Makabryczna noc w inowrocławskim więzieniu z       22 na 23 pazdziernika 1939 roku - część I.

Co krwawej nocy się zdarzyło?

W murach inowrocławskiego więzienia.

56 prawych ludzi ze śmiercią się zmierzyło'

To całe życie miasto zmienia.

Prezydent Apolinary Jankowski też tam głowę położył.

Poprzedni rok dłużej pożył.

Ale Go i innych hitlerowcy w obozie uśmiercili.

Nie doczekali tej radosnej chwili.

Nie doczekali wyzwolenia miasta.

Dlatego pamiętajmy, szanujmy ich i basta.

 

Wiersz napisał Jerzy Łaganowski - inowrocławski poeta.

Niedziela 22 pazdziernika 1939 roku była dla więzniów inowrocławskiego więzienia nadzwyczajna, a to z tej racji, że w tym dniu nie przyprowadzono żadnego nowego aresztanta. Widocznie Niemcy odpoczywali lub popijali piwo w restauracjach i barach.

Ale już noc z niedzieli na poniedziałek była jedną z najbardziej tragicznych w historii Inowrocławia. Tej właśnie nocy w inowrocławskim więzieniu dwaj pijani hitlerowcy w sposób bestialski zabili 56 niewinnych Polaków.

 

Tymi zwyrodnialcami, którzy dokonali tak haniebnego czynu byli:

Otto Christian von Hirschfeld oraz Hans Ulrych Jahnz.

 

Otto Christian Hirschfeld urodził się w 1909 roku, jako syn kapitana pruskiego, który do września 1914 roku służył w koszarach przy ulicy Jacewskiej w Inowrocławiu. Po śmierci ojca podczas I wojny światowej,

Otto Hirschfeld wraz ze swoją matką przeniósł się do miejscowości Wesel nad Renem, w której spędził swoją młodość. W nowym miejscu zamieszkania uczęszczał do szkoły powszechnej i gimnazjum i na wielkanoc 1928 roku zdał maturę. Następnie studiował prawo i nauki państwowe na uniwersytetach niemieckich w Marburgu i Kilonii. Począwszy od 1 września 1931 roku jest członkiem S.A. w charakterze stałym, pózniej jako sturmhauptfurer,

a od 1 marca 1932 roku również członkiem N.S.D.A.P.

19 sierpnia 1933 roku zdał pierwszy egzamin prawniczy w sądzie apelacyjnym w Kassel z wynikiem dobrym. Następnie odbył praktykę jako aplikant sądowy w Wesel. 18 czerwca 1934 roku na własną prośbę zostaje zwolniony ze służby sądowej i przenosi się do pracy w administracji państwowej jako referendarz. Piastuje stanowiska w rejencji w Kolonii

w zarządach komunalnych, oraz w starostwie, gdzie powierzano mu samodzielne stanowiska zastępstwa burmistrzów Kolonii.

16 czerwca 1937 roku składa egzamin asesorski z wynikiem dobrym,

po czym zostaje przydzielony do pracy do starostwa w Neu-Ruppin

w charakterze pomocnika starosty.

27 maja 1938 roku obejmuje pełnienie obowiązków starosty w Prusach Wschodnich w  Allenstein (Olsztyn). W okresie jego działalności w Olsztynie wytoczono mu sprawę karną za publiczną obrazę właściciela cukierni

w miejscowości Heilsberg.  

8 lipca 1938 roku Otto Hirschfeld zostaje oddelegowany do miejscowości Bayern w Sudetach z zadaniem zorganizowania tam starostwa,

a 1 kwietnia 1939 roku otrzymuje nominację na stanowisko starosty.

Latem 1939 roku wskutek wytoczonej sprawy karnej o publiczną obrazę właściciela cukierni otrzymuje mandat karny w wysokości 100 marek

z zamianą na 10 dni więzienia.

12 września 1939 roku Otto Hirschfeld zostaje przydzielony do dyspozycji władz niemieckich, które powierzają mu komisaryczny zarząd starostwa

w Mogilnie, a z dniem 27 września 1939 roku podobne stanowisko i zadanie w Inowrocławiu, gdzie został starostą. W pierwszych tygodniach swego pobytu w Inowrocławiu brał udział w licznych pijatykach i strzelaninach. Między innymi któregoś dnia, wraz ze swoimi urzędnikami, po alkoholowej libacji, ustawił na stole bilardowym, który znajdował się w jednym z korytarzy landratury, znalezione  w budynku portrety Marszałka Polski - Rydza Śmiłego i różne polskie medale i urządził do nich strzelanie, jak do tarczy.

W nocy z 22 na 23 pazdziernika 1939 roku dokonuje w inowrocławskim więzieniu, wspólnie z Hansem Ulrychem Jahnzem dokonuje brutalnego mordu na 56 niewinnych Polakach.

Pod koniec pazdziernika 1939 roku, w związku z zamordowaniem 56 Polaków zostaje przeniesiony do pracy w starostwie w Turku.

Dekretem z dnia 21 listopada 1939 roku odwołano jego delegację na ziemie wschodnie, a jemu poleceno, aby ubiegał się o powołanie do armii niemieckiej.

26 stycznia 1940 roku na mocy artykułu 44 "niemieckiego prawa urzędniczego" - Otto Hirschfeld zostaje przeniesiony w stan spoczynku.

23 lipca 1940 roku niemiecki I Sąd Specjalny w Poznaniu uznał Otto Hirschfelda za winnego zabójstwa w 56 wypadkach i skazał go na łączną karę ciężkiego więzienia na 15 lat i równocześnie pozbawił go praw honorowych

i obywatelskich na 10 lat.

 

Hans Ulrych Jahnz urodził się 14 września 1904 roku w Pałczynie koło Inowrocławia, jako syn właściciela majątku ziemskiego. Po ukończeniu

w Bydgoszczy gimnazjum, a następnie uczy się przez jeden rok w jednej ze szkół w Poznaniu. Potem wcielony zostaje do służby wojskowej w Wojsku Polskim. Służy przez 2 lata w "18 Pułku Ułanów" w Grudziądzu. Egzaminu na oficera nie zdaje z powodu podkreślania swej niemieckości. Po odbyciu służby wojskowej, w 1928 roku zdaje egzamin do "Wyższej Szkoły Technicznej"

w Gdańsku, a potem jeszcze od 1929 do 1930 roku uczęszcza do "Seminarium rolniczego" w Świdnicy. W 1934 roku - Hans Jahnz zostaje członkiem "Jungdeutsche Partei". W 1935 roku wraca do Pałczyna, gdzie zajmuje się gospodarką w majątku ojca, a od 1 listopada 1936 roku bierze majątek w dzierżawę. Trzeba tu dodać, że znaczna część tego liczącego 2400 ówczesnych morgów majątku została przez Rząd Polski wywłaszczona i jego majątek miał wtedy jeszcze tylko 1120 morgów.

W okresie przed wybuchem II wojny światowej zawiązane zostały przyjacielskie stosunki pomiędzy rodzicami Hansa Ulrycha Jahnza i Otto Kristiana Hirschfelda, a z chwilą objęcia stanowiska inowrocławskiego starosty przez Otto Hirschfelda, jego stosunki z Hansem Jahnzem. Obaj po raz pierwszy spotkali się w majątku kierownika "Selbstschutzu" na powiat inowrocławski - Hempla, na proszonym przyjęciu.

27 sierpnia 1939 roku Hans Janz zostaje przyjęty do "SS-Heimwehr"

w Gdańsku, gdzie brał czynny udział w całkowitym przejęciu Gdańska przez Niemców. Tu też otrzymał nominację na stopień SS-Rottenfuehrea.

W pierwszych dniach II wojny światowej jego posiadłość w Palczynie zostaje zdewastowana i zrabowana. Dwaj jego urzędnicy zostali zamordowani.

Pod koniec września 1939 roku Hans Jahnz wraca do Pałczyna i natychmiast stawia się do dyspozycji inowrocławskiego "Selbstschutzu".

W nocy z 22 na 23 pazdziernika 1939 roku wspólnie z Otto Kristianem Hirschfeldem zamordował w inowrocławskim więzieniu 56 niewinnych Polaków. W związku z tą zbrodnią został tymczasowo aresztowany (otrzymał tzw. "areszt honorowy"), a następnie w lutym 1940 roku areszt honorowy, zawiesił mu kierownik służby bezpieczeństwa rzeszy z powodu rozpoczynającej się wiosennej uprawy roli. Potem został również urlopowany ze służby w SS.

23 lipca 1940 roku niemiecki I Sąd Specjalny w Poznaniu uniewinnił go od popełnionej w Inowrocławiu zbrodni.

A zaczęło się wszystko w sobotę wieczorem - 21 pazdziernika.

 

Tego wieczora inowrocławski landrat (starosta) - Otto Christian Hirschfeld znajdował się w restauracji hotelu "Pod Lwem", w której pił alkohol w gronie kilku swoich znajomych. W pewnym momencie Otto Hirschfeld zauważył, że jeden z polskich kelnerów zbliżył się do niego, trzymając jedną rękę w kieszeni spodni. Współbiesiadnicy zaś zwrócili uwagę na to, jakoby dzierżawca lokalu - Józef Notka przy bufecie od czasu do czasu rozmawiał po polsku z kilkoma pracownikami hotelu. Na skutek opowiadań współbiesiadników, w Otto Hirschfeldzie zrodziła się wątpliwość co do niemieckich przekonań dzierżawcy Józefa Notki. Wezwał więc go do natychmiastowych wyjaśnień i wyliczając kolejno niemieckie organizacje partyjne i związki pokrewne spytał się go szorstko, czy należy do nich i wreszcie zwymyślał go słowami: "łobuzie, wynosić się stąd, w przeciągu 24 godzin macie opuścić Inowrocław".

Przyjmującemu zaś pieniądze kelnerowi groził wyciągniętym pistoletem.

Około północy krzyknął w lokalu: "cywile, słuchać wszyscy, wszyscy cywile opuścić mają lokal w przeciągu 2 minut", a zwracając się do Józefa Notki, który w tym czasie przeprowadzał rozliczenia z kelnerami i przyjmował od nich pieniądze, krzyknął: "To dotyczy również i was, macie jeszcze pół minuty czasu". Józef Notka dla uniknięcia dalszych agresji ze strony Otto Hirschfelda, usunął się czym prędzej do swojego prywatnego mieszkania i pozostawić musiał w lokalu część pieniędzy. Kiedy kelner, który jeszcze pozostał zaczął ustawiać krzesła na stołach, aby posprzątać restaurację, współbiesiadnicy Otto Hirschfelda zaczęli je zrzucać. Po północy zamówili jeszcze 3 butelki szampana i opuścili restaurację dopiero około godziny 3:30.

Również tego samego dnia Otto Christian Hirschfeld umówił się z ziemianinem Hansem Ulrichem Jahnzem na polowanie, na które mieli obaj wybrać się w niedzielę rano 22 pazdziernika. Jako miejsce polowania wybrano majątek Jana Gierkego w Polanowicach, koło Kruszwicy. Majątkiem tym zarządzał rządca Naue - powiernik Jana Gierkego, który w tym czasie przebywał w więzieniu inowrocławskim.

Wobec znacznego pogorszenia się pogody, Hans Jahnz, w mundurze SS przybył w niedzielę, około godziny 9:00 do mieszkania Otto Hirschfelda, które znajdowało się w budynku landratury, aby dowiedzieć się, czy polowanie się odbędzie. Otto Hirschfeld jednak jeszcze spał po pijackiej nocy w restauracji hotelu "Pod Lwem". Hans Jahnz odszedł więc, aby znowu powrócić do mieszkania landrata około godziny 12:00 i tym razem obudzić go. Odniósł przy tym wrażenie, że Otto Hirschfeld ma jeszcze potężnego kaca. Wobec odwołania zaplanowanego polowania, obaj postanowili pojechać do Palczyna, gdzie swój majątek ziemski miał Hans Jahnz. Ubierając się, Otto Hirschfeld wskazał na jakiś dokument leżący na stole i wyjaśnił, że dokument ten zawiera wyroki śmierci, wydane na Polaków i zatwierdzone przez władze SS. Hans Jahnz wziął te dokumenty do ręki i bez specjalnego zainteresowania przejrzał je pobieżnie.

Otto Hirschfeld tymczasem ubrał się w mundur SA i przed wyruszeniem do Palczyna schował dokument w szufladzie swojego biurka. Dokument ten zawierał listę trzymanych w inowrocławskim więzieniu 90 Polaków z aktami oskarżenia dla nich. W specjalnej rubryce listy indywidualnie naznaczana była kara poszczególnych aresztowanych w następujący sposób.

