywiście w mundurkach. Lubiłyśmy zajęcia powiackie - ogniska, śpiewy, podchody, musztry, zasady pierwszej pomocy sanitarnej, strzelanie z łuków i karabinków, oraz różne inne. Wtedy też śpiewałyśmy tak póżniej szeroko znaną piosenkę "Serce w plecaku".

Od tego dnia codziennie zgłaszałyśmy się w komendzie PWK przy Placu Klasztornym. Rozsyłano nas na dyżury przy telefonach w godzinach popołudniowych do różnych biur, czy instytucji. Mnie przypadły w Muzeum Jana Kasprowicza i gdzieś na dworcu kolejowym. Którejś niedzieli po południu stawiłyśmy się przy komendzie z łopatami. Miałyśmy iść pomóc przy kopaniu rowów przeciwlotniczych. Do czynu tego stawiły się setki ludzi. Pierwszym miejscem naszej pracy było pole przy ulicy św. Barbary - za gmachem sądu i więzienia. I nikt z nas nie przeczuwał, że kopiemy groby dla ofiar hitlerowskiej zbrodni, jaka została dokonana w więzieniu na Polakach za kilka tygodni w pamiętną pażdziernikową "makabryczną noc". Stamtąd czwórkami ze śpiewem ulubionych piosenek pewiackich, żołnierskich i legionowych przeszłyśmy na teren, gdzie dziś istnieje dworzec autobusowy, a wtedy był tu mały park otaczający pomnik Jana Kasprowicza. Tutaj praca była o tyle lżejsza, że przed sierpniowym skwarem osłaniały nas duże, cieniste drzewa. Pomoc naszych młodych rąk z chęcią przyjmowali pracującu tu ludzie. Częstowano nas orzeżwiającą wodą "selterską". Po około godzinie pracy przeszłyśmy do następnego stanowiska pracy. Znajdowało się ono na "Błoniach", w pobliżu koszar 4 pal-u. Po drodze marszowe piosenki przeplatałyśmy skandowaniem rymowanek. Jedna z nich była taka:

"Pod Ulm, pod Ulm, pod Austerlitz,

 dostaliśmy w skórę, nie gadaliście nic.

 Bo każdy Szwab naturę taką ma,

 że bierze w skórę i nic nie ga-da"!

No cóż? Trzeba było przeżyć piekło sześciu lat wojny, żeby doczekać tego ich milczenia. I tu na Błoniach, nikomu na myśl nie przyszło, że tak niedaleko stąd wkrótce będzie obóz koncentracyjny. A za rok przypadło Stasi i mnie oraz naszym rodzicom spędzić w tym obozie jedną noc w trakcie wysiedlania do Generalnej Guberni. Ostatnim miejscem naszego kopania rowów przeciwlotniczych był teren tzw. Parku Miejskiego za budynkiem teatru. Był to już wieczór.

Bardzo zmęczone, ale i zadowolone ze spełnionego obowiązku, wracałyśmy do domów. Miasto długo nie zasypiało w te sierpniowe noce. Panowała atmosfera dużego niepokoju. W domach przygotowywano jakieś tampony z gazy i waty na nos i usta na wypadek użycia gazów bojowych. Szyby okienne zaklejano na krzyż paskami papieru łudząc się, że to je zabezpieczy przed wypadnięciem podczas bombardowania. Wielkim utrudnieniem stał się w którąś sobotę brak drobnych pieniędzy. Zorganizowali to miejscowi Niemcy, dla spowodowania chaosu.

W ostatnim tygodniu sierpnia z grupą pewiaczek zostałam skierowana do prac w magazynach wojskowych w koszarach 59 Pułku Piechoty. Był to czas mobilizacji. W magazynach były na półkach albo bałagan po akcji wydawania mundurów, butów, bielizny i innego wyposażenia żołnierzy z rezerwy. Trzeba było to wszystko uporządkować, uzupełnić. Pracowałyśmy pilnie, czasem do póżnych godzin wieczornych. Chwalono nas za to. Wracałyśmy do domów ciemnymi ulicami, po których tu i ówdzie chodziły pary mężczyzn cywilnych z opaskami na rękawach. Któregoś dnia polecono nam przygotować w kilku żołnierskich sypialniach czysto zaścielone łóżka dla uciekinierów z Gdańska. Ale czy tacy przybyli - nie wiem. Chyba nie. Do koszar przybywały setki młodych mężczyzn. Czekali na umundurowanie, rozkazy i pewnie wymarsz. Siadali na na trawie i śpiewali piosenki. Jedna z nich, bardzo melodyjna, miała refren:

"Na niebie śliczne gwiazdeczki, ślą pozdrowienia z mojej chateczki".

