Kobiety w inowrocławskim więzieniu - 1945 - 1951

Dzieje inowrocławskiego więzienia po 1945 roku nadal pozostają białą plamą. Do początku lat 90-tych XX wieku mało kto o tym wiedział, poza byłymi więzniami i ich rodzinami. Dopiero po 2000 roku, dzięki żyjącym więzniarkom powoli i stopniowo wiedza o tamych czasach zaczęła się upowszechniać.

Jeszcze w latach 80-tych XX wieku, w pół-konspiracyjnych warunkach, niektórzy z więzniów, a w szczególności kobiety, spisali swoje więzienne przeżycia.

Od samego początku powstania Polski Ludowej więziennictwo zostało podporządkowane Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, co jednoznacznie świadczy o politycznym charakterze represji, jaką było pozbawienie wolności.

W latach 1945 - 1949 w Inowrocławiu były więzione co najmniej 324 osoby, podejrzane lub skazane za podpisanie tak zwanej "volkslisty". Wśród tych uwięzionych było w tamtym czasie prawie 280 kobiet. Pierwsze Niemki zostały już uwięzione w styczniu i lutym 1945 roku. Wśród więzionych kobiet Niemki i volksdeuschki stanowiły mniejszość.

W 1946 roku w inowrocławskim więzieniu wykonywane były wyroki kary śmierci. Jedną z 13 znanych osób, na których wykonano kary śmierci, była Anna Bulion (urodzona w 1885 roku). Skazano ją za współpracę z Gestapo. Skazana przebywała w inowrocławskim więzieniu od 12 września 1945 roku, do 16 sierpnia 1946 roku, kiedy to przez powieszenie wykonano wyrok śmierci. Egzekucje odbywały się przy powyszczerbianym murze, który otaczał podwórko spacerowe.

Szubienica w inowrocławskim więzieniu
Maryla Sobocińska - 1943 rok

Pierwsze, polskie więzniarki polityczne umieszczono w Inowrocławiu w lutym 1946 roku. Były to, Maryla Sobocińska i Aleksandra Sokołowska, obie z podziemnych struktur poakowskich. Więzniarki przywożono z reguły samochodami ciężarowymi, w większej grupie razem z kryminalnymi. Na rozprawy do innych miejscowości transportowane je koleją w asyście strażników więziennych. Chodziły w ubiorach więziennych, bywały też widzenia z rodzinami, podczas których możliwe było przekazanie modlitewnika. W odróżnieniu od np. aresztu w Bydgoszczy personel więzienia w Inowrocławiu, potwierdzał pobyt danego więznia.

Rzeczą, która najbardziej dokuczała więzniarkom, były wszy, zczesywane nawet z włosów gęstym grzebieniem. Z tego też względu niektórym więzniarkom golono głowy na łyso. Z różną częstotliwością do cel wstawiano miednicę z czystą wodą, lecz nie częściej niż raz dziennie. W celach nie było kranów z bieżącą wodą. Na początku 1950 roku zamontowane były prysznice, pod którymi odbywały się zbiorowe kąpiele. Potrzeby fizjologicze załatwiano w celach. Służył do tego tak zwany "kibel". Ściany cel pomalowane były ciemnymi kolorami. Prycze do spania przymocowane były do ściany. Małe okna z blendami (ukośnie ustawione blaszane osłony) umieszczone tak wysoko, że na ogół nie pozwalały nic dostrzeć. Stojąc na pryczy i wykorzystując szczelinę pomiędzy oknem i blendą z niektórych cel osadzone widziały ulicę i stojący obok kościół pw. św. Barbary. Mogły usłyszeć bicie kościelnych dzwonów i odgłosy procesji w święto Bożego Ciała. Również podczas spacerów na więziennym dziedzińcu do więzniarek dochodziły dzwięki z miasta. W porze zimowej ogrzewanie celi stanowiła rurka instalacji cieplnej, biegnąca u dołu jednej ze ścian. Sienniki, na których spały nie były zbyt grube, co zmuszało kobiety do przykrywania się kocem.

Monotonne wyżywienie w tamtym czasie stanowiły chleb i czarna kawa na śniadanie i kolacje. Natomiast na obiady serwowano więzniom na przemian gęstą kaszę i grochówkę. Potem doszedł jeszcze kapuśniak i krupnik. Zupę podawano również na kolację, jeżeli pozostała od obiadu. Zupę rozdzielano z kotłów, którą nosili inni więzniowie, tak zwani "kalifaktorzy". Posiłki podawano w naczyniach z aluminium, które podobnie jak łyżki były ciemne.

Uzupełnieniem dość marnego wyżywienia były nieduże paczki od najbliższej rodziny, które przed dostarczeniem adresatkom dokładnie kontrolowano. W paczce znajdować mógł się tylko chleb, smalec, cebula i kawałek kiełbasy. Paczki otrzymywały tylko te więzniarki, które wcześnie otrzymały od więziennej administracji tak zwany "talon na paczkę". Paczek z reguły pozbawione były Niemki i Ukrainki.

Do jesieni 1951 roku była możliwość kupienia raz na miesiąc produktów żywnościowych za pięniądze przesłane od rodziny. Więzniarki mogły wtedy zakupić cukier, margarynę, cebulę i kiełbasę końską. Okresowo też owoce i jajka. Z reguły kupowane były: smalec i cebula, którą jedzono jak jabłka ze względu na doskwierający brak witamin.

Opiekę na więzniami w tamtym czasie sprawował dr. Czesław Zagórski. Jak wspominają więzniarki, podczas wizyt w jego gabinecie wypraszał on strażników więziennych, a następnie dokarmiał więzniów i podawał im objawy choroby, które miały uzasadnić kolejną wizytę u niego.