W połowie września 1939 roku, SS-Oberfuehrer - Ludolf von Alvensleben oraz SS-Obersturmbannfuehrer - dr Hans Kolzow, a potem jeszcze Otto Kristian Hirschfeld wpisywali czerwonym ołówkiem obok nazwiska aresztowanego trzy znaki. Krzyżyk lub początkowe litery nazwiska oznaczały rozstrzelanie, litery K.Z. oznaczały obóz koncentracyjny, a skrót "Entl" oznaczał zwolnienie.

Według dokumentu, który miał w swym biurku Otto Hirschfelf, około 65 aresztantów miała być rozstrzelana. Początkowo wyroki śmierci wykonywało wojsko, a potem SD (służba bezpieczeństwa) dr, którą każdorazowo do tej pracy wyznaczał dr Hans Kolzow.

W drodze do Pałczyna pękła opona w samochodzie Otto Hirschfelda i w związku z tym obaj Niemcy przerwali podróż i udali się do majątku Jana Gierkego. Tam Otto Hirschfeld kazał podać sobie przez rządcę majątku kilka kieliszków wódki. Po wymianie opony i dotarciu do Palczyna, obaj poszli na polowanie, które po krótkim czasie przerwali i wrócili do domu Hansa Jahnza.

Około godziny 17:00 obaj zjedli podwieczorek w towarzystwie żony ziemianina i wychowanki jego rodziców - panny Dagmary Natzmer. Na podwieczorek podano kanapki z wędliną, które szybko zostały skonsumowane. Po podwieczorku Hans Jahnz oprowadził Otto Hirschfelda po swoim majątku i pokazał mu uszkodzenia i zniszczenia budynków dokonane we wrześniu przez ponoć bandy polskie. Dwa domy mieszkalne zostały zupełnie obrabowane, jedynie dwór został częściowo odrestaurowany. Po spacerze obaj wrócili do domu i około godziny 18:00 zjedli kolację, do której podano herbatę oraz postawiono na stół mocną wypalankę własnego wyrobu. Obaj suto raczyli się wódką. Otto Hirschfeld przez dłuższy czas nie wypuszczał  butelki z wódką z ręki, nalewając kilkakrotnie sobie sam. Niebawem oboje przeszli na poufałe "Ty" i rozmawiali na różne tematy. Wnet rozmowę skierowano na temat wówczas aktualny, a mianowicie na bestialstwa dokonane przez Polaków we wrześniu 1939 roku. Przyczym Hans Jahnz opowiadał o zamordowaniu przez Polaków jego urzędnika, a Otto Hirschfeld opisywał swoje przeżycia przy ekshumacji 28 volksdeutschów w Mogilnie, zaś panna Dagmara Natzmer opisywała szykany, jakich zaznała od Polaków. Wtedy Otto Hirschfeld w konkluzji prowadzonych rozmów oświadczył, że Polaków nie uważa za ludzi, tylko za bestie. Wnet też rozmowy przyjęły charakter podniecony. W czasie dyskusji Otto Hirschfeld nadmienił, że jest w posiadaniu listy z 70 wyrokami śmierci. Hans Jahnz zapytał go, czy te wyroki są prawomocne i otrzymał odpowiedz, że tak. Mówiono również o aresztowanym Janem Gierke, który w czasie I wojny światowej był rotmistrzem armii pruskiej, potem wyrzekł się swej niemieckiej narodowości i przystał do Polaków. Rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, ponieważ wychowywała jego dzieci po niemiecku. W pierwszych dniach po wkroczeniu wojsk niemieckich do Polski znaleziono u niego zakopaną broń, za co został aresztowany.

Tegoż wieczora Otto Hirschfeld mówił też o swoich zamiarach wstąpienia do SS oraz o planach organizowanego przez niego N.S.D.A.P. w powiecie inowrocławskim. Przy czym stanowisko powiatowego kierownika N.S.D.A.P. miało by być połączone  ze stanowiskiem starosty. A w razie załatwienia tej sprawy, mianował już teraz Hansa Jahnza swoim adiutantem.

Niespodziewanie, a była już prawie godzina 22:30, w głowie kompletnie pijanego Otto Hirschfelda zrodził się szatański plan. Wypowiedział on do swego kamrata od wódki takie oto słowa: "no to teraz pojedziemi strzelać Polaków. Ty pojedziesz ze mną, zastrzelisz Jana Gierkego jako pierwszego, a ja będę przy tym asystował".

Hans Jahnz odpowiedział, że: "jeszcze na tyle nie zwariowałem, aby jeszcze po nocy jechać do Inowrocławia i strzelać do Polaków. Na to czas będzie jeszcze jutro, a z resztą jestem pijany".

Wywiązało się dłuższe przekomarzanie, w czasie którego raz po przyjacielsku, a raz po wojskowemu oświadczył: "Jahnz jedziesz ze mną" lub "Panie Jahnz daję panu rozkaz jechać ze mną".

Wreszcie oświadczył: "Prawdopodobnie tchórzysz".

W tym momencie Hans Jahnz zerwał się z krzesła, przyjął postawę zasadniczą i zdecydował się wziąć udział w tym zamierzonym przedsięwzięciu.

Obecne przy tym kobiety pierwotnie nie traktowały na serio zamiarów Otto Hirschfelda, jednak wkrótce przekonały się, że jednak było to pomyślane na serio. Rozpoczęły przeto starania, aby odwieść obydwóch pijanych Niemców od ich szatańskich zamiarów. W czasie następnych 90 minut tłumaczyły im dobitnie, prosiły ich by nabrali rozsądku i pozostali w domu, tym więcej, że dla Otto Hirschfelda kazano już przygotować łóżko. Wreszcie zrobiły mocną kawę i przygotowały kanapki w tym przekonaniu, że obaj otrzezwieją i zrezygnują ze swych zamiarów. Jednak pijani Niemcy nie dali się odwieść od swego zamiaru.

W celu otrzezwienia Hans Jahnz wypił jeszcze sok z dwóch cytryn, ponieważ uważał, że ma to uczucie, kiedy przy egzekucji musi zachować należytą postawę.

Budynek "Landratury" - 1938 rok

Krótko przed północą wyszli z domu Hansa Jahnza. Obaj byli mocno pijani i zataczali się. Jednak czasem udawało im się urzymać w miarę wyprostowaną postawę. Wsiedli do samochodu, który w międzyczasie szofer Herbert Krause doprowadził do porządku. Szofer otrzymał polecenie, aby najpierw jechać do "Landratury" w Inowrocławiu (zdjęcie obok). Podczas jazdy obaj pijani Niemcy rozmawiali ze sobą, jednak szofer nie słyszał o czy była rozmowa. W czasie przerwy podczas jazdy, którą zarządzono dla załatwienia potrzeby fizjologicznej, Otto Hirschfeld zauważył brak swojego pistoletu. Wtedy na rozkaz Hansa Jahnza swój pistolet oddał szofer Herbert Krause. Na co potrzebny był Otto Hirschfeldowi pistolet, szofer nie wiedział, ponieważ nic nie wiedział o zamiarach obydwóch Niemców. Przed "Landraturą" wysiedli i weszli do środka budynku, a dalej do gabinetu Otto Hirstchfelda. Tam otworzył on biurko i wyjął z niego listę, która zawierała nazwiska 90 Polaków przebywających w inowrocławskim więzieniu, z których około 65 miało być rostrzelanych w poniedziałek 24 pazdziernika 1939 roku. Po wyjściu z gmachu "Landratury" szofer otrzymał rozkaz, aby jechać do gmachu sądu. Ponieważ zmylił drogę, obaj Niemcy wysiedli przed przybyciem do celu i pieszo udali się w kierunku sądu. Wkrótce i Herbert Krause również dojechal do celu. Obaj pijani Niemcy zażądali by ich wpuszczono do środka sądu. Zachowywali się przy tym bardzo głośno, a Otto Hirschfeld strzelił z pistoletu do drzwi, ponieważ uznał, że otwieranie ich trwa za długo. Kiedy wreszcie dozorca Witkowski (polski inwalida wojskowy) otworzył drzwi, obaj Niemcy wkroczyli do jego mieszkania. Tam Otto Hirschfeld strzałem z pistoletu rozbił duży wazon na kwiaty, który stał na stole, następnie strzelił do wiszącego na ścianie krucyfiksu, po czym rzucił w jedno ze śpiących dzieci dozorcy dużą doniczką z kaktusem, nie trafiając jednak. Obecny tam też szofer Herbert Krause odezwał się z wyrzutem, że przecież tam śpi tylko małe dziecko. W tym samym czasie Otto Hirschfeld mocno poturbował dozorcę Witkowskiego, tak, że ten krwawił i miał podartą koszulę. Żonie dozorcy podsunął pod nos pistolet, krzycząc przy tym: "Powąchaj, ty przeklęta Polko". Natomiast szofer na rozkaz Otto Hirschfelda musiał uderzyć dozorcę Witkowskiego w twarz, a potem przeszukał mieszkanie dozorcy za bronią. Na koniec pijani Niemcy zmusili Witkowskiego, by zaprowadził ich do gmachu więzienia.

 

 

Do końca 1939 roku więzienie nie było pod zarządem władz sądowych. Inowrocławskim więzieniem zarządzał kierownik oddziału policji ochronnej - porucznik Faust. Jego zastępcami byli: Paweł Petermann i Fritz Rolle. Ponadto kilku volksdeutschów znalazło zatrudnienie w charakterze dozorców pomocniczych.

Plan inowrocławskiego więzienia był następujący. Po wejściu przez bramę główną wchodzi się do frontowego podwórza więziennego, przy którym mieści się budynek administracyjno-dozorczy. Przez ten budynek przechodziło się do środkowego podwórza o małych rozmiarach, skąd był dostęp do głównego gmachu więziennego z celami. Poza tym budynkiem znajdowało się jeszcze tylne podwórze więzienne, z którego było bezpośrednie przejście z gmachu sądu, do budynku więziennego.

Po otwarciu bramy głównej przez pomocnika dozorcy - volksdeutscha Wilhelma Draegera, Otto Hirschfeld zagroził wyciągniętym pistoletem dozorcy Witkowskiemu, jeśli ten w przeciągu 5 minut nie wpuści go do głównego budynku więziennego. Z wyciągniętym cały czas pistoletem zapytał następnie Wilhelma Draegera czy jest volksdeutschem. Kiedy ten potwierdził, zażądano od niego by się wylegitymował, na co Wilhelm Draeger szybko założył swoją bluzę z hitlerowską opaską.

Teraz Otto Hischfeld i Hans Jahnz zażądali, aby na podwórze frontowe sprowadzono z celi Jana Gierkego. Wilhelm Draeger wię szybko obudził starszego wachmistrza policji ochronnej - Paula Petermanna, który tej nocy miał dyżur. Kiedy Paul Petermann znalazł się na frontowym podwórzu od razu rozpoznał Otto Hirschfelda. Poza tym zauważył w rekach Hansa Jahnza jakieś akta, podobne do tych, które już widywał u kierownictwa "Selbstschutzu". Po chwili Otto Hirschfeld zapytał Paula Petermanna, czy ten ma silne nerwy, po czym oświadczył, że ma rozkaz od naczelnego wodza SS i szefa niemieckiej policji, który również i Paul Petermanna jest przełożonym, aby natychmiast wykonać na Polakach wyroki śmierci.

Paul Petermann zapytał wtedy, czy wykonanie wyroku śmierci musi się odbyć wewnątrz więzienia. Zdziwiło go to tylko dlatego, że do tej pory "Selbstchutz" wykonywał wyroki śmierci wyłącznie na zewnątrz więzienia. Przy czym podwórza więzienne, za wyjątkiem frontowego nie były oświetlone.

Otto Hirschfeld oświadczył jednak, że wyroki śmierci mają być tym razem wykonane na terenie więzienia i zaznaczył, że wraca z Bydgoszczy, gdzie rozmawiał z naczelnym wodzem SS i ma jego zgodę. Paula Petermanna wyjaśnienie to uspokoiło, tym więcej, iż przypuszczał, że chodzi tu o akcję odwetową, ponieważ niedawno w Strzelnie rozrzucono antyhitlerowskie ulotki. Paul Petermann ubrał się i kilkukrotnie, lecz bezskutecznie próbował dodzwonić się do porucznika Fausta.

Tymczasem Wilhelm Draeger przyprowadził z celi Jana Gierkego. Otto Hirschfeld natychmiast uderzył go pięścią w twarz, a nogą w brodę. Opluwał go przy tym, zarzucając mu, że był dowódcą bandytów, jako były pruski rotmistrz. Następnie kazał, aby Jan Gerke ustawił się przy skwerku z kwiatami i z kilku kroków strzelił mu w głowę. Jan Gierke natychmiast upadł, a mózg wylał się z jego głowy. Ponieważ jeszcze żył i jęczał, Otto Hirschfeld krzyknął: "on jeszcze żyje i chrapie" i wtedy rozkazał szoferowi Herbertowi Krausemu, aby ten go dobił. Herbert Krauze rozkaz wykonał przy pomocy karabinu, który pożyczył sobie od Wilhelma Draegera. Następnie Otto Hirschfeld rozkazał sprowadzić pojedyńczo według spisów na liście 6-7 aresztantów, Ponieważ tempo wydawało mu się zbyt wolne, rozkazał Hansowi Jahnzowi, by ten również brał udział przy sprowadzaniu aresztantów z więziennych cel.

Pierwszego aresztanta zastrzelił Otto Hirschfeld, drugiego natomiast Hans Jahnz, krzycząc przy tym: "to jest ta świnia, która zastrzeliła mojego leśniczego". Pozostałych aresztantów zastrzelili obaj na frontowym podwórzu. Następnie Otto Hirschfeld oświadczył, że pozwala Wilhelmowi Draegerowi zastrzelić tego z aresztantów, do którego ma jakieś pretensje. Jednak sposób tracenia aresztantów wydawał się Otto Hirschfeldowi za powolny i dlatego rozkazał Paulowi Petermannowi, by ten ściągnął z miasta 5-6 policjantów. Policjanci ci przybyli do więzienia pod dowództwem starszego wachmistrza Jurgena Schlemme w momencie, kiedy znów 3 aresztantów stało pod murem. Otto Hirschfeld zapytał policjantów, czy mają silne nerwy i znowu wszystkim oświadczył, że to co się tu dzieje, to dzieje się na rozkaz naczelnego wodza SS i kierownika policji niemieckiej. Następnie podszedł do zwłok Jana Gierkego i trącając je nogą powiedział do przybyłych policjantów: "popatrzcie na tą świnię, to jest były oficer niemiecki, to był kierownik Ostmarkenverein". Potem na jego rozkaz policjanci musieli zastrzelić tych 3 aresztantów, ustawionych pod murem.

Razem na frontowym podwórzu rostrzelano 9 aresztantów, poza tym Otto Hirschfeld i Hans Jahnz zastrzelili jeszcze 2 aresztantów przy schodach, które prowadziły z gmachu więzienia na podwórze środkowe. Zwłoki tych 2 zastrzelonych Wilhelm Draeger musiał odciągnąć na bok, ponieważ tarasowały wejście do więziennego budynku.

Natomiast Hans Jahnz zabrał się za dalsze sprowadzanie aresztantów z cel.

I tak trafił do celi, w której przebywały 4 polskie nauczycielki: Maria Dykiert z Niszczewic, Grażyna Doroszewska z Januszkowa, Maria i Wanda Dominiczak ze Złotnik Kujawskich, które figurowały na liście.

Strażnik pomocniczy Eryk Schode otworzył drzwi celi, a Hans Jahnz krzyknął: "wyłazić maciory". Kobiety ubrane były jedynie w koszule i bieliznę.

Kiedy kobiety zeszły na podwórze, Otto Hirschfeld oświadczył, że nie prowadzi się wojny przeciwko kobietom, na co Hans Jahnz odrzekł, że kobiety były najgorsze. Jedna z tych kobiet - p. Maria Dykiert, której mąż Jan Dykiert znajdował się wśród rozstrzelanych, prosiła Niemców, by ją oszczędzili, chociażby ze względu na jej dwoje dzieci. Wreszcie Otto Hirschfeld zwolnił te 4 kobiety krzycząc do nich: "precz stąd, wy kurwy, wy maciory". Zanim jednak Wilhelm Dreager zdążył je odprowadzić do celi, jedna z nich, a była to Maria Dominiczak dostała już wewnątrz więzienia postrzał w płuco. Jednak nie zdołano stwierdzić kto strzelał. Mimo tej rany postrzałowej, przy pomocy pozostałych kobiet opuściła więzienie i przyjęta została do szpitala.

W tym czasie Paweł Petermann zaczął protestować przeciwko dalszym egzekucjom na frontowym podwórzu, ponieważ wobec małych jego rozmiarów, pociski mogą odbić się o mur i zranić policjantów i wreszcie ze względu na to, że frontowe podwórze nie nadaje się jako miejsce egzekucji, gdyż jest ono podwórzem przejściowym dla wszystkich przychodządzych do budynku administracyjno-dozorczego. Otto Hirschfeld krótko się temu sprzeciwiał, aż wreszcie zdecydował, że dalsze rostrzelania będą odbywały się na tylnym podwórzu więziennym. Wszyscy zatem udali się dośrodka więziennego gmachu. W międzyczasie nadszedł też starszy wachmistrz Fritz Rolle, który miał tej nocy wolne. Jemu również Otto Hirschfeld wyjaśnił, że wraca z Bydgoszczy, gdzie rozmawiał z naczelnym wodzem SS, który zarządził natychmiastowe wykonanie wyroków śmierci.

W inowrocławskim więzieniu klucznikiem był dozorca pomocniczy - voklsdeutsch Kurt Berndt. Jako umiejący pisać i znający język polski wyznaczony został do prowadzenia księgi ewidencyjnej aresztantów, do której wpisywano w porządku alfabetycznym nazwiska aresztantów, wiek, zawód i miejsce zamieszkania. Po wejściu do gmachu więzienia Hans Jahnz podszedł do Kurta Berndta i kierując w niego swój pistolet, zapytał czy należy do partii. Kiedy Kurt Berndt odpowiedział, że jest volksdeutschem, Hans Jahnz odrzekł na to: "ciebie nie zastrzelę, chociaż wart tego jesteś, u nas pociski siedzą luzno".

W podobny sposób Hans Jahnz potraktował dozorcę pomocniczego-Eryka Schodego. Nieco pózniej poinformował Kurta Berndta, że przyjechał z Bydgoszczy z rozkazem Himmlera wykonać egzekucję. Wobec tego Kurt Berndt przyniósł księgę aresztantów. Hans Jahnz odczytywał z listy kilka nazwisk, a Kurt Berndt ustalał z księgi numery cel, po czym dozorcy pomocniczy wyciągali aresztantów z cel, każąc im schodzić po żelaznych schodach na parter budynku więziennego.

Tam musieli ustawić się w rzędzie po lewej stronie sieni, patrząc od strony wejścia. Otto Hirschfeld każdego z osobna oglądał sobie dokładnie, komenderując przy tym: "wachmistrz rozstrzelać" lub "wachmistrz odprowadzić do celi". Następnie policjanci przeprowadzali wyznaczonych do egzekucji na tylne podwórze i tam ich rozstrzeliwali. Tylne podwórze nie było oświetlone, wobec czego posługiwano się dla oświetlenia terenu kieszonkowymi latarkami.

Tempo, w którym Otto Hirschfeld prowadził egzekucje było tak szybkie, że Kurt Berndt nie nadążał z odkreślaniem nazwisk zabitych w księdze ewidencyjnej. Również Hans Jahnz nie mógł nadążać ze swoją listą. Kiedy zwrócił na to uwagę, Otto Hirschfeld oświadczył: "to jest wszystko jedno, nie chodzi o jednego mniej lub więcej Polaka". Kiedy po schodach z pierwszego piętra schodzili nowi aresztanci, Otto Hirschfeld strzelił do jednego z nich w momencie, gdy ten przechylał się przez poręcz. Aresztowany spadł z łoskotem na posadzkę parteru zalany krwią. Ponieważ jeszcze żył,

Otto Hirschfeld wydał rozkaz, aby wyniesiono go na zewnątrz budynku i dobicia go. Rozkaz został wykonany. Ponieważ po zabitym na posadzce zebrała się duża kałuża krwi, Otto Hirschfeld rozkazał znajdującemu się w kolejce do rozstrzelania polskiemu aptekarzowi - Teofilowi Reszce, aby ten zdjął swoją marynarkę i wytarł zakrwawioną posadzkę, zaznaczając przy tym, aby wycirał wewnętrzną stroną marynarki. Potem rozkazał, aby go rozstrzelano.

W momencie kiedy Otto Hirchfeld znajdował się na drugim końcu sieni, wyprowadzono z celi przewodniczącego Polskiej Partii Socjalistycznej w Inowrocławiu - Stanisława Kiełbasiewicza. Ten obywatel w okresie międzywojennym występował często przed sądem w obronie interesów robotników i podburzał ich przeciwko swoim pracodawcom. Podobne procesy prowadził przeciwko Hansowi Jahnzowi. Dlatego też Hans Jahnz podszedł do niego i krzyknął: "tego ja biorę na siebie, ty oszuście, kradłeś z kieszeni biednych ludzi pieniądze", a potem swoim pistoletem uderzył Stanisława Kiełbasiewicza w głowę. Kiedy ten upadł, Hans Jahnz szybko nakazał mu wstać i ponownie uderzył go pistoletem w głowę. Przyglądający się temu Otto Hirschfeld, widząc, że włosy Stanisława Kiełbasiewicza zostały rozwichrzone wskutek uderzeń pistoletem w głowę zapytał, czy nie ma nożyc, aby aresztantowi obciąć włosy. Wobec braku nożyc, Hans Jahnz obciął mu włosy scyzorykiem (według zeznań licznych świadków został oskalpowany), a następnie osobiście zastrzelił Stanisława Kiełbasiewicza na tylnym podwórzu.

Trzeba tu koniecznie dodać, że Stanisław Kiełbasiewicz nie figurował na liście osób wyznaczonych do egzekucji. Został w więzieniu osadzony przez "gestapo" i miał być urobiony na szpicla.

W następnej kolejności Hans Jahnz zastrzelił osobiście w sieni właściciela majątku ziemskiego w Tucznie - Stanisława Wichlińskiego. Przyczyną było to, że Stanisław Wichliński w 1919 roku doprowadził do internowania ojca Hansa Jahnza i zle potraktował jego matkę, kiedy starała się u niego i jego rodziny o zwolnienie męża z internowania.

Ta "nocna akcja", jak nazywał ją Otto Hirschfeld, wydawała mu się w dalszym ciągu za bardzo powolną. Zarządził wówczas natychmiastowe otwarcie wszystkich cel i szybkie sprowadzenie wszystkich aresztantów na parter więziennego budynku.

W tym czasie w celach znajdowało się ponad 300 osób, dlatego też Petermann, który pomagał  przy sprowadzaniu aresztantów na parter obawiał się, że w więzieniu może dojść do buntu aresztantów. Dlatego też Paul Petermann zarządził (nie zauważył tego Otto Hirschfeld), aby częśc aresztantów wróciła do swoich cel. Nakazał on również Kurtowi Berndtowi, aby w żadnym wypadku nie otwierał więziennych cel. Ponadto, dozorca więzienny Jurgen Schlemme ustawił się na stanowisku korytarza na 3 piętra z dobrym obstrzałem w razie ewentualnego buntu aresztantów. Dzięki temu zarządzeniu nie zostały otwarte cele, gdzie w jednej z nich osadzonych było 26 polskich nauczycieli, a w drugiej, tzw."celi śmierci" znajdowało się około  14, specjalnie obciążonych Polaków.

O ile dotąd Otto Hirschfeld w całym szeregu wypadków nie trzymał się spisu na przywiezionej z "Landratury" liście, o tyle o tej pory działał wyłącznie według własnego uznania. Aresztantów w dalszym ciągu sprowadzano w większych grupach z górnych pięter na parter i ustawiano w szeregach. Otto Hirschfeld w dalszym ciągu lustrował każdego z aresztantów z osobna, pytając o zawód i stosunki rodzinne. Jeśli okazało się, że był to robotnik, to wtedy regularnie zarządzał jego zwolnienie. Jednak przedtem nakazywał, aby każdemu z nich wymierzać chłostę cielesną w ilości do 50 razów. Chłostę tę, na jego rozkaz wykonywali więzienni dozorcy pomocniczy w małym bocznym korytarzyku na parterze więziennego budynku. Aresztańci musieli wówczas kłaść się na ławkę, lub w jej poprzek, a wtedy chłostę wykonywano za pomocą pałki gumowej lub kija bambusowego. Natomiast aresztanci, należący do sfery inteligencji polskiej na rozkaz Otto Hirschfelda byłi z reguły rozstrzeliwani. Tylko okazyjnie zdarzało się, że jeden z aresztantów polskiej inteligencji został przez Otto Hirschfelda zwolniony. Na przykład Jan Chmiel - nauczyciel z Gniewkowa, znany jako prawdopodobnie wróg Niemców. Mieszkańcy Gniewkowa nawet po pewnym czasie składali zażalenie na to, że został zwolniony.

Z ustawionych w szeregu aresztantów w pewnej chwili Otto Hirschfeld zauważył hrabiego Edwarda Ponińskiego z Kościelca Kujawskiego i studenta Romana Feilla. Wtedy nakazał wachmistrzowi Paulowi Petermannowi i policjantowi o nazwisku Huber, aby odesłali oni tych dwóch aresztantów do więziennej kancelarii. Tam zadał Edwardowi Ponińskiemu pytanie, czy jest gotowy, aby swój cały majątek podarować na rzecz powiatu inowrocławskiego. Kiedy ten wyraził zgodę, Otto Hirschfeld podyktował jednemu z policjantów napisanie pisma o następującej treści: "hrabia Poniński niniejszym rezygnuje ze swych posiadłości na rzecz powiatu inowrocławskiego". Dalej, Otto Hirschfeld zapytał hrabiego Edwarda Ponińskiego, czy go kocha czy też nienawidzi. Kiedy Edward Poniński odpowiedział, że nie ma nic przeciwko niemu, Otto Hirschfeld go spoliczkował, krzycząc przy tym: "wy macie mnie nienawidzieć". Wtedy Edward Poniński odrzekł, że teraz go nienawidzi.

Następnie Otto Hirschfeld rozpoczął rozmowę z Romanem Feillem na temat zrzeczenia się majątku jego ojca również na rzecz powiatu inowrocławskiego. Kiedy Roman Feill się zgodził, sporządzono również dla niego odpowiednie pismo. Roman Feill podpisał te pismo i natychmiast został zwolniony z więzienia. Kiedy Paweł Petermann zapytał, czy teraz również można zwolnić do domu hrabiego Edwarda Ponińskiego, Otto Hirschfeld zarządził, aby znowu porozmawiać z nim. Wcześniej kilka słów zamienił z robotnikiem, który był aresztantem, a wcześniej pracował w majątku hrabiego Edwarda Ponińskiego.

W czasie kolejnej rozmowy z hrabią, Otto Hirschfeld zapytał go ile zapłaci za życie swojego robotnika. Kiedy hrabia oświadczył, że za komunistę nie zapłaci nic, został przez Otto Hirschfelda zwymyślany i dostał 5 minut czasu, aby zmienić zdanie. W tym samym czasie Fritz Rolle powiedział, że robotnik winien mieć dla hrabiego wysoką cenę. Po upływie czasu danego hrabiemu Edwardowi Ponińskiemu do namysłu, wtedy ten odpowiedział: "zabraliście mi wszystko, mam przy sobie tylko 20 złotych i tyle mogę dać". Wtedy rozwścieczony Otto Hirschfeld krzyknął: "co tylko 20, dla ciebie tyle jest warte ludzkie życie? w ten sposób wychowaliście waszych robotników na komunistów", po czy rozkazał natychmiast Edwarda Ponińskiego rozstrzelać.

Dla dalszego przyspieszenia  akcji, Otto Hirschfeld zastosował kolejną metodę. A mianowicie do stojących w szeregu aresztantów komenderował: "robotnicy wystąp". Kiedy ci wystąpili z szeregu, kazał ich natychmiast wypuścić z więzienia, nie sprawdzając ich nazwisk i czy w ogóle należą do stanu robotniczego. Tego typu metoda i zwalnianie z więzienia nie podobała się Hansowi Jahnzowi. Wtedy to, stając na baczność Otto Hirschfeld wypowiedział te słowa: "dowódco roty Jahnz, daję wam służbowy rozkaz trzymać się ściśle moich zarządzeń, ja kieruję akcją i ponoszę za nią całkowitą odpowiedzialność".

Po tych słowach wyznaczeni przez Otto Hirschfelda aresztańci zostali zwonieni do domu. Przed tem jednak otrzymali karę chłosty. Pozostałych w szeregu aresztantów Otto Hirschfeld pobieżnie przeglądnął, tego i owego pytał o jego zawód, po czym rozkazał ich rozstrzelać. Niektórzy, np. Szczepan Wawrzyniak i jego syn Bolesław (rolnicy z Jaksic), zanim zostali rozstrzelani, musieli godzinę stać twarzą do ściany z podniesionymi do góry rękoma. Do innej znów grupy Otto Hirschfelf strzelał z pewnej odległości, zabijając 2 aresztantów.

Do kolejnego z aresztantów strzelił w jego skroń w momencie, kiedy ten stanął na ostatnim stopniu schodów, które prowadziły z góry do sieni na parterze.

Po każdorazowym wystrzelaniu magazynku pistoletu, Otto Hirschfeld nakazywał Hansowi Jahnzowi, aby ten mu go załadował.

Przy tej całej dzikiej strzelaninie wewnątrz więziennego budynku, tak dozorcy więzienni jak i inni starali się stać za głównymi wykonawcami egzekucji, obawiając się, że zostaną rażeni przez pistoletowe pociski. Otto Hirschfeld przez cały czas gestykulował swoim pistoletem, który był zawsze odbezpieczony. Pewną sprzecznością do jego wyprostowanej i energicznej postawy, był wiszący na nim luzno pas z kaburą do pistoletu.

Pod koniec przyprowadzono z celi śmierci bardzo obciążonych aresztantów, których do końca dozorcy więzienni trzymali pod zamknięciem, ponieważ ze strony tej grupy groził największy bunt. Wtedy Otto Hirschfeld powiedział dozorcom więziennym, że nie będzie już nic mówił, tylko znakami będzie dawał znać, kto ma być rozstrzelany, a kto ma wrócić do celi. Kciuk opuszczony w dół miał oznaczać śmierć, a skierowany do góry powrót do celi.

16 aresztantów z celi śmierci ustawiono po prawej stronie korytarza na pierwszym piętrze, a Otto Hirschfeld oglądał każdego z nich przenikliwym wzrokiem. Jeden z aresztantów tę przenikliwą siłe wzroku wytrzymał. Wobec niego Otto Hirschfeld skierował kciuk do góry i został on odprowadzony do celi, natomiast pozostałych wyprowadzono na podwórze i rozstrzelano.

 

Około godziny 4:00 ( poniedziałek; 23.10.1939r.) Otto Hirschfeld na propozycję Hansa Jahnza wyraził gotowość do przerwania egzekucji. Pozostali jeszcze o tej porze w sieni na parterze aresztanci zostali odesłani do swoich cel na pierwszym piętrze. Przy tej okazji Otto Hirschfeld skierował swój pistolet w kierunku wchodzących po schodach aresztantów, krzycząc do nich: "może byście tak biegli, wy świnie".

Następnie Otto Hirschfeld, Hans Jahnz, Herbert Krause, Paul Petermman, Fritz Rolle i inni więzienni dozorcy udali się do kancelarii więziennej w budynku administracyno-dozorczego. Tam zaparzono sobie kawę i palono papierosy. Tam też Otto Hirschfeld oświadczył kolejny raz wszystkim, że przeprowadzana akcja była legalna, ponieważ otrzymał taki rozkaz od naczelnego wodza SS (Himmlera). Ponadto zobowiązał wszystkich obecnych, aby nikomu o tym wydarzeniu nie mówić. Po chwili zadzwonił telefon (prawdopodobnie dzwonił porucznik Faust). Otto Hirschfeld sam podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę i w trakcie krótkiej rozmowy oświadczył, że akcję przeprowadził osobiście i że była ona legalna.

Po kilkunastu minutach, Paul Petermman z kilkoma innymi Niemcami opuścili więzienną kancelarię i poszli na tylne podwórze, aby się przekonać, czy wszyscy rozstrzelani nie żyją. Oświetlali ręcznymi latarkami wszystkich po kolei leżących rozstrzelanych. Czterech jeszcze dawało znaki życia, więc ich dobili.

Przy okazji wypowiedzieli takie słowa: "po niemiecku powiedziawszy, cała ta sprawa pachnie świniarnią".

Około godziny 4:45, szofer Herbert Krause wsiadł do samochodu, aby odwieść głównych sprawców mordu do ich domów.

Kiedy Hans Jahnz dotarł do Palczyna, na jego spotkanie wyszła panna Dagmara Natzmer i zapytała co się działo. Hahs Jahnz odpowiedział: "jestem niesamowicie zmęczony i było niesamowite świństwo".

Po obudzeniu się powiedział jeszcze, że Otto Hirschfeld tylko wyciągał i wyciągał ludzi z celi, do tego stopnia, że on nie mógł nadążyć z listą.

Około godziny 7:00 do "Landratury" przybył kierownik powiatowy "Selbstschutzu" - Hans Ulrych Hempel i natychmiast wszedł do pokoju, w którym spał Otto Hirschfeld i zauważył na stole listę. Obudził go i zapytał w jaki sposób te dokumenty znalazły się w jego pokoju. Na to Otto Hirschfeld tak mu odpowiedział: "świństwo jest załatwione i wszyscy zostali rozstrzelani".

Hans Ulrych Hempel odniósł wrażenie, że Otto Hirschfeld jest jeszcze pod wpływem alkoholu i natychmiast o tym fakcie powiadomił swego przełożonego -Ludolfa von Alvenslebena. Ten tak się zdenerwował, że byłby kazał natychmiast OttO Hirschfeda rozstrzelać, gdyby nie był obywatelem rzeszy.

Również Hans Jahnz odwiedził tego samego dnia Otto Hirschfelda. Zastał go jednak w przygnębionym nastroju. Otto Hirschfeld uznał jednak, że całą tą sprawę uda się utrącić. Jednak już następnego dnia w nastroju prawie rozpaczliwym stwierdził, że za całą tą sprawę może przypłacić życiem i kołnierzem. Inowrocławskie gestapo wystąpiło do niego z ciężkimi pretensjami o to, że kazał rozstrzelać Stanisława Kiełbasiewicza, którego ponoć mieli zamiar urobić sobie na szpicla.

 

Ocalałym aresztantom, których z samego rana użyto do usuwania z podwórza więziennego trupów, przedstawił się straszny widok. Na więziennym podwórzu leżało w kałużach krwi, bez odzieży lub tylko w bieliznie 56 ciał - najordynarniej pomordowanych polskich obywateli miasta i powiatu.

Zwłoki zamordowanych przewieziono następnie wozami konnymi za mury więzienne i zakopano w pozostawionych jeszcze byłych rowach przeciwlotniczych (obecnie ul. Al. Kopernika).

W tę "makabryczną noc", oprócz Otto Hischfelda i Hansa Jahnza, Polaków mordowali, lub byli przy tym obecni: Paul Petermann, Fritz Rolle, Herbert Krause, Wilhelm Draeger, Jurgen Schlemme, Kurt Berndt, Eryk Schode, Romer, Schreiber, Hempel, Altenburg, Rosenstiel, Nurnberg, Schweigert, Stanczewski, Behrent, Schmidt, Kuhn, Langner, Peigert, Setny i Sudikatus.

Informacje o zbrodni w inowrocławskim więzieniu szybko dotarły na zachód Europy. Opis wydarzeń przedstawiło francuskie radio w Strasburgu i Tuluzie, a dalej "Polskie Radio" w Londynie. Tę zbrodnię przedstawił również na forum "Izby Gmin" w Londynie premier Wielkiej Brytanii - Winston, Leonard Churchill.

Natomiast "Namiestnik Kraju Warty" -

gauleiter SS-Obergruppenfuhrer Artur Karl Greiser, obawiając się zbrojnej reakcji ludności polskiej w Inowrocławiu, odwołał Otto Kristiana Hirschfelda ze stanowiska inowrocławskiego landrata, a mieście wzmocnione zostały siły wojskowe i policyjne. Artur Karl Greiser interweniował nawet w niemieckim "Ministerstwie Spraw Wewnętrznych" w obronie Otto Hirschfelda, starając się nie dopuścić do rozprawy sądowej, a jedynie zastosować wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Artur Karl Greiser stwierdził między innymi, że Otto Kristian Hirschfeld zobowiązał się przez 10 lat nie pić alkoholu.

 

W kilka miesiecy po tej ohydnej zbrodni - Otto Kristian Hirschfeld i Hans Ulrych Janhz zostali aresztowani i osadzeni w areszcie śledczym, a potem w więzieniu w Poznaniu, gdzie oczekiwali na swój proces karny i orzeczenie wyroku.

Wyrok został wydany 23 lipca 1940 roku (poniżej oryginalna i przetłumaczona pełna jego treść).

 

WYROK

W Imieniu Narodu Niemieckiego!

4 Sond. Is. 92/40

         W sprawie karnej przeciwko:

  1. Rolnikowi w sł. cz. Ottonowi Kristianowi Hirschfeld, ur. 17 sierpnia 1909 r. w Paderborn, żonaty, wyznania ewangelickiego, poprzednio nie karany, od 19 marca 1940 w tej sprawie w areszcie śledczym, obecnie w więzieniu w Poznaniu.
  2. Rolnikowi Hansowi Ulrychowi Jahnz, ur. 14 września 1904 r. w Pałczynie, poczta Nowa Wieś Wielka, pow. Inowrocław, żonaty, wyznania ewangelickiego, poprzednio nie karany, od 10 czerwca 1940 w tej sprawie w areszcie śledczym, obecnie w więzieniu w Poznaniu,

          za zabójstwo.

 

          Sąd specjalny I w Poznaniu na rozprawie odbytej dnia 23 lipca 1940, w której brali udział:

jako przewodniczący: dr Unterhinninghofen - radca sądu apelacyjnego,

jako wotanci: Jancke - radca sądu okręgowego i Jaeger - radca sądu grodzkiego,

jako oskarżyciel publiczny: nadprokurator Frantz z Inowrocławia,

jako protokolant: Muskalla - st. sekretarz sądu,

          orzekł:

Oskarżonego Jahnza uniewinnia się od oskarżenia.

Oskarżony Hirschfeld winien zabójstwa w 56 wypadkach i za to zostaje skazany na łączną karę ciężkiego więzienia na 15 lat. Równocześnie pozbawia się go praw honorowych i obywatelskich na przeciąg 10 lat. Odbyty w związku z tą sprawą areszt śledczy w wysokości 4 miesięcy zalicza się.

Koszta wynikłe z postępowania sądowego w wypadku uwolnienia oskarżonego  ponosi skarb państwa, natomiast obciąża się nimi ukaranego oskarżonego.

 

Tu należy dodać, że powyższy stan faktyczny I Sąd Specjalny w Poznaniu stwierdził na podstawie zeznań złożonych pod przysięgą przez następujących świadków: Dagmarę Natzner, Herberta Kausego, Pawła Petermanna, Fritza Rollego, Jerzego Schlemmę, Wilhelma Draegra, Kurta Berndta, Eryka Schodego, Hansa Ulrycha Hempla i restauratora Józefa Notki, łącznie z zeznaniami oskarżonych.

Uzasadnienie wyroku I Sądu Specjalnego

z dnia 23 lipca 1940 roku.

 

         Oskarżony Hirschfeld podaje, że w czasie tych zajść był pijany i, że zajścia przypomina sobie jak przez mgłę i bez ciągłości. Nie wie co pito w Pałczynie, również nie pamięta, że nie wypuszczał z ręki butelki z wódką i, że sam sobie kilkakrotnie z niej nalewał. Ponadto nie przypomina sobie rozmów na temat Gierkego i ekshumacji 28 VD (volksdeutschów). Nie może sobie uprzytomnić tego, że nagle powziął zamiar pojechać do więzienia i że obie kobiety starały się odwieść go od tego zamiaru. Również nie pamięta, że przedtem wysiadał przed starostwem. Przypomina sobie natomiast opowiadania Jahnza w Pałczynie o zastrzeleniu leśniczego i to jak rozwodził się nad swoimi planami co do zorganizowania NSDAP w powiecie inowrocławskim. Jak przez mgłę "tak określił dosłownie" przypomina sobie zajście w jakimś mieszkaniu, widocznie w sądzie lub w więzieniu, tak, że nie może podać nic dokładniejszego na ten temat. Z wypadków jakie rozegrały się na frontowym podwórzu więzienia przypomina sobie jako pierwszy to, jak Gierke stał przed nim. Na pewno nazwał go zdrajcą i zastrzelił własnoręcznie. Potem przypomina sobie dopiero 4 nauczycielki, które wygnał z więzienia. Przypomina sobie, że widział w gmachu więziennym ustawiony szereg ludzi, natomiast nie przypomina sobie, co robił z poszczególnymi ludzmi. Hrabiego Ponińskiego przypomina sobie jak przez mgłę z nazwiska. Przypomina sobie, że w końcu sprowadzono pewną grupę ludzi o specjalnym charakterze.

Oskarżonemu wytknięto, że w czasie opowiedzialnego przesłuchania w sądzie 5-tej dywizji pancernej dnia 14.03.1940r. nie powoływał się na to, że był pijany oraz, że w czasie przesłuchania do dnia

10.05.1940r. przez prokuratora Frantza, jako przedstawiciela władzy oskarżającej znacznie wyrażniej i obszerniej zeznawał. Na to oskarżony odparł, że wówczas jeszcze sobie przypominał jak w Pałczynie powziął decyzję wykonania egzekucji jeszcze tej nocy wskutek rozmów prowadzonych o terrorze i rabunkach. Zeznawał dalej, że wyruszyli około godziny 24, że zabrali listę ze Starostwa, że mieli jakieś zajście przed drzwiami, potem w mieszkaniu dozorcy, w trakcie którego pobito dozorcę, przy czym żona dozorcy prosiła, aby go zostawić w spokoju. Dalej, że w więzieniu strzałem w głowę zabił Gierkego. Dalej, że wydał warcie składającej się z dwóch urzędników policji rozkaz, by sprowadzali wyczytanych z listy Polaków i pojedyńczo ich rozstrzeliwali. Dalej, że wkrótce potem sprowadzono dalszych urzędników policji do pomocy. Że druga część wypadków rozegrała się w gmachu więziennym. Że cały szereg ludzi stawiano pod ścianą. Że kandydatów na śmierć wybierano na początku według listy. Że urzędnicy wyznaczonych ludzi wyprowadzali i rozstrzeliwali. Że zwolnił z więzienia większość aresztowanych, w tym cztery nauczycielki, i że przedtem kazał zwonionym wymierzyć chłostę. Że pomiędzy zwolnionymi znajdował się właściciel majątku Roman Feill czy coś podobnego, i że wymienionego uważał za VD. Że Jahnz osobiście zabił 2 czy 3 osoby. Że w końcu sprowadzono jeszcze

20-25 ludzi. Że na wartowni podkreślał prawność rozstrzeliwań, gdyż lista była aprobowana przez naczelnego wodza SS (Himmlera). Kiedy oskarżonemu Hirschfeldowi powyższe dane wytknięto, oświadczył, że przy ówczesnym przesłuchaniu zeznania swoje prawdopodobnie uzupełnił szczegółami, które już póżniejszym terminie w toku rozmów słyszał. Ponadto podaje, że selbstschutz - organizacja partyjna i państwowa - jemu staroście był podporządkowany. Że miał upoważnienie i uprawnienie do wykonania egzekucji, w tej samej mierze, jak przeprowadzenie rozpraw dorażnych we własnym zakresie. Że miał również prawo wprowadzać zmiany na liście już po zapadnięciu decyzji SS-Oberfuehrera Alvenslebena. Że w sobotę sprawdzał ponownie listę, po otrzymaniu jej od Hempla. Że dlatego zastrzegł sobie skreślenie z niej kobiet, ponieważ nie zgadzał się z rozstrzelaniem ich. Po czym miał zamiar natychmiastowego wykonania egzekucji na przyszły tydzień wobec wyjazdu na urlop ludzi z SD. Oskarżony Hirschfeld podtrzymywał ten stan faktyczny, kiedy mu wytknięto, że w czasie przesłuchania przez sąd wojenny określił zorganizowany przez Alvenslebena - selbstschutz, jako samodzielny organ wykonawczy, a w odniesieniu do listy stwierdził, że cała ta sprawa nic go nie obchodziła. Zresztą oskarżony Hirschfeld tłumaczył się tym, że wskutek wyczerpującej pracy w Sudetach

i w Inowrocławiu poważnie ucierpiał fizycznie i nerwowo i dlatego w tym czasie często używał alkoholu, jako środka znieczulającego. Ponadto od zdania egzaminu asesorskiego nie korzystał z urlopu i tak w Sudetach, jak i w Inowrocławiu żył w największym napięciu. Rano, po czynie, przekonał się z przerażeniem, że kazał rozstrzelać ludzi, którzy na liście nie figurowali. Wprawdzie wiedział, że Gierke na liście nie figurował, jednak aresztowano go za czasów pobytu oskarżonego w Mogilnie i odstawiono do więzienia w Strzelnie. Już w Inowrocławiu dowiedział się, że Gierkego przeniesiono do Gniezna. Wobec tego po uzgodnieniu z dr Kolzowem przeprowadził przeniesienie Gierkego do Inowrocławia przy pomocy SD. Gierke miał być załatwiony już w drodze. Jednak ze względu na ciężkie obciążenie, postanowił "osobę jego włączyć do akcji".

Sąd na podstawie przewodu dowodowego nabrał przekonania, że oskarżony Hirschfeld nie był beznadziejnie pijany w czasie zajść. Oskarżony od chwili powzięcia decyzji do "akcji" zamiar swój wykonał jasno i dążył prosto do wytkniętego celu. Okazał przy tym pewnego rodzaju przezorność i obliczenie. I tak już w Pałczynie wykorzystał wszystkie momenty, które wg. mniemania rozsądnie działającego człowieka najlepiej skutkowały, by oskarżonego Jahnza spowodować do zmiany przekonania i do wyjazdu. Mianowicie najpierw starał się w przyjacielski sposób namówić Jahnza, przeszedł następnie do tego, że na szalę rzucił swój autorytet jako starosta i dowódca SA, aby móc wydać rozkaz do udziału, wreszcie przygwożdził wahającego się Janhza tym, że wobec jego żony zarzucił mu tchórzostwo. W pełni świadomości tego, że urzędnicy policji pełniący służbę w więzieniu jemu nie podlegają bezpośrednio, oświadczył im kilkakrotnie kłamstwo, że istnieje rozkaz naczelnego dowódcy policji i naczelnego wodza SS, i że on od niego otrzymał zlecenie. Wszystko to uczynił widocznie w tym celu, by ewentualnie rodzące się zastrzeżenia tych urzędników z góry wykluczyć.

O przezorności jego świadczył rozkaz sprowadzenia dalszych

4-6 policjantów. To zarządzenie mogło być wynikiem jedynie przekonania, że obecni dwaj policjanci w żadnym wypadku dla przeprowadzenia takiego obszernego zamiaru nie wystarczą. Dowodem zastanowienia się jest wypuszczenie na wolność

4 nauczycielek o tyle, że rozstrzelanie tych kobiet nie jest dostatecznie usprawiedliwione i w przeciwieństwie do decyzji wydanej przez SS-Oberfuehrera Alvenslebena i na podstawie tych właśnie rozważań wydał wówczas odpowiednie zarządzenie. Ponadto konsekwencja, z którą postępował w czasie zajść zwalniając z zasady aresztowanych stanu robotniczego,

a strzelając, bądż osobiście, bądż też każąc rozstrzeliwać należy do sfer inteligencji, dowodzi, jak prostolinijnie do wytkniętego celu dążył. Te chociażby rozważania są bezsprzecznym dowodem ma to, że oskarżony Hirschfeld nie był pijany do nieprzytomności. Wydaje się jako rzecz wykluczona, by sprawca w stanie absolutnej utraty przytomności umysłu mógł tak działać.

Obserwacje świadków potwierdzają tylko to stwierdzenie. Według zeznań świadka p. Natzmer, oskarżony Hirschfeld wprawdzie się trochę zataczał, jednak zachował zupełnie pewną postawę. Według jej zdania był nieco zalany, jednak nie był pijany do utraty przytomności. Świadek Krause w czasie przebiegu zajść zewnętrznie nic u oskarżonego nie zauważył. Również w sposobie mówienia nie zdążył Krause zauważyć żadnych zmian. Według jego zeznań oskarżony Hirschfeld jedynie trochę się zataczał, kiedy w Pałczynie wsiadał do samochodu. Ponadto wewnątrz wozu czuć było alkohol, co świadek stwierdził póżniej. Wyciągnął stąd wniosek, że oskarżony Hirschfeld trochę był podchmielony. Wszyscy urzędnicy policji i więzienia stwierdzili, że Hirschfeld nadzwyczaj pewnie, zdecydowanie i energicznie postępował. Wszyscy bez wyjątku po jego celowym działaniu nabrali przekonania, że oskarżony Hirschfeld w żadnym wypadku nie był pijany do utraty przytomności.

Świadek Rolle w ogóle uważał go za trzeżwego. Świadek Petermann na początku uważał, że jest nieco podchmielony, doszedł jednak do przekonania, że stan ten potem zupełnie minął.

Według zeznań świadków: Schlemma, Schodego, Draegera i Berndta, oskażnony nie zawsze chodził pewnie i od czasu do czasu nieco się zataczał. Stąd świadek Draeger wywnioskował, że oskarżony "mocno był podpity", gdy pozostali świadkowie uważali go za "trochę podpitego" lub "w ogóle podpitego".

Aczkolwiek dla sądu wnioski końcowe wyciągnięte przez świadków nie są miarodajne, to należy jednak zawsze wziąć pod uwagę to, że nie można przede wszystkim urzędnikom policji zaprzeczyć pewnej zdolności wydawania sądu na temat pijaństwa, chociażby na podstawie ich długoletnich doświadczeń w służbie.

Ocena świadków pokrywa się wreszcie z orzeczeniem radcy zdrowia, dr Tielinga - dyrektora Miejskiego Urzędu Zdrowia w Poznaniu, którego przesłuchano jako rzeczoznawcę. Badał on oskarżonego Hirschfelda 18 lipca 1940 roku w więzieniu i na rozprawie głównej wydał swoje orzeczenie tej treści, że oskarżony w czasie czynu nie mógł znajdować się w stanie patologicznego zamroczenia. Przyjąć jednak trzeba tak silny wpływ alkoholu, że spowodowało to pewne przyćmienie umysłu, które znacznie ograniczało zdolność oskarżonego do rozpoznawania niedozwolonego czynu i do działania zgodnie z tym przeświadczeniem. Cały przebieg dokonanego czynu, jego celowość i logika działania oskarżonego Hirschfelda nie pozwalają na ustalenie patologicznego stanu zamroczenia. Osoba silnie podpita nie umiałaby uderzyć nogą w brodę inną stojącą osobę oraz nie mogłaby używać pistoletu z taką precyzyjnością.

Sąd zadał rzeczoznawcy pytanie: "czy częściowe luki w pamięci

u oskarżonego Hirschfelda nie pochodzą od przyćmienia umysłu w pewnych okresach czasu". Na to rzeczoznawca oświadczył, że:

"w danych rozmiarach nie można stanowczo wyciągać odpowiednich wniosków, co do braku woli, które świadczyły by o istnieniu luk pamięciowych, gdyż konsekwentne i logiczne dokonanie czynu nawet w okresach luk pamięciowych nie pozwala na przyjęcie braku woli nawet w tych okresach". Zresztą rzeczoznawca jest też zdania, że różne przypadki towarzyszące czynowi pozwalają przypuszczać, że chodzi tu raczej o lekki stan sadyzmu, a poza tym rozgoryczenie oskarżonego Hirschfelda z powodu terroru Polaków urosło do takich rozmiarów, że spożyty alkohol usunął ostatnie hamulce.

Sąd po tych wynikach przewodu dowodowego wziął orzeczenie rzeczoznawcy, który zgodnie ze swym oświadczeniem długie lata poświęcał się psychiatrii i wykazać się może ponadto długoletnią praktyką sądową, o tyle pod uwagę i przyszedł do przekonania, że w czasie popełnienia czynu jasny pogląd oskarżonego Hirschfelda wskutek działania alkoholu w sensie par.51 Abs. St.G.B. był znacznie przytłumiony i mianowicie do tego stopnia, że wprawdzie nie tyle przytłumiona była zdolność jego rozpoznawania niezwykłości czynu, ile osłabiony był w znacznym stopniu czynnik hamujący.

Wprowadzenie w bład urzędników policji twierdzeniem, że działa w imieniu naczelnego wodza SS, szefa niemieckiej policji, stwierdzenie, że ponosi całkowitą odpowiedzialność za tę akcję, ponadto jego na ogół pewne siebie i zdążające do wytkniętego celu zachowanie wskazują wyrażnie na to, że zdawał sobie sprawę z popełnionego czynu. Natomiast możnośc wpływania na jego wolę przez rozsądną rozwagę była znacznie zmniejszona, czego dowodem np. jego zachowanie wobec usiłowań kobiet w Pałczynie, aby go odwieść od jego zamiaru, jego oświadczenie, że nie cierpi sprzeciwu wobec zarządzanych przez siebie zwalniań. W tym wypadku należało ostąpić od zastosowania par. 51 Abs. I St.G.B., na który tak oskarżony jak i obrona się powołują.

Na podstawie przewodu dowodowego i zeznań oskarżonego Hirschfelda sąd przyszedł zresztą do przekonania, że wymieniony ani nie był uprawniony do przeprowadzenia tej akcji, ani nie mógł się uważać za uprawnionego, i że ponadto sam nie wierzył w prawne podtawy swego działania. Inna rzecz, czy oskarżony Hirschfeld, jak sam twierdził był upoważniony z tytułu swej funkci jako starosta do przeprowadzania dorażnego postępowania przeciw Polakom, nawet w pierwszych tygodniach rozpoczynającej się organizacji administracji w stosunkach częściowo nieuporządkowanuch na terenach wschodnich już obsadzonych, jednak niewłączonych.

Sąd, któremu aż nadto znane są trudne stosunki w pierwszych miesiącach po obsadzeniu wojska, nie zaprzecza, że w tych chwilach pewne zarządzenia podyktowane potrzebami rzeszy uznane być musiały jako konieczne. Prawidłowość, względnie sprzeczność z prawem tych zarządzeń nie można było oceniać według podstawowych pojęć prawa karnego, gdyż były usprawiedliwione koniecznością przeprowadzenia celów Fuehrera, aby odzyskać nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie starą ziemię niemiecką.

Pod to możnaby podciągnąć, wychodząc z pewnych założeń, również i pewne uprawnienia starosty do przeprowadzenia postępowania dorażnego. W żadnym jednak wypadku nie dawało to wolnej drogi do jakiejkolwiek samowoli. A była to najczystszej wody samowola, gdy oskarżony Hirschfeld aresztowanych i niefigurujących na liście bez wyboru rozstrzeliwał i rozstrzeliwać kazał, bez sprawdzenia winy aresztowanych, nawet nie wiedząc, co im zarzucono, bez sprawdzenia, w trybie, który zasługiwałby na miano "postępowania dorażnego". Nie wymaga dalszego wyjaśnienia, że oskarżony Hirschfeld świadom był nielegalności swego czynu. Jeżeli chodzi o obiektywną lub subiektywną ocenę rozstrzeliwań sprzecznych z prawem, trzeba przede wszystkim stwierdzić co następuje. Kiedy oskarżony 27 września 1939 roku przybył do Inowrocławia, to Selbstschutz przeprowadzał już dorażne postępowania. Oskarżony Hirschfeld wiedzią, że Selbstschutz jest samodzielnym organem wykonawczym pod dowództwem SS-Oberfuehrera Alvenslebena z Bydgoszczy. Gdyby nawet oskarżony nie wiedział, że SS-Oberfuehrer Alvensleben zastrzegł sobie ostateczną decyzję co do losu umieszczonych na liście aresztowanych, to jednak wiedzieć musiał, że w tej liście, o której mowa, Alvenslebenowi przysługiwała ostateczna decyzja, i że ją wykonywał. Do tych wszystkich faktów oskarżony Hirschfeld w czasie przesłuchania przez sąd wojenny przyznał się. Jeżeli w czasie rozprawy głównej zmienia swój punkt widzenia, to sąd jego wywodom na tyle wiary dać nie mógł.

Świadek Hempel potwierdził zeznania oskarżonego Hirschfelda przed sądem wojennym i oświadczył, że Hirschfeld w żadnym wypadku nie był upoważniony do wkroczenia w kompetencje Selbstschutzu i do przeprowadzenia egzekucji na własną rękę. Omawiani aresztowani byli aresztantami Selbstschutzu. Czyn oskarżonego był "pierwszym dużym świństwem, które się zdarzyło". Dalsze przeprowadzenie postępowania po uzyskaniu decyzji SS-Oberfuehrera Alvenslebena należała wyłącznie do niego i do dr Kolzowa. Przesunięcie terminu egzekucji na przyszły tydzień z powodu nieobecności ludzi z Selbstschutzu nie zarządził oskarżony, lecz dr Kolzow. Oskarżony Hirschfeld w tej materii nie miał nic do roboty. Również starosta Zulch jakoświadek złożył oświadczenie tej treści, że w żadnym wypadku nie uważał by siebie za upoważnionego do wykonywania rozstrzeliwań na podstawie listy. Gdyby taka lista dostała się do jego rąk, przekazał by ją powiatowemu kierownikowi Selbstschutzu, określającjako "mylnie do niego skierowaną", a za tem tym samym ustalono bezprawność sprawy "akcji" na podstawie listy.

Oskarżony Hirschfeld świadom był swego nieprawnego działania. Wystarczającym dowodem tego poza już podanymi powodami są własne zeznania przed sądem wojennym, że właściwie sprawa ta nic go nie obchodziła, w szczególności zaś fakt, że w więzieniu wobec urzędników policji stale powoływał się na rzekomo przez naczelnego wodza SS udzielony rozkaz. Nie widziałby potrzeby do takiego twierdzenia, gdyby się uważał za uprawnionego do zarządzania i przeprowadzania tych rozstrzeliwań we własnym zakresie. To samo dotyczy tych aresztowanych, których wpisywano od czasu do czasu do listy ja jego wniosek. Skoro byłby uważał siebie za upoważnionego, aby tych aresztowanych rozstrzelać na podstawie osobiście przeprowadzonego postępowania dorażnego, nie było przeszkód, by odpowiednio postąpił.

Oskarżony Jahnz bronił się tym, że uważał siebie za zobowiązanego wykonywania rozkazów oskarżonego Hirschfelda. Chociaż sam jest członkiem SS, to jednak w oskarżonym Hirschfeldzie jako

SA- Sturmhauptbannfuehrerze widział swojego przełożonego.

Od 1930 r. nie był w rzeszy. W krótkim czasie swej przynależności do SS-Heimwehr w Gadńsku nie został pouczony o organizacji i granicach zależności poszczególnych związków partyjnych, a w szczególności o stosunku SS do SA. Ponadto nie przeszedł żadnego przeszkolenia. Dzięki temu sprawa właściwości była dla niego niejasna. Poza tym uważał, że jako członek Selbstschutzu jest podporządkowany staroście, tym więcej, że jego legitymacja członkowska Selbstschutzu nosiła służbową pieczątkę starosty inowrocławskiego. Również fakt, że dowództwo powiatowe Selbstschutzu mieściło się w starostwie pozwolił wywnioskować pewną właściwość starosty w sprawach Selbstschutzu. W dodatku oskarżony Hirschfeld był w posiadaniy listy i szereg razy oświadczał przed i w czasie akcji, że naczelny wódz SS listę zatwierdził, i że przeprowadzanie egzekucji jest legalne. Sam wreszcie był tak pijany, że nie zdawał sobie jasno sprawy z tego, że nie potrzebuje wykonywać rozkazów pijanego. W tym stanie, w jakim się znajdował, nie uważał Hirschfelda za pijanego. Również sposób przeprowadzania "akcji" nie dał mu powodu do zastanawiania się. Wskutek terroru i rabunków Polaków był bardzo rozgoryczony i z góry zgadzał się z każdym pociągnięciem w stosunku do Polaków. Przy tym nastawieniu "nie mógł wywołać u niego zdziwienia ten wyjątkowy sposób postępowania". Ponieważ policja wszystkie rozkazy oskarżonego Hirschfelda bez sprzeciwu wykonywała, nie mogła również u niego powstać jakakolwiek wątpliwość co do legalności "akcji".

Wypadki w więzieniu przypomina sobie tylko niedokładnie. Pamięta jeszcze, że byli w mieszkaniu dozorcy, że go zmusili do wpuszczenia do więzienia. Tam oskarżony Hirschfeld klucznikowi VD groził pistoletem. Jako pierwszego zastrzelono Gierkego. Dotąd był przekonania, że on sam go zastrzelił. Zajście z nauczycielkami przypomina sobie jeszcze dokładniej. Zupełnie niezrozumiałe dla niego jest, jakoby miał o jednym z aresztowanych powiedzieć:

"to jest ta świnia, która zastrzeliła mojego leśniczego".

Wtedy jeszcze nie odnaleziono zwłok leśniczego i jego syna. Nawet do dzisiaj nie zna mordercy tychże. Póżniej otwierano cele, spędzano aresztowanych na dół i ustawiano na dolnym korytarzu. Na rozkaz Hirschfelda wyczytywał z list nazwiska odznaczone adnotacją V.A.

i przekazywał aresztowanych policji do rozstrzeliwania. Pamięta również, że osobiście zastrzelił sekretarza P.P.S. - Kiełbasiewicza i właściciela majątku - Wichlińskiego. Kilku rozstrzelanych na tylnym podwórzu dobił. Oskarżony Hirschfeld osobiście zastrzelił chyba dwóch aresztowanych. Pamięta dokładnie jak Hirschfeld zastrzelił jednego aresztowanego na schodach po wywołaniu go po nazwisku i jak inny aresztowany powstałą po tamtym kałużę krwi musiał wycierać. Nie wie jednak, czy zastrzelony ze schodów aresztowany nosił nazwisko, którym go zawołano. Zresztą oskarżony Hirschfeld od czasu do czasu wybierał bez listy aresztowanych ustawionych po drugiej stronie sieni i odsyłał do rozstrzelania. Sam nie zastanawiał się nad tym, jak mógł Hirschfeld wybierać aresztowanych bez listy i czy aresztowani odsyłani na rozstrzelanie rzeczywiście figurowali na liście, czy nie. Wreszcie przypomina sobie zajście z hr. Ponińskim.

W czasie trwania "akcji" nieco otrzeżwiał, a pod koniec jej zupełnie był trzeżwy. Przypomina sobie dokładnie wymianę zdań z oskarżonym Hirschfeldem, kiedy interweniował w sprawie zwalniania. Zwalnianie to uważał za nielegalne. Najchętniej byłby z miejsca pojechał do domu. Poczuwał się jednak do obowiązku pozostania do końca i odtąd parł do tego, aby oskarżony Hirschfeld przerwał "akcję".

Sąd przy ocenie stopnia pijaństwa również przy tym oskarżonym wziął pod uwagę orzeczenie rzeczoznawcy. Uwzględniając okoliczności zbadane przy sprawie oskarżonego Hirschfelda, sąd biorąc pod uwagę orzeczenia rzeczoznawcy, doszedł do przekonania, że oskarżony Jahnz nie był pijany do utraty przytomności, natomiast w znacznej przynajmniej części wypadków był pod znacznym wpływem alkoholu. Sąd nie mógł nabrac przekonania, czy oskarżony Jahnz zdawał sobie sprawę z nielegalności swego czynu.

Rozprawa główna, a w szczególności wywody oskarżonych, jak również zeznania świadka Natzmerówny o osobowości oskarżonego wywołały w sądzie wrażenie, że Jahnz jest prawym i prawdomównym mężczyzną. Przeto wywodom jego, że rzeczywiście wierzył w to, że musi wykonywać rozkazy Hirschfelda, którego z dwóch przyczyn uważał za swojego przełożonego - sąd w zasadzie daje wiarę. Przebieg zajścia i zachowanie oskarżonego Jahnza w pewnych chwilach wskazują na to, że uważał Hirschfelda jako swego przełożonego. Przy uwzględnieniu stopnia pijaństwa należy przyją, że nie zdawał sobie sprawy z ograniczonej poczytalności oskarżonego Hirschfelda. Mógł "akcję" uważać za dopuszczalną, jak długo przestrzegano listę, a w szczególności wobec zapewnień Hirschfelda tak wobec niego jak i urzędników policji. Z drugiej strony nie można było bez zastrzeżeń udowodnić oskarżonemu Jahnzowi, czy miał świadomośc tego, że w pewnym momencie nie trzymano listy. Sądząc po wywodach oskarżonego Hirschfelda tak w Pałczynie, jak i w więzieniu mógł Jahnz przyjąć, że oskarżony Hirschfeld ma zamiar postępować według listy. Kiedy ten jeszcze w Pałczynie mu oświadczył, że jako pierwszy ma być rozstrzelany Gierke, to mógł w zupełności wywnioskować, że ten człowiek również na liście figurował. Dalszych rozstrzelanych na frontowym podwórzu wywołał osobiście według listy. W gmachu więziennym postępował Jahnz zgodnie z otrzymanymi od oskarżonego Hirschfelda rozkazami, w dalszym ciągu według spisów na liście. Był widać zdania, że przeznaczeni przez oskarżonego Hirschfelda aresztowani również figurowali na liście, gdyż inaczej nie zadawałby sobie trudu, aby odhaczać na liście nazwiska tych aresztowanych, wreszcie zwrócił uwagę oskarżonemu Hirschfeldowi na to, że nie może podążyć wraz z dozorcą pomocniczym Berndtem z odhaczaniem na liście kandydatów na śmierć. Wyszukiwanie poszczególnych nazwisk poza tym utrudnione było przez to, że lista składała się z szeregu lużnych kart, które zapisane były częściowo, i że nazwiska nie były wpisywane w porządku alfabetycznym. Nie wydaje się niewiarygodne oświadczenie oskarżonego Jahnza, że nawet póżniej obserwując w toku "akcji" czynności oskarżonego Hirschfelda nie zastanawiał się nad tym, czy odprowadzaniu do rozstrzelania aresztowani figurowali na liście. Wprawdzie oskarżony Hirschfeld zdecydował otwarcie większości cel bez pomocy listy, nie można było udowodnić niezbicie oskarżonemu Jahnzowi, czy zdawał sobie sprawę z samowoli przy postępowaniu. Jak wykazał przewód dowodowy, oskarżony Jahnz osobiście zajęty był wybieraniem aresztowanych według listy. Kilkakrotnie sprawdzał osobiście aresztowanych z górnego piętra i osobiście wykonał szereg rozstrzelań na tylnym podwórzu więzienia. Miał przeto mało czasu na to, aby troszczyć się o działanie oskarżonego Hirschfelda. Ponieważ oskarżony Hirschfeld osobiście kierował "akcją" i Jahnz w nim widział swojego przełożonego, nie wydaje się jego twierdzenie niewiarygodnym, że daleki był od krytycznej oceny działalności oskarżonego Hischfelda. Sąd zresztą przyznaje mu, że mógł by być przekonania, że oskarżony Hirschfeld miał w pamięci nazwiska z listy i tym więcej, że znał sprawę i współdziałał przy ustalaniu listy. Kiedy sobie jednak uprzytomnił, że oskarżony Hirschfeld zarządza zwolnienia z więzienia, które jego zdaniem nie mogły być zgodne z prawem, natychmiast wniósł swój sprzeciw i zwracał jemu na to uwagę. Wreszcie kilkakrotnie usiłował przegonać go, by natychmiast przerwał "akcję". Skoro zatem oskarżony Hirschfeld wydawał niedopuszczalne zarządzenia niezgodne z pojęciami oskarżonego Jahnza, nie można ich jemu przypisać. Jeżeli mimo tego przekonania nie zdecydował się na przerwanie swego współdziałania przy dalszych ekscesach, to należy mu poczytać to na dobro. Ponieważ wobec energicznego i ściśle służbowego skarcenia go przez oskarżonego Hirschfelda czuł się zobowiązany do posłuszeństwa swemu mniemanemu przełożonemu, a wżadnym wypadku nie uważał, by miał prawo przedwczesnego oddalenia się.

Oskarżenie zarzuca oskarżonym dokonanie morderstwa wspólnie.

Sąd jednak, jak wynika z powyższych rozważań, nie nabrał przekonania, że oskarżony Jahnz zdawał sobie sprawę z nielegalności tak swego zamiaru, jak i czynności w zabijaniu.

Czyn oskarżonego Jahnza wobec tego nie podlega karze.

Tym samym sąd musiał oskarżonego z braku dowodów uniewinnić.

Natomiast w czynie oskarżonego Hirschfelda, sąd wbrew oskarżeniu widzi jedynie przesłanki do rozmyślnego zabójstwa po myśli

par.212 St.G.B.

Że czyn został popełniony rozmyślnie nie wymaga specjalnego uzasadnienia, wobec jasno brzmiących w tej sprawie faktów. Oskarżony Hirschfeld chciał z z pełną świadomością zabijać. Dotyczy to zarówno tych zastrzelonych, którzy na liście figurowali, jak i tych, którzy na liście umieszczeni nie byli. Wprawdzie oskarżony Hirschfeld twierdził, że dopiero rano po czynie przekonał się ku swemu przerażeniu, że kazał rozstrzelać Polaków, których nazwiska na liście nie były umieszczone. Jego zwznania, że do tej chwili przypuszczał, że postępował zgodnie z listą, są niewiarygodne. Cały szereg jego wysłowień w ciągu trwania ekscesów, wypowiedzianych zresztą w różnych odstępach czasu budzi wątpliwość co do zamiaru zabijania aresztowanych wyłącznie umieszczonych na liście.

Mianowicie już w Pałczynie, oskarżony Hirschfeld ogólnikowo oświadczył, że ma zamiar teraz "strzelać do Polaków" i wtedy zaproponował jako pierwszego zastrzelić Gierkego, nie figurującego na liście. Świadkowi Draegerowi na frontowym podwórzu więziennym chciał wydać jednego z Polaków do rozstrzelania, którego ten miał sobie wybrać. Wreszcie interwencję oskarżonego Jahnza, że nie może nadążyć z kontrolą listy, zbył słowami, że

"jest to obojętne, że nie zależy na kilku Polakach mniej lub więcej".

Dodać należy, że oskarżony Hischfeld, jak wynika z jego oświadczenia, do celu swego dążył z umiejętnością i nadzwyczajną pewnością. Stąd też nie może być mowy o zabójstwie Polaków wskutek niedbalstwa, mianowicie tych, którzy na liście nie figurowali. Poprzednio podane okoliczności czynu z drugiej strony są dowodem tego, że oskarżony Hirschfeld działał z wyrażnym rozmysłem, aby skutek pożądany osiągnąć. Gdyby w czasie popełnienia czynu był trzeżwy lub przynajmniej nie był mocno podpity, musiałby sąd stanąć na stanowisku, że czynu dokonano z zastanowieniem po myśli par. 211 St.G.B. Sąd jednak miał skrupuły przy zajęciu takiego stanowiska wobec znacznie ograniczonych zdolności ponoszenia odpowiedzialności wskutek pijaństwa. Wprawdzie silne bezsprzecznie zdenerwowanie oskarżonego Hirschfelda niekoniecznie wyklucza rozwagę, jednak oskarżony pod działaniem alkoholu nie był w stanie rozważania powodów, które rozsądnie działającego człowieka wstrzymałyby od wykonania czynu i przemawiały przeciwko motywom pobudzającym do czynu.

Dlatego sąd doszedł do przekonania, że oskarżony Hirschfeld nie był zdolny do rozsądnego działania z powodu znacznie zmniejszonego działania pobudek hamujących. Dlatego też nie przyjął wymogów ustawowych mordersrwa, natomiast uznał oskarżonego Hirschfelda winnym popełnienia rozmyślnego morderstwa. Chociaż wprawdzie oskarżony Hirschfeld osobiście bezpośrednio nie spowodował śmierci poszczególnych aresztowanych, to jednak posłużył się urzędnikami policji i oskarżonym Jahnzem, jako narzędziami do osiągnięcia wytkniętego celu. Jemu zatem należy przypisać wszystkie

56 wypadków, które spowodowały śmierć. Tym samym oskarżony Hirschfeld winien jest zabójstwa w 56 wypadkach. Sąd zajął negatywne stanowisko, co do zastosowania ustawy z dnia 05.12.39r przeciwko zbrodniarzom używającym gwałtu i przemocy.

Według par.1 tej ustawy, podlega karze śmierci ten, kto używając gwałtu przy ulicznym rabunku, przy rabunku banku lub przy jakiejkolwiek innej zbrodni używa broni palnej, białej i uderzeniowej lub posługuje się innymi środkami podobnymi i niebezpiecznymi i jedną z wymienionych broni zagraża komuś na ciele lub życiu.

Po pojęciem "ciężkiej zbrodni" w sensie ustawy podpada każdy czyn, wykonany przy użyciu przemocy, który stosownie do okoliczności towarzyszących pojedyńczemu wypadkowi jest więcej odrażających niż inne uczynki karne tego samego rodzaju, i które to pojęcie zezwala na wnioskowanie, że dokonujący tego czynu według zdrowego poczucia narodu należy do typu "ciężkich zbrodniarzy", jak to głosi wstęp do ustawy.

Ustawowy stan faktyczny rozmyślnego zabójstwa zawiera w sobie czynnik przemocy, jak mówi cytowany do par.1 ustawy przykład.

Czy jednak czyn podlegający orzecznictwu ocenić należy jako "ciężką zbrodnię", czy on przestępcę charakteryzuje jako typ "używającego przemocy", to zależy od okoliczności towarzyszących poszczególnym wypadkom, a przede wszystkim od pobudek, jakimi przestępca się kieruje, oraz celu, do którego dąży i od sposobu wykonania czynu.

Oskarżonemu Hirschfeldowi przypisać należy na dobro, że nie zabijał bez wyboru ludzi z powodów instynktów zbrodniczych, lecz z powodu zrozumiałego rozgoryczenia na Polaków, za ich niezliczone czyny terroru, i że z tego powodu powziął decyzję uśmiercenia polskich aresztantów, mniej lub więcej karnie lub politycznie obciążonych. Oskarżony Hirschfeld dał się przy tym powodować pewnego rodzaju uczuciem zemsty. A poza tym, dzięki znacznie zmniejszonej odporności porwał się do działania samodzielnie i przelewał krew przy świadomym wykluczeniu jakiegokolwiek formalnego postępowania. Jeżeli nawet sposób wykonania czynu jest godny potępienia, to mimo to, tak motywy, jak i cel działania nie pozwalają widzieć w nim typu "używającego przemocy" po myśli

ustawy z dnia 05.09.39r. Sąd odstąpił od zakwalifikowania go jako "szkodnika narodu" po myśli par.4 ustawy z dnia 05.09.39r. Według tych przepisów podlega karze 15 lat ciężkiego więzienia, dożywotniemu ciężkiemu więzieniu lub karze śmierci ten, kto wykorzystując nadzwyczajne stosunki wywołane stanem wojennym popełnia czyn karygodny, o ile zdrowy instynkt narodu będzie wymagał wkroczenia poza ramy regularnej kary wymagającej specjalnego potępienia czynu karygodnego. Wprawdzie oskarżony Hirschfeld, co nie wymaga specjalnego uzasadnienia, działał wykorzystując stosunki zaistniałe przez stan wojenny,

jednak sąd uznał jako zupełnie słuszny wymiar kary przewidziany

w par. 212 St.G.B. pkt.1, do 15 lat ciężkiego więzienia. Oskarżony Hirschfeld w zasadzie działał z pobudek, których nie można sprowadzić do miana wspólnego i zbrodniczego usposobienia. Jego sposób działania wynika przede wszystkim z chęci odwetu za tysiąckrotne zbrodnie ludności polskiej w pierwszych dniach wojny.

W myśl zatem zdrowego poczucia narodu nie ma zastosowania przekroczenia ramy przewidzianej w par.212 St.G.B.

Sąd również badał, czy nie zachodzą tu znamiona zbrodni po myśli

par.345 St.G.B. Przepis ten przyjmuje zasadę, że już została wyznaczona, ściśle wyznaczona kara. Tym samym z góry odpada zastosowanie tej ustawy co do rozstrzeliwania osób z poza listy. Ustawy nie można również zastosować do pozostałych wypadków, gdyż kara, której nie należy wykonać po myśli par.345 St.G.B. może być jedynie taka, która albo nie może być wykonana w ogóle, albo co do sposobu lub rozmiaru nie może być wykonaną. Na liście jednak aresztowani otrzymali wyroki śmierci w wyniku postępowania dorażnego i kary te miały być wykonane. Wykonał je jednak urzędnik niewłaściwy, samowolnie i bezprawnie. Wobec tego zachodzą wymogi ustawowe przestępstwa z par.345 St.G.B.

Oskarżony Hirschfeld nie mógł być karany po myśli par.212 St.G.B. Sąd nie mógł mu przyznać okoliczności łagodządzych. Nie zaistniały podstawy do zastosowania par.213 St.G.B. Wprawdzie oskarżony Hirschfelfd dotąd jako urzędnik wykonywał swoje obowiązki dobrze i zgodnie z aktami personalnymi wykazał specjalne uzdolnienie w urzędzie mu powierzonym. Ponadto nie był dotąd karany. Zresztą należy przyjąć, że oskarżonym Hirschfeldem nie kierowały instynkty zbrodnicze, i że podobne wykolejenie nie powtórzy się. Należy jednak wziąć pod uwagę to, że oskarżony Hirschfeld jako wyższy urzędnik rzeszy z akademickim wykształceniem, na stanowisku kierowniczym w wyższym stopniu był zobowiązany być przykładem, a przez nieskazitelne zachowanie się winien wysoko dzierżyć honor wzorowego niemieckiego stanu urzędniczego. Ten obowiązek karności spoczywa przede wszystkim na tych urzędnikach, których zadaniem było w wybitny sposób współdziałać przy scementowaniu z rzeszą terenów wschodnich, powracających z powrotem do macierzy niemieckiej.

Jako okoliczność obciążającą musiano przyjąć to, że oskarżony Hirschfeld przez swoje postępowanie opinii urzędnika niemieckiego i niemieckości  na wschodzie wyrządził ciężką szkodę, a nieprzyjacielskiej zagranicy dał sposobność do nagonki na naród niemiecki, na którą zagranica tylko czekała.

Sądy niemieckie w odzyskanych terenach wschodnich na pewno nie są po to, by Polaków otoczyć specjalną i wyrażną ochroną prawną.

Nie raz zachodzi konieczność wystąpienia przeciw Polakom, aby uporać się z zadaniami na odzyskanych wschodnich rubieżach, jednak potępienia godna jest każda akcja przeciwko członkom narodu polskiego, która podyktowana jest czystą samowolą.

Pojedyńcze niesamowite okoliczności czynu zmusiły sąd do odstąpienia od możliwości zastosowania łagodniejszego wymiaru kary po myśli par.51 Abs.2 St.G.B.

Zresztą sąd jest zdania, że oskarżony Hirschfeld przez swój czyn nie znalazł się poza wspólnotą narodu niemieckiego i po odcierpieniu kary ma możliwość stworzenia sobie nowej pozycji życiowej, a tym samym stać się pożytecznym członkiem niemieckiej wspólnoty narodowej. Sąd uwzględniając wszystkie te fakty i przy daleko idącym uwzlędnieniu okoliczności przemawiających na korzyść oskarżonego Hirschfelda uznał jako wystarczające zadośćuczynienie dla niego 5 lat ciężkiego więzienia za każdy wypadek zabójstwa i wszystkie pojedyńcze kary przy zastosowaniu par.75 St.G.B. sprowadzić do łącznej kary 15 lat ciężkiego więzienia.

Z powodu popełnienia czynu hańbiącego należało oskarżonego Hirschfelda pozbawić praw honorowych i obywatelskich na przeciąg

lat 10 po myśli par.32 St.G.B.

Rozstrzygnięcie o kosztach procesu polega na par.465 St.G.B.

 

Podpisali:

(-) dr Unterhinninghofen (-) Jancke (-) Jaeger

 

Tyle na temat "sprawiedliwego" wyroku sądu niemieckiego.

 

Tłumaczył z języka niemieckiego na polski

kpt. Henryk Janowski

Kierownik biura Polskiego Związku Zachodniego w Inowrocławiu.

Ocena wyroku niemieckiego sądu napisana przez

Kierownika Sądu Grodzkiego - sędziego Mikołaja Czyścieckiego.

Inowrocław - 13 lipca 1946 roku.

 

Dobrze się stało, że "Polski Związek Zachodni" - obwód Inowrocław, puścił w świat dosłowne tłumaczenie wyroku "I Niemieckiego Specjalnego Sądu" w Poznaniu z dnia 23 lipca 1940 roku.

Dobrze się stało, że zostaje wyrok ten pokazany światu w dosłownym brzmieniu, bez naginania tych ustaleń sądu, z których czytelnik, nie przeżywający w kraju okupacji niemieckiej, może powziąć dla decyzji okupacyjnego sądu pewne usprawiedliwienie.

Mam tu na myśli ustalenia sądu o "tysięcznych" wypadkach terroru polskiego na Niemcach w pierwszych dniach wojny, "ciężkich zbrodniach" popełnianych przez Polaków, "osób szczególnie ciężko obciążonych", oczywiście Polaków itp., od których roi się w uzasadnieniu wyroku. Czytelnik niech zechce zwrócić uwagę przy czytaniu wyroku, że sąd niemiecki używając takich ustaleń, nie określa ich bliżej i nie podaje konkretnych wypadków, ani nie przytacza dowodów ze względów zrozumiałych. Tego terroru, czy ciężkich zbrodni nie było w ogóle. Jest wymysł sądu niemieckiego,

a raczej propagandy hitlerowskiej, aby usprawiedliwić czyny zbrodnicze, dokonywane na Polakach. Przecież oskarżony Jahnz,

rodzony w tutejszym powiecie, ziemianin, znał większość pomordowanych, choć to jego sąsiedzi jak: Wichliński, nauczycielki, Poniński, Wawrzyniak z synem i inni. Wiedział, że nie są oni "ciężkimi przestępcami", ani terrorystami. Jedyny zarzut mógł im postawić, to fakt, że byli dobrymi Polakami. Sąd niemiecki fakty zmyślone przez propagandę hitlerowską, fakty oszczercze dla Polaków, aby usprawiedliwić pospolite morderstwa, dokonywane przez wysokich urzędników niemieckich. Wyrok ten ujawnia jeszcze inną cechę charakteru germańskiego. Hirschfeld przecież okazał się też "wspaniałomyślnym". Wypuszcza na wolność, na swoją odpowiedzialność robotników. Robotnik jest im potrzebny jako siła robocza. Inteligent zaś w ogóle jest im zbędny! Ale i robotnik ma odczuć potęgę "wielkiej rzeszy". Toteż Hirschfeld rozkazuje każdego bić, każdemu wymierzyć 20 do 50 razów pałką. Bezcelowo zadawać sobie trud, aby stawić sobie pytanie. Za jakie przewinienie? Chyba za to, że odważyli się urodzić Polakami!.

              A teraz jak ustosunkowała się sprawiedliwość niemiecka do innych zbrodniarzy, to jest do Hirschfelda i Jahnza.

Do ludzi wykształconych, którzy dopuścili się morderstwa nie 

56, ale 72 obywateli, z których większość nawet nie figurowała na liście straceńców, a więc ludzi nawet niewinnych w pojęciu ich oberfuehrera selbstschutzu - Alvenslebena. Że pomordowanych było

72, a nie 56, jak niezbicie wykazała ekshumacja dokonana przez władze polskie jesienią 1945 roku. Sąd karny, gdzieby się on nie odbywał i jakikolwiek byłby - ma za zadanie ustalić w miarę możliwości stan faktyczny w oświetleniu wszelkich możliwych dowodów i dążyć do wykrycia gołej prawdy. Tymczasem sąd niemiecki odtworzył stan sprawy i jej przebieg tylko na podstawie zeznań świadków - Niemców. Miał przecież możność przesłuchania świadków - Polaków: wożny sądowy Witkowski, nauczycielki zwolnione z więzienia i robotnicy. Można łatwo domyśleć się intencji sądu niemieckiego. Żaden Polak nie miał się dowiedzieć o bezprawności działania wysokiego urzędnika niemieckiego. Cokolwiek by uczynił Niemiec, dla Polaka miał to być czyn legalny.

Zresztą Polak był u nich tylko przedmiotem prawa, a nie podmiotem.

Hirschfelda sąd skazuje na 15 lat więzienia, a jego pomocnika Jahnza uwalnia. Tego już żaden człowiek po przeczytaniu wyroku, zrozumieć nie może. Przecież Jahnz prosi Hirschfelda o pozostawienie mu Kiełbasiewicza, to on się z nim załatwi.

I rzeczywiście własnymi rękoma morduje go. Kiełbasiewicz nie był wymieniony na liście. Zatem Jahnz popełnia zwykłe morderstwo.

I mimo to, sąd go uwalnia.

Końcowe uzasadnienie wyroku napełnia każdego zdrowo myślącego człowieka obrzydzeniem. Sąd niemiecki nie miał interesu bronienia Polaków. Dlatego karze Hirschfelda za to, że ten wyrządził szkodę interesom rzeszy na terenie międzynarodowym. Radio francuskie

w Strassburgu podało dokładnie do wiadomości świata o sadyżmie

i degeneracji wyższego urzędnika "wielkiej rzeszy". A angielski premier Churchill wykorzystał te wypadki dla propagandy przeciwko rzeszy. Tylko te dwa fakty skłoniły sąd niemiecki do ferowania wyroku skazującego Hirschfelda, a nie cytowane w wyroku przepisy niemieckiego kodeksu karnego. Gdyby radio francuskie i Churchill wymienili również Jahnza, a nie tylko Hirschfelda, to również sąd skazałby i Jahnza, bo nie przez mord, ale przez to, że zagranica o nim się dowiedziała, wyrządziły szkodę interesom "wielkiej rzeszy".

Naprawdę, to Hitler kazał "temidzie" niemieckiej zdjąć z oczu zasłonę i patrzeć w tym kierunku, gdzie mógłby znależć się interes nazizmu germańskiego.

            Byłoby pożądanym, aby "Polski Związek Zachodni" zadał sobie trud i kontynuował publikacje dalszych wyroków sądów niemieckich, których jest wielka ilość w archiwum inowrocławskiego sądu, a które są dalszym ogniwem zbrodniczej działalności Niemców

w Polsce.

                               Inowrocław, dnia 13 lipca 1946 r. 

                                         Mikołaj Czyściecki

                                 Kierownik Sądu Grodzkiego

                                          w Inowrocławiu

Powyższy materiał został opracowany na podstawie książki, zatytułowanej

"MAKABRYCZNA NOC", która została wydana nakładem "Polskiego Związku Zachodniego" w dniu 10 lipca 1946 roku.

 

Dalszy ciąg tematu znajduje się poniżej (część II).