Wzrusza mnie dziś subtelność takiego upodobania. Patrząc na nas, krzątających się, śpiewali z humorem:

"Miłe są panienki siedemnastoletnie, a czternastoletnie za młode są"

(W piosence była mowa o za starych - czterdziestoletnich).

Był chyba czwartek, ostatni dzień sierpnia. Do póżnych godzin spuszczałyśmy z drugiego piętra przez okna długimi workami - rękawicami umundurowanie dla nich. Przy słabym oświetleniu, w wielkim pośpiechu każdy szukał dla siebie rzeczy o odpowiednich wymiarach. Widok był żałosny, przygnębiający. Przyszłyśmy do koszar jeszcze raz, w piątek 1 września przed południem. Panowała wszędzie przykra cisza, wojska było niewiele, cywilów wcale. Pracowałyśmy przy porządkach w magazynach do południa i około godziny 13:00 poszłyśmy na obiad do domu. Głośniki radiowe od kilku dni nadawały:

"Uwaga! Uwaga! - Nadchodzi" - lub - "Przyszedł".

I nagle zawyły syreny. Pierwszy prawdziwy alarm.

Nie wiedzieliśmy, gdzie uciekać, czy przed bombardowaniem do piwnic? Czy na górne piętra, przed gazami bojowymi. Dorośli wybrali to drugie. Z okna trzeciego piętra widzieliśmy daleko nad dachami i słyszeliśmy pierwsze niemieckie bombowce. Jeszcze nie zrzucały bomb. Przeleciały. Alarm został odwołany, ale nie na długo. Było ich tego dnia jeszcze kilka. Rozpoczęła się wojna. Do koszar, ani do komendy PWK rodzice już nie pozwolili nam iść. Nie mogłam jeść obiadu - pierwszy raz w życiu. Bardzo się temu dziwiłam. Wszystko się odtąd zmieniło. Zawalił się nam młodzieńczy, ukochany, polski świat.

"Pamiętnik z wojny polsko - niemieckiej,

rozpoczęty dnia 1 września 1939 r.

Inowrocław - Rąbin 1.09.1939 r.".

 

Autor wspomnień - Mieczysław Maciejewski.

 

Okropna wojna, która wybuchła dnia 1.09.1939 r., miała od samego początku straszne skutki. Pomimo, że działania wojenne nastąpiły w piątek na granicy polsko - niemieckiej, mieliśmy już pierwszy nalot niemieckich bombowców w niedzielę 3.09.1939 r. przed południem, 9 maszyn, które niemiłosiernie zrzuciły kilka bomb na dworzec, koszary, a nawet na zabudowania ludności cywilnej w Inowrocławiu. Podczas bombardowania Inowrocławia byłem akurat w mieście na ulicy Pakoskiej za sądem, gdzie w odległości około 100 metrów ode mnie padły bomby - poza strachem nic mi się nie stało i zdrowy wróciłem do domu - Rąbina, gdzie dzierżawię gospodarstwo od p. Wyduby. Drugi nalot nastąpił w poniedziałek przed południem - 20 bombowców, które poczyniły straszne spustoszenie w Inowrocławiu. Nie tylko miasto było bombardowane, lecz również ostrzeliwały niemieckie samoloty ludność cywilną, co sam odczułem w czasie orki na polu, samoloty obniżyły się, strzelano do koni, ukryłem się w burakach cukrowych. Żadnych prac w polu nie dokonywałem.

od 2.09.1939 r. mieliśmy w Rąbinie 12 osób, które schroniły się w Inowrocławiu, przyjęliśmy ich bardzo serdecznie, ponieważ ten sam los mógł nas każdego dnia spotkać. I tak też się stało.

W dniu 7 września musieliśmy zapakować nasze najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyć razem w świat w nieznane, aby uchronić się od niechybnej śmierci. Opuszczenie własnego domu było na samą myśl cieżkie, gdyż trzeba było pozostawić wszystko poza ubraniem i pościelą. Ruszyliśmy w świat o godzinie 6:30 przez Szymborze, Łojewo, Kruszwicę, Gocanowo do Chełmc, gdzie ulokowaliśmy się w szkole u p. Wojciechowskiej. Czas jazdy trwał do godziny 12 dnia 8.09.1939 r. i był naprawdę ciężki. Początkowo zamierzaliśmy jechać dalej dalej, do Radziejowa lub Piotrkowa Kujawskiego, jednak po przekonaniu się, że jest to bezcelowe, ponieważ front posuwał się w szybkim tempie w kierunku naszej ucieczki, postanowiliśmy wracać do swoich domostw.

W  niedzielę dnia 10 września chcąc się przekonać, jak wygląda sytuacja, przyjechałem rowerem do Rąbina, by naocznie przekonać się o wszystkim i tym samym zadecydować, co dalej począć. Na miejscu, tj. w Rąbinie, zastałem dosyć wszystko w porządku i niebawem wracałem do Chełmc po cały dobytek oraz rodzinę. Tu muszę zaznaczyć, że na całym terenie, gdzie przejeżdżałem, spotykałem już tylko wojsko niemieckie.

W dniu 11 września - poniedziałek o godzinie 7:30 ruszyliśmy w powrotną podróż do Rąbina, na drzodze spotkaliśmy żołnierzy niemieckich. Wróciliśmy szczęśliwie o godzinie 17:00, rozpoczęliśmy normalną pracę tak w polu jak i w obejściu domowym. Wszyscy po powrocie do domu czuli się dobrze, zwłaszcza mały "Wiesiu", który nie wiedział w jakim celu aż tak daleko musiał wędrować w ciągu dnia i nocy. Jesteśmy już pod rządami pruskimi, które bardzo energicznie zabrały się do wprowadzenia swoich porządków i rozporządzeń. Między innymi poodbierano już wszystką broń oraz skoszarowano wszystkich mężczyzn od 18 do 45 lat, którzy byli bez pracy. Muszę jeszcze dodatkowo zaznaczyć, że podczas ucieczki widzieliśmy całą okolicę stojącą w ogniu. Tak samo przed naszymi oczami puszczono w powietrze mosty w Mątwach i Kruszwicy, celem utrudnienia przejścia wojsku niemieckiemu. Gdy ludność cywilna wróciła z ucieczki, nastąpiły aresztowania, w pierwszym rzędzie właścicieli majątków, następnie wszystkich, którzy trudnili się jakąkolwiek polityką. Wielu z aresztowanych wróciło, wielu - nie i zapewne nigdy nie wrócą, gdyż setki osób zostało rozstrzelanych bez sądów i wyroków. Mnie osobiście nie aresztowano i byłem cały czas na wolności. Drugą klędką dla ludności jest odbieranie całego majątku i wywiezienie do "Polski". Ewakuację ludności rozpoczęto od Gdyni, póżniej przyszła kolej na Poznań i całą Wielkopolskę. Ludność liczyła się z tą niespodzianką, sprzedawała więc co tylko mogła i tym samym niszczyła sama siebie, ponosząc przez to duże straty. Ja osobiście poniosłem bardzo duże straty, począwszy od zboża, które sprzedałem na trzy dni przed ewakuacją (zamiana gotówki polskiej na niemiecką) na około 3000 zł. Póżniej sprzedałem kilka sztuk bydła, tracąc dużo na mleku i ubytku, jednak zabezpieczyć się trzeba było w trochę gotówki na ewentualną ewakuację. Czas wolności dla nas był do dnia 22.01.1940 r., w którym to dniu przybyło trzech panów i po spisaniu całego majątku powiedzieli nam, że jeden z tych panów jest "Treuhanderem" i zostanie tu jako gospodarz. Nam powiedzieli, że będziemy mieli lepiej, i że nas nie wywiozą. (...)