Mając dobre stosunki z naczelnikiem więzienia (jego rodzinę leczył podczas okupacji), wypożyczał więzniów politycznych do pracy w jego domu i ogrodzie. W rzeczywistości więzniowie tam odpoczywali i dożywiali się, nie będąc pilnowanymi przez strażników. Dr. Czesław Zagórski pomógł także w ucieczce kilku więzniów, a także przekazywał grypsy dla uwięzionych.

W 1950 roku dr. Zagórski, członek PPS i radny miejski zakwestionował publicznie przywileje mieszkaniowe funkcjonariuszy inowrocławskiego Urzędu Bezpieczeństwa. Po tym wystąpieniu musiał szybko opuścić Inowrocław. Ostatecznie osiadł w Zakopanem, gdzie w 1992 roku odnalazła go Maryla Sobocińska.

Wraz z upływem czasu charakter opieki zdrowotnej zmieniał się. Skarżącym się na ból głowy więzniarkom odmawiano wizyty u lekarza i podawano tylko tabletki. W tym czasie były okresowe badania stanu zdrowia, na których więzniarki pytano, czy im coś dolega.

Więzienie w Inowrocławiu w okresie powojennym nie miało jednolitego charakteru izolacyjnego. W latach 1946-1947 w celach przebywało od trzech do czterech skazanych. Natomiast w latach 1950-1951 od czterech do pięciu. W tym okresie mieszano więzniarki polityczne z kryminalnymi. Istniała też możliwość przesyłania grypsów, zarówno wewnątrz obieku, jak i na zewnątrz.

Korzystali z tego oczywiście więzniowie polityczni, np. Maryla Sobocińska, która przesyłała grypsy skazanemu na śmierć w Inowrocławiu - Władysławowi Raczyńskiemu. Wyrok śmierci wykonano 24 maja 1946 roku.

Kobiety mogły raz w miesiącu napisać list do najbliższej rodziny. Każdy jednak list był cenzurowany przez więziennych funkcjonariuszy. W przypadku, gdy treść listu nie podobała się funkcjonariuszowi, to mógł on go zniszczyć. Nie było już wtedy możliwości napisania drugiego listu. Listy pisane były poza celą i z reguły nie były długie, gdyż więzniarki świadome były ograniczeń.

Również raz w mięsiącu odbywały się widzenia z rodzinami. Na krótko przed widzeniem niektóre z uwięzionych obserwowały swoich bliskich przez szpary z cel. W przypadku kiedy widzenia były systematyczne, wtedy więzniarki rezygnowały z pisania okrojonych treściowo listów. Listy pisane przez rodziny nie zawsze docierały do uwięzionych. Niektóre z listów do dziś znajdują się w zarchiwizowanych dokumentach więzniarek.

Stopniowo personel więzienia stosował coraz to większe obostrzenia. Na początku 1950 roku przy wyprowadzaniu na spacer, trzeba było stać twarzą do ściany i nie wolno było rozmawiać. Na dwóch spacerniakach, małym i dużym odbywały się 10 minutowe spacery. Mimo, że strażnik stał po środku, by uniemożliwić jakikolwiek kontakt, to i tak niekiedy kobietom udało się powiedzieć kilka słów. W 1951 roku zdarzały się wypadki, że szczególnie "grozna" więzniarka spacerowała sama.

W 1947 roku w inowrocławskim więzieniu zaczęły pracę kobiety-strażniczki. W pierwszych latach ich zachowanie było znośne. Stopniowo zmieniało się pod wpływem indoktrynacji i spacjalnego doboru. Z tego też powodu stosunek strażniczek do więzniarek był coraz gorszy. Rozmawiając z aresztowanymi, strażnicy i strażniczki nie używali już słów "pan", "pani". Przemawiali do więzniów ostro, bezczelnie i z lekceważeniem. Wokół "politycznych" wytworzyła się swoista atmosfera. Więzniowie ci byli izolowani o reszty, oraz stwarzano mity o ich niebezpieczności. Było to przygotowanie do okresu, który nastąpił pózniej. W 1950 roku, na porządku dziennym było okeślenie "bandytki" i coraz bardziej wulgarne słownictwo wobec skazanych. To wulgarne słownictwo używane było nawet wtedy, kiedy skazani spoglądali w nieodpowiednią stronę. Personel krzyczał na więzniarki, gdy te podczas spacerów próbowały oglądać się lub rozmawiać ze sobą. Poza wydawanymi rozkazami, strażniczki nie rozmawiały z więzniarkami. W niektórych przypadkach personel więzienny próbował okradać więzniarki, przez np. niezwrócenie oddanych do depozytu osobistych rzeczy. Zwalnianej z więzienia w maju 1950 roku Teresie Barałkiewicz próbowano nie oddać złotego łańcuszka, co nastąpiło po jej uporczywych naleganiach. Jednak nie wszystkie strażniczki podporządkowały się panującej atmosferze. W 1951 roku jako strażniczki pracowały trzy góralki, które jedna z więzniarek tak wspomina: "Strażniczki na ogół nie były młode, te góralki były młodsze. Na wszystko przystawały. Nazwisk, ani miejscowości skąd pochodziły nie pamiętam, tyle tylko, że jedna to Hania była".

W tym samym też roku jedna ze strażniczek o imieniu Zofia przenosiła grypsy i pocieszała słownie więzniarki zachęcając je do wytrwania. Pewnego dnia zniknęła z więzienia.

W latach 1945 - 1948 w inowrocławskim więzieniu przebywały też Niemki i volksdeutschki, skazane za współpracę z Niemcami.

O tym okresie napiszę wkrótce.

Poleć tę stronę na: