Wspomnienia byłych żołnierzy 4 PAL-u

1. Wspomniena Franciszka Kruszki.

Franciszek Kruszka urodził się 2 kwietnia 1914 roku w Dziarnowie koło Inowrocławia. Od 31 maja 1939 roku do 17 wrześna 1939 roku służył

w plutonie łączności "4 Pułku Artylerii Lekkiej". 18 września 1939 roku nad Bzurą dostał się do niewoli niemieckiej i wywieziony został do stalagu IX B

w okolice miejscowości Arnstadt w Niemczech. W obozie jenieckim przebywał do 27 pażdziernika 1941 roku. Następnie od 28 pażdziernika 1941 roku

do połowy kwietnia 1945 roku pracował jako niewolnik u niemieckiego bauera - Kurta Muhlbacha w miejscowości Bad-Gottleuba-Hartmannsbach.

Arbeitskarte wydana w dniu 11 września 1944 roku dla Franciszka Kruszki.

Relacja spisana w kwietniu 1987 roku.

28 marca 1939 roku zostałem powołany na ćwiczenia do 4 PAL-u

do plutonu łączności w Inowrocławiu, gdzie odbywałem ćwiczenia pełne 10 tygodni. Dowódcą naszego plutonu był starszy ogniomistrz Adamowicz. W składzie plutonu byli też kapral zawodowy Osiński

i kapral zawodowy Nowak.

31 maja 1939 roku dowódca pułku Andrzej Czerwiński zwolnił nasz rocznik z ćwiczeń, ponieważ na ćwiczenia powołano rocznik 1913.

24 sierpnia 1939 roku zostałem zmobilizowany na wojnę.

Książeczki wojskowe zdawane były w szkole podstawowej nr.1

im. św. Wojciecha, a następnie wydano mi mundur i przewieziono

do Latkowa, gdzie zostałem zakwaterowany.

26 sierpnia 1939 roku, a była to sobota, cały pułk został sformowany wzdłuż szosy z Inowrocławia do Szadłowic, a następnie ruszył

w drogę w kierunku na Toruń i dalej do granicy z Prusami Wschodnimi.

Ja w Latkowie otrzymałem wóz łączności, sprzęt telefoniczny, telefony i kable. Ze mną na wozie byli: kanonier Grochowiak

ze służby czynnej, jakiś żołnierz z Wągrowca i Andzej Malka

z Inowrocławia.

4 PAL w kierunku granicy posuwał się tylko w nocy, a dzień był odpoczynek w pobliskich lasach.

30 sierpnia 1939 roku, po czterech nocach marszu dotarliśmy

w pobliże granicy do miejscowości Góraliki-Leśniczówka i tam dopiero rozpoczął się nasz bojowy szlak. Wszystkich cywili ewakuowali w kierunku Warszawy.

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku miałem służbę wraz

z I dywizjonem przy centrali telefonicznej. Obok mnie spał porucznik rezerwy, którego obudziłem, bo już o świcie Niemcy zaczęli strzelać. Wieczorem 1 września I dywizjon został przesunięty w okolice Grudziądza, Zakrzewa i Mełna do pomocy 16 PAL-u.

3 września 1939 roku o świcie, a była to niedziela, nasza artyleria

z lasu pod Zakrzewem rozpoczęła ostrzał pozycji niemieckich w Zakrzewie i Mełnie. Udało nam się odeprzeć wroga, ale w południe około godziny 11:00 niemieckie samoloty zbombardowały polskie tabory artylerii i piechoty. Po południu nasze oddziały zajęły pozycje w lesie pod Zakrzewem, a Niemcy zajęli pozycję w oddalonym 

3 kilometry Mełnie, gdzie mięli obserwować z budynków cukrowni nasze pozycje.

Pod wieczór Niemcy wypuścili w naszym kierunku samolot, który zrzucił na nasze pozycje czerwoną rakietę. Po około 15 minutach od strony Mełna nadleciały niemieckie bombowce i zrzuciły nad lasem, w którym stacjonowaliśmy kilkanaście bomb. W tym też czasie niemiecka artyleria wzięła nas w krzyżowy ogień i w ten sposób zrobili krwawą klęskę naszemu wojsku. Zrobił się wśród naszych żołnierzy ogromny popłoch. Zaczęliśmy się pomału wycofywać

w kierunku Jabłonowa Pomorskiego, gdzie 6 września około godziny 3:00 nasz I dywizjon połączył się z dywizjonem II i III z 4 PAL-u.

W godzinach popołudniowych nasze wojsko dotarło do Torunia

i przez most na Wiśle przeszło na drugą stronę rzeki. Aby utrudnić Niemcom pościg, most potem został wysadzony. Niemcy musieli więc budować pontony, a nasze wojsko zdążyło przesunąć się przez Podgórz-Poligon do lasów nieszawskich. Z tamtąd nasza artyleria znów rozpoczęła ostrzał niemieckich pozycji.

Po dalszym wycofywaniu się polskich oddziałów szliśmy prawą stroną Wisły pod dowództwem generała Bołtucia przez Włocławek

w kierunku Kutna. Kiedy dotarliśmy do Kutna, było strasznie. Niemcy cały czas nas bombardowali. Nie było wody, a kanalizacje były porozrywane. Próbowaliśmy walczyć jednak nadal.

Jednak 17 września 1939 roku, a była to niedziela, nasz 4 PAL

i 4 Dywizja Piechory zostały doszczętnie przez Niemców rozbite.

Ja nad Bzurą w dniu 18 września 1939 roku dostałem się do niemieckiej niewoli, w której przebywałem do 27 pażdziernika 1941r

 

2. Wybrane fragmenty z pamiętnika Franciszka Kruszki, który pisał będąc w obozie jenieckim od 28.10.1939r. do 27.10.1939r.

W czasie pobytu w jenieckim obozie zaczął pisać pamiętnik, który został wykonany z różnych kartek papieru i oprawiony w sztywną okładkę

z rosyjskim napisem (zdjęcie poniżej). Warto tu zaznaczyć, że do dnia dzisiejszego zachował się oryginał pamiętnika, który przechowuje rodzina Franciszka Kruszki.

Fragment pamiętnika Franciszka Kruszki

Pażdziernik 1939.

  • 28 z piątku na sobotę w nocy deszcz
  • 29 z soboty na niedzielę przymrozek
  • 30 poniedziałek pochmurno bez deszczu

Listopad 1939

  • 1 środa wś. ciepło bez desczu, dziś rok temu byłem w domu w kościele po południu na uroczystej procesji, a dziś siedzę bezczynnie w zimnych letnich namiotach i myślę sobie kiedy ja powrócę do swoich rodzinnych stron, żeby zacząć swą dalszą pracę i żyć w dalszym spokoju. Napisałem sobie na pamiątkę z niewoli w Niemczech w dniu 1 listopada dzień wszystkich świętych o godz. 11.30 przed południem
  • 2 czwartek dzień zaduszny mróz z wiatrem, słoneczny. Dziś 10 tygodni wojny z niewolą. Dziś o godz. 12.30 tydzień czasu od wyjazdu z Pabjanic do Niemiec, załadowali nas na transport i niewiedzielim gdzie nas powiozą, a tu w piątek o godz. 11.30 żeśmy byli na miejscu w Niemczech, ale nie wiemy w jakiej miejscowości, ześlim z pociągu koło takiego lasku, ustawili nas czwórkami dookoła posterunek i patrzymy gdzie nas poprowadzą, z dala widzieliśmy białe namioty i mówilim między sobą, to napewno są te nasze pomieszkania i odgadlim, zaślim do namiotów i zaraz dostalim obiad i póżniej chleba i kawy i pokładlim się do snu w słomę, a noc jak zwykle bardzo chłodna
  • 3 piątek mróz z wiatrem, słoneczny
  • 4 sobota przymrozek z wiatrem, słoneczny
  • 5 niedziela 4-5 całą noc deszcz, dzień pochmurny
  • 6 pon. dzień słoneczny bez mrozu. 7 tyg. niewoli
  • 7 wt. dzień słoneczny bardzo piękny, bez mrozu
  • 8 śr. dzień słoneczny bardzo piękny, bez mrozu
  • 9 czw. dzień słoneczny bardzo piękny, bez mrozu
  • 10 piąt. w nocy deszcz, w dzień pochmurno bez deszczu
  • 11 sob. dzień słoneczny bardzo piękny, bez mrozu
  • 12 niedz. dzień przeokropny, deszcz nad ranem
  • 13 pon. dzień pochmurny bez deszczu, ciepły. 8 tyg. w niew.
  • 14 wt. dzień pochmurny bez deszczu ciepły
  • 15 śr. dzień słoneczny bez mrozu ciepły
  • 16 czw. w nocy deszcz, w dzień słońce z zimn. wiatrem
  • 17 piąt. silny wiatr z deszczem i gradem
  • 18 pochmurno, wiatr, deszcz, odszwawianie
  • 19 niedz. cały dzień deszcz krajowy
  • 20 pon. w nocy śnieg, w dzien słońce, pogoda
  • 21 wt. mróz, dzień słoneczny pogodny
  • 22 śr. mróz, dzień słoneczny pogodny
  • 23 czw. mróz, dzień słoneczny mrożny
  • 24 pi. mróz dzień słoneczny mrożny. 4 tyg. w niewoli
  • 25 sob. w nocy śnieg, w dzień roztopy, pochmurno
  • 26 ni. z rana przym. w dzień deszcz z wiatrem
  • 27 pon. w nocy buża, w dzień pochm. bez deszczu
  • 28 wt. w nocy huragan z deszczem, w dzień mrożno
  • 29 śro. dzień pochmurny, przechodnie deszcze
  • 30 czw. cały dzień deszcz krajowy z wiatrem

​Grudzień 1939

  • 1 pi. cały dzień deszcz krajowy z wiatrem. 5 tyg. w niewoli
  • 2 sob. dzień ciepły słoneczny bez wiatru
  • 3 niedz. dzień słoneczny, wiatr mrożny
  • 4 pon. dzień poch. w południe słoń. do wieczora deszcz
  • 5 w nocy deszcz, w dzień pochm. bez deszczu
  • 6 śr. dzien pochm. od południa deszcz ze śniegiem
  • 7 czw. całą noc śnieg z desz. w dzień deszcz ze śnieg.
  • 8 piąt. św. M.B. dzień słoneczny na mróz
  • 9 sob. mróz dzień pochmurny bez wiatru
  • 10 niedz. mróz z wiatrem dzień słoneczny
  • 11 pon. mróz dzień pochm. na śnieg
  • 12 wt. mróz przed poł. śnieg po poł. bez śniegu
  • 13 śr. mróz mały śnieg. Wyjazd spod namiotów na robotę do miasta powiatowego Arnsztadt, 13 na 14 całą noc w wagonie zimno aż skóra się trzęsła, zajechalim na miejsce 14 o godz. 11.30 dostalim obiad i mielim do wieczora święto odpoczynek
  • 15 piąt. od rana przyk. kopiec po poł. słome nakładał
  • 16 sob. od rana naw. z owczarni po poł. jesz. kartofli
  • 17 niedz. obsz. od 7-8 i od 4-5 święto
  • 18 pon. dzień śnieżyca pochm. na spikszu liście nakładał
  • 19 wt. dzień mrożny słonecz.
  • 20 śr. dzień mrożny  słonecz.
  • 21 czw. dzień mrożny poch.
  • 22 piąt. dzień mrożny słon.
  • 23 sob. dzień mrożny sł. przed poł. po węgiel
  • 24 niedz. wigi. pochmurno smutno w wojennym domu
  • 25 pon. B.N.  pochm. ciepł. bez pasterki i Kościoła
  • 26 wt. św. Szcz. 3 święto schodzi smutne jakby św. nie było
  • 27 śr. dzień mrożny takowanie buraków
  • 28 czw. dzień mrożny z wiatr. chory
  • 29 piąt. dzień mrożny z wiatr. chory
  • 30 sob. dzień mrożny wiatr na śnieg chory
  • 31 nied. dzień mrożny pochmurny

​Styczeń 1940

  • 1 pon. Nowy rok 1940 dzień mrożny słon.
  • 2 wt. dzień mrożny słon. skł. buraki na dworcu
  • 3 śr. dzień mrożny słon. w maszy.
  • 4 czw. dzień mrożny słon. w maszy.
  • 5 piąt. dzień mrożny sł. w maszy.
  • 6 sob. dzie. mr. słon. na dwor. skł. buraków
  • 7 nied. dzień słon. mrożny święto 7 dz. odpo.
  • 8 pon. dzien słon. mrożny w masz. paczka
  • 9 wt. dzień poch. śnieg w masz.
  • 10 śr. dzień poch. mroż. w masz.
  • 11 czw. dzień sł. mróz wyjazd z roboty
  • 12 piąt. dzień sł. mróz w podróży
  • 13 sob. dzień poch. na miejs. w Milbergu w lagrach
  • 14 niedz. dzień poch. odwilż pisanie pocztówek
  • 15 pon. dzień poch. odwilż bezczynnie
  • 16 wt. dzień poch. śnieżyca
  • 17 śr. dzień poch. na dworcu
  • 18 czw. dzień mrożny sł. 28 st. mróz
  • 19 piąt. dzień mrożny poch. 30 st.
  • 20 sob. dzień poch. śnieżyca. Kartkę wysłałem
  • 21 nied. dzień sł. mrożny, bezczyn.
  • 22 pon. dzień poch. mrożny besczyn.
  • 23 wt. dzień sł. mrożny bezczyn.
  • 24 śr. dzień sł. piękny mróz bezczyn.
  • 25 czw. dzień sł. lekki mróz bezczyn.
  • 26 piąt. dzień poch. z rana śnieg, bez wiat.
  • 27 sob. dzień p. wyjazd. na robotę samoch.
  • 28 nied. dzień poch. odwilż, niedz. wolne
  • 29 pon. 1 dzień pracy w fabryce Elsterwald
  • 30 wt. 2 dzień pracy w fabryce, mróz sł.
  • 31 śr. 3 dzień pracy w fabryce, mróz sł.

​Luty 1940

  • 1. czw. 4 dzień pracy w fabryce mr. z wiatrem
  • 2 piąt. 5 dzień pracy św. Mat. Bosk. Gr. 
  • 3 sob. chory na oko poch. wiatr
  • 4 niedz. poch. wiatr
  • 5 pon. 1/2 dnia pracy, u lekarza
  • 6 wt. 1 dzień 10 godz. pracy, ostatki
  • 7 środ. 1 dzień 10 godz. popielec
  • 8 czw. 1 dzień 10 godz. mróz
  • 9 piąt. 1 dzień 10 godz. mróz
  • 10 sob. 1 dzień 10 godz. mróz śnieg
  • 11 niedz. mróz
  • 12 pon. 1 dzień pr. mróz
  • 13 wt. 1/2 dnia pr. u lekarza z okiem
  • 14 śr. 1 dzień pr. mróz
  • 15 czw. 1 dzień pr. mróz, paczka
  • 16 piąt. 1 dzień pr. poch. mróz
  • 17 sob. 1 dzień pr. poch. mróz
  • 18 niedz. słońce mróz
  • 19 pon. 1 dzień pr. mróz poch.
  • 20 wt. 1 dzień pr. mróz sł.
  • 21 śr. 1 dzień pracy leki mrozik
  • 22 czw. 1 dzień pracy dzień sł. ciepły
  • 23 piąt. 1 dzień pracy dzień sł. piękny
  • 24 sob. 1 dzień pracy dzień sł. piękny
  • 25 niedz. dzień sł. piękny
  • 26 pon. wyjazd mil. odwszawia.
  • 27 wt. 1 dzień pr. słoń. ciepł. paczka od ciotki
  • 28 śr. 1 dzień pr. sł. ciepł. bez mro.
  • 29 czw. 1 dzień pr. sł. ciepł.

I tak było zapisywane aż prawie do końca pażdziernika 1941 roku.

Dodatkowo Franciszek Kruszka w swoim pamiętniku zapisywał  daty wysyłania i odbierania listów i paczek.

Wysyłanie listów moich.

  • 12.V.40 pocztówka do domu
  • 2.VI.40 list do domu pocz. do miasta
  • 9.VI.40 poczt. do domu
  • 7.VII.40 pocz. do domu i pocz. do Jasi
  • 21.VII.40 list do domu

Odbiór listów z domu

  • 4.V.40 list z Dziarnowa
  • 8.V.40 paczka z domu
  • 15.V.40 pocz. z miasta
  • 24.V.40 paczka z domu
  • 25.V.40 paczka z miasta
  • 28.V.40 paczka od Kazi
  • 11.6.40 list od Jasi
  • 17.VII.40 pocz. z domu
  • 24.VII.40 pocz. z domu
  • 24.VII.40 paczka z domu

3. Wspomnienia Tadeusza Każmierczaka - 1987 rok.

Tadeusz Każmierczak urodził się 3 czerwca 1909 roku w Jaksicach, gdzie ukończył 6 klas szkoły podstawowej. Do służby wojskowej został powołany 15 lutego 1930 roku, najpierw do Pułku Artylerii Lekkiej w Toruniu, a potem został przeniesiony do 4 PAL-u w Inowrocławiu. Zwolniony do cywila

30 czerwca 1936 roku w stopniu plutonowego. 20 września 1936 roku ożenił się z Marianną Bochat. Od roku 1932 do 1939 pracował najpierw dorywczo

w cukrowniach w Tucznie i Mątwach. Potem zatrudniony został na stałe

w Odcinku Drogowym PKP obsługującym kolejkę fabryczną w Mątwach.

Uczestniczył w kampani wrześniowej 1939 roku. Pod Sochaczewem dostał się do niewoli, z której wrócił dopiero w 1944 roku. Po wojnie do czasu przejścia na emeryturę pracował jako kolejarz w inowrocławskiej parowozowni

i w wagonowni w Rąbinku. Należał do drużyny pociągu ratunkowego.

Poza tym grał w orkiestrze kolejowej, obsługującej wszystkie uroczystości

w mieście.

Zmarł 3 lutego 1989 roku.

 

"Pierwszy dzień września był zwykłym, normalnym dniem. Pięcioosobowa ekipa kolejki fabrycznej cukrowni w Mątwach wyjechała w kierunku Trzask w celu naprawy zwrotnicy.

O 11-tej nadeszła wiadomość, że trzeba natychmiast wrócić do domu - mobilizacja. Wyły syreny. Po południu pojechałem do koszar

4 PAL-u. Żona udała się za mną pieszo, aby zabrać potem rower.

Zmobilizowana grupa została umundurowana w Marulewach.

Tam też nastąpiło pożegnanie z żonami i rodzinami.

Nazajutrz (2.09.1939) uformowany pułk artylerii lekkiej wyruszył przez Toruń, Brodnicę, Ostródę w rejon Ełku. Tam była już wojna (4.09.1939). Po obu stronach dużo rannych i zabitych - Polaków

i Niemców. Następnego dnia (5.09.1939), polska artyleria silnym ostrzałem spowodowała wycofanie Niemców o kilkanaście kilometrów. Jako zwiadowca obserwowałem przez lornetkę ruchy wroga. Punk obserwacyjny znajdował się blisko rzeczki,

a w odległości 150 m był zaminowany mostek. Czekano na Niemców, którzy byli ukryci w odległym o 1 km lesie. Silny szum zbliżających się czołgów nagle ucichł. Nastała noc. Rano (6.09.1939) zaczęły wysoko krążyć wrogie samoloty rozpoznawcze. Potem rozpoczęła się artyleryjska kanonada z obu stron i trwała cały dzień. Znowu dużo zabitych i rannych. Lecz Niemcy nie posunęli się nawet o kilometr.

Jednakże w nocy, wycofano się do małej wioski (ok. 4km), bo otrzymano rozkaz, by za dnia trwać na stanowiskach bojowych,

a nocą wycofywać się. Przed południem kolejnego dnia (7.09.1939) wznowiony został ostrzał. Niemieckie pociski rozrywały się w pobliżu polskich stanowisk. Ja i kilku żołnierzy, chroniąc się wskoczyliśmy do pobliskiego stawu. Po południu strzelanina ustała. Jedynie samoloty wroga, latając na dużej wysokości, rozpoznawały teren

i bombardowały polskie stanowiska bojowe. Następnego dnia (8.09.1939) Niemcy całkowicie wykryli polskie stanowiska i cała bateria ze zwiadowcami musiała opuścić lasek. Rażeni ogniem ciężkiej artylerii (155 mm) Polacy - rozproszyli się. Niemcy strzelali seriami, raz 100 m przed, a raz 300 m za stojącym w miejscu polskim oddziałem. Zbliżał się wieczór i nastąpiła cisza. Zwiadowcy ruszyli konno na nowy punkt obserwacyjny, a bateria na nowe stanowiska. Minęli wioskę z kościółkiem. Pod nogi konia padł duży granat, ale szczęście od Boga, że się nie rozerwał. Inaczej nie byłoby ani śladu po zwiadowcy i jego koniu. Kolejnego ranka (9.09.1939) samoloty zwiadowcze wroga były już nad nowym miejscem postoju Polaków. Odezwały się armaty i czołgi. Ostrzał trwał do godzin popołudniowych. I znowu cisza. Tylko od czasu do czasu odzywały się karabiny maszynowe. Obsługa baterii schwyciła ubranego po cywilnemu szpiega z aparatem telefonicznym. Dowódca zdecydował, aby go zastrzelić, lecz nikt na ochotnika nie chciał tego dokonać. Odprowadzono więc Niemca pod dozór kucharzy. Niestety, ale po trzech dniach szpieg uciekł. Po przenocowaniu w jakieś wiosce spodziewano się (13.09.1939) kolejnego uderzenia Niemców. Dowodzący polską baterią wysłał mnie do głównego dowództwa

w sprawie uzyskania pomocy ciężkiej artylerii i samolotów.

Wraz z żołnierzem wyposażonym w karabin, mijaliśmy po drodze palące się gospodarstwa i stogi, a potem skierowaliśmy do widocznego z dala płonącego dużego gospodarstwa przy kościele. Okazało się, że płonęła obora i plebania, a niej miało być dowództwo. Nie zastaliśmy na miejscu żadnej żywej duszy. Znienacka nadleciał samolot, zauważył nas i uwiązane przy płocie konie.

Krążąc rozpoczął ostrzeliwanie. Spłoszone konie uciekły z kawałkiem urwanego płotu. Ja z towarzyszącym mi żołnierzem ukryliśmy się za olbrzymim dębem stojącym obok plebanii. Samolot dokonał chyba

30 okrążeń i odleciał. Nie załatwiwszy niczego, podeszliśmy do stojących około

50 m dalej koni i ruszyliśmy do swojej baterii. Nad ranem (14.09.1939), niewyspani i głodni dotarliśmy do gospodarstwa,

przy którym była pasieka. Kołkiem rozbiliśmy ul i po zabraniu

10 ramek z plastrami miodu, ukryliśmy się w jakieś dziurze, aby zdrowo się pożywić. Po dotarciu do swojej baterii i już razem z nią przeprawiliśmy się przez jakąś rzeczkę i przed nocą znależliśmy się w małej wiosce. Kwaterowały już tam inne grupy Polaków.

Nad ranem (15.09.1939) wyruszyliśmy polną drogą, około 6 km do skraju lasu, zajmując nowe stanowiska. Było to blisko Sochaczewa. Tutaj wkoło było pełno Niemców. Niebawem nadleciał myśliwski samolot, zatoczył koło, a po 10 minutach nadleciała cała eskadra

10 myśliwców. Obniżyła się na wysokość około 500 m i krążąc otworzyła ogień pociskami zapalającymi. Jeden z nich upadł pod nogi mojego konia. Zeskoczyłem z niego. Na drodze był mostek i suchy rów, a w nim dwie rury o średnicy około 80 cm. Doskonałe schronienie. W rurę z jednej strony wcisnąłem się ja, a z drugiej strony inny kolega. Natomiast koń klęknął i wcisnął łeb w wylot drugiej rury. Atakujące samoloty dokonały straszliwej masakry. Krzyk, płacz, wołanie matki, brata, siostry...Ostrzał trwał tak długo, aż wszystko umilkło. Cudem ocaleni wyszliśmy z kolegą z rury. Opatrzność Boża sprawiła, że pozostaliśmy żywi. Ujrzeliśmy straszności - ziemia spopielona, cała masa trupów, konie pozabijane, powywracane wozy, armaty i jaszcze. Ogółem pozostało przy życiu

11 - podporucznik, chorąży, ośmiu żołnierzy i ja. To wszyscy z całej baterii. Smutny koniec.

Drodzy koledzy, bracia - powiedział do nas porucznik - z nami koniec, rozchodzimy się po dwóch, trzech.

Do Warszawy było jeszcze dość daleko. Ja, wraz ze swoim konikiem

i jednym z kolegów udaliśmy się w kierunku dostrzeżonego przez lornetkę małego gospodarstwa. Przed dom wyszła gospodyni

z trojgiem dzieci. Pozostawiliśmy bez żalu konia (może się pani przydać po wojnie) i udaliśmy się w kierunku stolicy. Naraz pokazało się trzech Niemcow. Zabrali nam karabin i lornetkę i wskazali kierunek naszego dalszego marszu. Okazało się, że zostaliśmy skierowani na rozległą nizinę, na której Niemcy zdążyli zebrać już prawie 20 tysięcy polskich niedobitków. W tłumie nawoływano: Bydgoszcz!... Inowrocław!...Toruń!...W ten sposób z Inowrocławia

i powiatu odnalazło się około 200 osób. Poczuli się jak w rodzinie,

jak bracia. Dzielili się wszystkim co mieli w chlebakach. Przez 3 dni od Niemców nie dostaliśmy nic do zjedzenia. Zbliżał się głód.

Ja znalazłem w grupie znajomych: Kotwickiego i Niezborałę

z Rąbina, pięciu z miasta, dwóch z Jaksic, jednego z Dziarnowa, jednego ze Słońska, dwóch z Mogilna i jeszcze kilku innych.

Dziś już wielu nie żyje.

Niemcy uformowali jeńców w duże kompanie. Było to między Łowiczem, a Sochaczewem. Zaczęli pędzić nas w kierunku zachodnim. Moja grupa liczyła około 1000 jeńców - wygłodzonych

i padających z wycieńczenia. Kto z grupy wyskoczył w pole po liście od buraków był natychmiast zastrzelony. Po dłuższym marszu wielu padło. Pozostałych załadowano na ciężarówki i wywieziono do miasta Wolsztyn. Był to pierwszy ciężki lagier (obóz) zorganizowany w Polsce. Duży plac, wysoki płot i brama, w środku jakieś budy

i z boku stary dom. Mówiono, że to była bożnica. Z boku, przy płocie głęboki rów, a nad nim długi drąg. Każdy kto tam siadał, a zasłabł - spadał do rowu i było po nim. Drugiego dnia jeden z towarzyszy niedoli został przywiązany do drzewa. Nie wiadomo co zawinił.

Dzień był upalny, zasłabł a głowa mu zwisła. Na piersiach miał duży papier z okropnym napisem. Wyżywienie - raz dziennie, to jakaś zupa-woda, czy czasem pasza bez chleba i ziemniaków. Zupę nalewano na dekiel (pokrywkę) od menażki. Czasem udało się przynieść ze śmietnika trochę starych, zgniłych strużyn. Na cegiełkach trochę się ugotowało - z głodu było dobre. Niestety wielu miało biegunkę, a siadać na drągu było strach. Jednego razu któryś

z jeńców za bardzo kręcił się przy kuchni - został uderzony drągiem

i natychmiast zmarł. Innego dnia komendant lagru dał się uprosić, aby została odprawiona cicha msza święta. Smutny obraz. Wszyscy klęczeli ze łzami w oczach i śpiewali "Pod Twoją obronę Ojcze na niebie" oraz "Zdrowaś Maryjo Boga Rodzico". Za dwa dni Niemcy sprawili jeńcom wątpliwą przyjemność. Każdy dostał śledzia, prosto z beczki z grubą solą. Wewnątrz paliło nie do wytrzymania. Obok był stawek, lecz była w nim zielona woda, pełno kamieni, gałęzi i blach. Po prostu gnojówka. Spragnieni wypili wszystko. Ja zauważyłem

z płotem kobietę, która w zamian za mój zegarek podała mi kubek zimnej wody. Po dalszych dwóch, trzech dniach niemieccy wachmani urządzili sobie z jeńców pośmiewisko. Stanęli z aparatami obok skrzyni (półtora metra w kwadracie). Na dno wsypali trochę sucharów. Zgłodniali rzucili się do niej, depcząc się wzajemnie

i wydzierając zdobyte kawałki sucharów. Czasami wysyłano po

4 do 6 jeńców na roboty poza teren obozu. Gdy powracali przynisili sobie po buraku - to na bramie im odbierano. W ciągu około trzech miesięcy pobytu w Wolszynie nie było widoków na lepsze traktowanie jeńców. Po wojnie dowiedziałem się, że w wielu przypadkach inni jeńcy z innych obozów zostali zwolnieni po dwóch, trzech miesiącach. Uwięzionych w Wolsztynie czekał inny los. Bicie, głód, często ktoś ginął. Codziennie strach. Jednego dnia pod wieczór wypędzono jeńców, ustawiono w dwie kompanie i pod eskortą poprowadzono na stację kolejową do rampy. Stały tam dwa wagony. Niemcy zrobili szpaler i bijąc jeńców pędzili do wagonów. Po paru sekundach wagony były pełne, a przed nimi jeszcze sporo stojących jeńców. Biciem i krzykiem zmusili oprawcy do wepchnięcia na siłę innym na plecy i na głowy. Drzwi zatrzaśnięto. W wagonie ludzie jak śledzie, mocno zastraszeni. Wieczorem transport ruszył. Po dwóch dniach i nocy pociąg się zatrzymał. Być może był to Berlin.

Po krótkim postoju, jeszcze noc i prawie cały dzień jazdy i transport dotarł na nowe miejsce. Zobaczyliśmy długie namioty z celtu. Było zimno, bo sople lodu zwisały z namiotów. Wewnątrz namiotów ziemia i cieńko trochę słomy. Zmęczeni, słabi i głodni połączyliśmy się po dwóch - jeden płaszcz na ziemi, drugi do przykrycia. Spaliśmy do rana. Nikt nie wiedział gdzie się znajdują. W pobliżu żadnego domu, szczere pole i tylko namioty i wachmani. Pożniej było wiadomo, że to miejscowość Amtic. Po kilku tygodniach znowu wywózka dalej na północ. W dużej wiosce - majątek. Na jeńców czekała duża, pusta świniarnia. Wygłodzeni i zmęczeni zasneliśmy twardo, nie czując, że skaczą po nas szczury. Było jednak nieco cieplej niż w namiotach. Rano trochę jedzenia i nowa niespodzianka.

W odległości około 50 metrów była spora buda, w środku filar (średnicy ze 25 cm) i cementowa podłoga. Kazano się rozebrać nam do naga, bo będzie odwszawianie i wpędzono do środka budy. Wężem o średnicy 10 cm puszczono na nas lodowatą wodę. Prąd wody był tak silny, że gdy uderzył w człowieka, to ten padał na cement i tylko nogami się nakrył. Co za strach i krzyk. Wodę lali tak długo, aż wszyscy leżeli na podłodze. Nie wiadomo co będzie dalej. Po ubraniu się, wróciliśmy do świniarni. Po południu jakaś zupka

i leżenie. Po kilkunastu dniach ponowny wyjazd - około 100 km na północ, w pobliże miejscowości Kiel. Też wioska, ale majątek większy. Spanie w dużym budynku, tylko że znowu masa robactwa. Jedzenia było nieco więcej i zaczęto prowadzać jeńców do pracy

w polu. Zarządca majątku był niedobrym człowiekiem. Spoglądał na nas spode łba. Po trzech miesiącach znowu zmiana miejsca. Dwa dni przed wyjazdem kilku jeńców wzięto do kopania w ogrodzie.

Ja miałem umyć w stawie brudny wóz. Tam był taki zwyczaj, że po brudnej robocie wóz musiał być wymyty. Pod wieczór żona gospodarza przyniosła kawałek placka. Niemcy mówili na niego - kuch. Podając go, zapytała czy jeńcy go znają. Ja, jedząc go powoli odpowiedziałem, że oczywiście znam, lecz nie jest on taki dobry jak w Polsce, bo brak w nim cukru, masła i jaj. Gospodyni spuściła nos na kwintę i odeszła. Jeńców przetransportowano znowu na północ, bliżej Danii, chyba 40 km od granicy z Niemcami. W nowym miejscu był przygotowany straszny lagier. Niewolników była tam cała masa. Duży budynek stał w parku, na drzewach dużo ptactwa, a cywilów nie było widać. W środku budynku jakieś niby pozbijane łóżka, czy koryta, trochę słomy i znowu robactwo i strach. Codziennie trzeba było trzepać swoje stare płaszcze, mocno podniszczone i podarte. Podczas trzepania płaszczy bito nas. Sam lagier miał wygląd strachu. Wkoło płot z kolczastym drutem. Za nim chodzili wachmani. Ciągły strach i głód. Już prawie 2 lata. Kiedy to się skończy? Jedni pocieszali się, że już niedługo, inni wątpili.

Mój znajomy z Jaksic - Aleksander Talkowski, mówił tak: :"Ta sowa, co nam co wieczór kuka - to ona nam wywróży, że będziemy sobie doły kopać".

Na to ja mu odpowiedziałem: "Aleks, zmów sobie paciorek i wierz mi, że wrócimy i będziemy się jeszcze cieszyć. Zobaczysz, wspomnisz moje słowa, jak spotkamy się w Jaksicach".

Pewnego razu komendant lagru zapytał mnie, czy jestem polskim podoficerem (po niemiecku - unterfeldwebel). Przestraszyłem się

i pomyślałem sobie, że mnie zabiją. Odpowiedziałem jednak zgodnie z prawdą, że tak. Niemiec popatrzył, zasalutował i odszedł, a ja odetchnąłem. Odtąd, gdy wszystkich wypędzali z lagru do pracy, ja pozostawałem w obozie. Nadal było jednak mało jedzenia i głód. Wszyscy stawali się coraz słabsi. A praca poza obozem była

w bukowym lesie.

Pewnego razu przechodzący za drutami wachman powiedział do mnie: "Kolego. Jak odejdę dalej, to zabierz ten chleb, który przyniosłem i położyłem pod słupkiem". Były to trzy parki chleba

z masłem i serem szawajcarskim. Połowę zjadłem, a resztą podzieliłem się z kolegami. Powtarzało się to przez kilka dni. Można było nieco przyjść do siebie. Bogu dzięki!

W pobliżu lagru stał piekny pałac pewnego grafa. Miał on 15-to letnią córkę. Co wieczór wychodziła w białej sukni z pięknym akordeonem marki "Hohner" (najlepsza marka niemieckich akordeonów) i pieknie grała ładne melodie, niektóre mi znane. Sprawiało to słuchającemu radość, a głos rozchodził się w tym parku jak w lesie.

Po kilku tygodniach Niemcy zaczęli wyprowadzać jeńców po dwóch, trzech, a nieraz czterech do pracy u gospodarzy. Chodzili dość dalego, nawet do 2 km. Nieraz wachmani pozostawiali pracujących jeńców bez opieki, kontrolując tylko od czasu do czasu. Ja dostałem się do pracy do starszych ludzi, którzy mieli jednego syna w domu. Gospodarz o imieniu August, był zasłużonym inwalidą z czasów

I wojny światowej, odznaczony krzyżami i chodził o dwóch kulach. Mógł mieć około 70 lat, na ogół zachowywał się dość głośno. Natomiast jego żona była spokojną, starszą kobietą. Około 30-letni syn gospodarzy był nieco leniwy do roboty. Razem ze mną

u gospodarza pracował mój kolega Stanisław z Bydgoszczy.

On pracował przy koniach, a ja w podwórzu razem z synem gospodarzy - Willim. Nieraz trzeba było leniwego Willego popędzać do roboty.

Wioska, w której pracowaliśmy nazywała się Tuttendorf i leżała

w pobliżu miejscowości Kiel, w rejonie Schleswig-Holstein, opodal granicy z Danią. Po pół roku Willi poszedł do wojska. Zostaliśmy sami do pracy. Kolega Stanisław miał dwie lewe ręce do roboty, ale mnie słuchał. Pracowaliśmy uczciwie.

Od syna gospodarzy nie było żadnej wiadomości. Dopiero po roku nadeszła kartka (lagerkarta). Przyniósł ją listonosz. Gospodarz (bauer) po przeczytaniu kartki zaczął głośno do mnie wołać:

"Nasz Willi żyje. Tadek nasz syn żyje". Gospodarz z radości ściskał mnie, a gosodyni płakała. Pełno było w kuchni radosnego krzyku

i płaczu. Ja musiałem podzielać tą wielką ich radość. Bauer z radości poczęstował mnie koniakiem i cygarem. Willi zawiadomił, że jest

w niewoli amerykańskiej. Ma się dobrze, nie pracuje, jedzenie jest dobre i nawet uprawiają sport. W domu gospodarza zapanowała powszechna radość. Gospodarz położył cały kartonik z cygarami na szafce i powiedział do mnie: " Tadek. Kiedy będziesz chciał, to przyjdż i zapal sobie". Gospodarza dość często odwiedzali niemieccy oficerowie. Pochwalił się przed nimi, że ma dwóch niewolników, polskich podoficerów, że bardzo dobrze pracują, że są spokojni

i dobrzy, że znają język niemiecki i można się z nimi porozumieć.

Od tego czasu, kiedykolwiek przybywali ci oficerowie, to zawsze zapukali do naszego pokoiku, powitali i zostawiali nam dobre papierosy lub cygara. Gospodyni często wysyłała mnie rowerem po zakupy do małego miasteczka, może wielkości Pakości. Każdorazowo ubierałem czystą koszulę i porządnie byłem wygolony. W sklepie poprawną niemczyzną powitałem sprzedających i załatwiałem zakupy. Właściciel sklepu przyjrzał mi się bacznie i poprosił do pokoiku na zapleczu sklepu. Jego żona podała dobrą kawę i ciasto. Rozpoczęła się rozmowa. Sklepowi podziwiali moją poprawną niemiecką mowę. Wypytywali skąd jestem i co tutaj robię. Pokoik na zapleczu był ładny. Na boku stał fortepian i pulpit na nuty. Na szafce stał błyszczący akordeon firmy "Hohner". Zapytałem Niemca, czy gra. Wtedy on chwycił akordeon i zagrał kilka utworów. Instrument brzmiał jak organy. Podziękowałem Niemcowi za grę i pojechałem

z zakupionym towarem do gospodarza.  Innego razu miałem opryskiwanie drzew w sadzie. Zadanie wykonałem solidnie. Zadowolony gospodarz powiedział mi: "Tadek. Pojedziesz do wsi do mojego brata Johana i u niego też opryskasz drzewa". Przewiozłem więc aparat do oprysku na gumowych kółkach i opryskałem drzewa. Brat gospodarza, trochę od niego młodszy, poczęstował mnie kawą

i ciastem. Potoczyła się rozmowa na temat pracy leśników w Polsce. Niemcy sądzili, że drzewa ścina się w Polsce metr od ziemi.

Brat gospodarza, stolarz z zawodu dowiedział się, że to nieprawda. Ponadto miałem możliwość zmienić błędne opinie o Polakach. Powiedziałem, że Polacy rozmówią się z Niemcami i Ruskimi, że każdą robotę dobrze zrobią, ubrania pocerują, buty naprawią i włosy podstrzygą. Umieją też grać na skrzypcach i harmonii. Gospodarz

w Tuttendorfie przekonał się, że jest tylko gospodarzem i nic więcej nie potrafi robić, że Polacy są mądrzejsi od nich i umieją robić wszystko.

Jednego razu kolega Stach zawiózł na pole 4 worki sztucznego nawozu, a ja miałem go ręcznie rozsiać. Gozpodarz liczył, że potrwa to do wieczora. Zdziwił się bardzo kiedy zobaczył mnie na podwórzu już o godzinie 10. Starczyło jeszcze czasu, by jeszcze w tym dniu posiać buraki. Kiedy podrosły, obaj poszliśmy je ogracować

i przerwać. Przekonani, że wojna niedługo się skończy i że będziemy je również wykopywać postaraliśmy się, aby stały rzadko, co pól metra jeden od drugiego. Trochę je więc obhakaliśmy, a potem maszyną spulchniającą, ciągnioną przez konie, mocno spulchniliśmy ziemię. Konie miały robotę uciągnąć maszynę, ale potem buraki urosły i każdy miał z pół metra średnicy (były to buraki pastewne, cukrowych tam nie uprawiali). Jak je gospodarz zobaczył, to powiedział, że jak długo jest gospodarzem, to jeszcze takich buraków nie widział. Kazał wybrać 20 sztuk i ustawić pod ścianą stodoły. Stały tam jak duże granaty. Chwalił się odwiedzającym go sąsiadom, że jest to dzieło Polaków.

Stary, kulawy bauer słabo chodził, lecz wyglądał dobrze. Na twarzy różowy, wąsy stały mu jak królikowi, a że syn odzywał się z niewoli, był szczęśliwy. Często go jednak ktoś odwiedzał. Pracujący u niego Polacy byli solidni, to również dopełniało zadowolenia i wesołości. Śmiał się i cieszył.

Pewnego dnia trwały prace na polu. Odhaczone konie jadły trawę. Zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniwą. Naraz usłyszeliśmy jakiś szum i warkot. To nadleciał angielski bombowiec i spuścił bombę w odległości pół kilometra od nas, aż się ziemia zatrzęsła. Spłoszone konie uciekły na podwórze i nic im się nie stało. My wróciliśmy do gospodarstwa po niespełna godzinie. stary gospodarz zapytał nas:

"Co to było?". Po trzech dniach bombowiec leciał wprost na dom gospodarza. Wtedy ja i Stachu wypadliśmy z domu, przeskoczyli przez metrowy płot z kolczastym drutem i padliśmy na łące. Za nami wybiegła gospodyni, ale nie mogąc przeskoczyć przez płot, zawisła na nim nogami do góry i głową w dół. Stary gospodarz stał pod drzewem i niewiadomo dlaczego śmiał się. Samolot upuścił bombę

w odległości 200 m od domu i odleciał.

Kiedyś Stachu kazał mi kupić 1/2 kg drożdży, bo chciał nagotować bimbru. Na strychu przygotował zacier, a wieczorem zaczął gotować. A że zrobił za mocny ogień, to wszystko zamiast się gotować, zaczęło się palić. Pełno dymu i nic z tego nie wyszło. Spalony zacier wrzucił więc do stawu. Dużo ryb zostało zatrutych. Musiał więc je pozbierać

i zakopać. Mnie ta sprawa nie interesowała. Nie chciałem z nią mieć nic wspólnego. Miesiąc póżniej stary bauer wysłał mnie do swego zięcia, który był fotografem, po sieć rybacką. Zostałem tam dobrze przyjęty i poczęstowany dobrym obiadem, a potem kawą oraz ciastem i powróciłem z siecią do domu. Nazajutrz łowienie ryb. Niestety nie było ich wiele, ale gospodarz był zadowolony. Wynagrodził nas obiadem, cygarami i piwem. 

W sąsiedztwie była druga wioska z "Urzędem", któremu podlegało kilka wiosek i wszyscy gospodarze. Byli tam zarejestrowani też wszyscy polscy niewolnicy. Pracujący tam urzędnik - Franz Sas był kolegą naszego gospodarza Augusta. Często bywał u niego w odwiedzinach. Przy okazji poznał pracujących Polaków i polubił ich. Poprosiłem więc Franza Sasa o przysługę. A mianowicie w drugiej wiosce był mój kuzyn - Michał Kaszak i chciałbym aby mógł mnie odwiedzić. Urzędnik wypisał kuzynowi przepustkę zezwalającą na odwiedziny. Natomiast koło Flenzburga był brat mojej żony. Przy innej okazji urzędnik wypisał nawet 4 przepustki dla moich kolegów.

W którąś niedzielę pojechali pociągiem (30 km) i odwiedzili Staszka Bochata. Było miłe spotkanie i radość za sprawą przychylnego pana Franza Sasa. Bogu dzięki, że ten Niemiec był tak życzliwie nastawiony dla mnie.

Był miesiąc lipiec, kiedy dotarła do mnie kartka pocztowa od żony. Gospodarz zauważył, że kiedy ją czytałem, byłem bardzo smutny. Zapytał więc mnie o przyczynę mego smutku. Powiedziałem mu, że zmarła moja matka. Po godzinie stary bauer zapytał mnie, czy chciałbym pojechać na pogrzeb. Oczywiście odpowiedziałem, że chciałbym. Dobra opinia o mojej pracy, jak też i dobre układy mojego gospodarza z Franzem Sasem, umożliwiły mi załatwienie w niemieckich urzędach uropu i przepustki na pogrzeb matki. Na drugi już dzień jechałem do Polski, do żony i mojej małej córeczki-Aneczki.

Wsiadłem do pociągu pospiesznego przez Kiel, Hamburg do Berlina. Tutaj przesiadka. Po krótkim oczekiwaniu następny pociąg do Poznania, a potem do Inowrocławia. W czasie podróży była ciekawa

i miła przygoda. W pociągu jechało sporo niemieckich wojskowych na wschód. Byli też cywile. Zaopatrzyłem się w niemiecką gazetę

i pragnąłem by nikt się do mnie nie odezwał. Byłem przecież Polakiem-niewolnikiem i mógłbym podpaść. Starałem się być bardzo ostrożnym. A jednak przed Poznaniem zainteresowała się mną pewna pani i zapytała kim jestem i dokąd jadę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że jestem Polakiem-niewolnikiem i jadę na pogrzeb matki. Po chwili zapytała czy jestem żonaty i czy mam dzieci. Odpowiedziałem: "Owszem, mam żonę Marię i córkę Aneczkę". Spytała się co dla nich wiozę. Odpowiedziałem, że nic. Po chwili życzliwa pani porozmawiała chwilę z pasażerami z przedziału, wzięła prawie pustą moją walizkę i nakładła w nią sporo różnych ciastek, cukierków czekoladowych i kilka czekolad. Jabłka i inne ciasta dopełniły moją walizę. W Inowrocławiu wszystkim grzecznie podziękowałem za życzliwość i serdeczność. Powiedziałem do widzenia i wysiadłem z pociągu. Wieczorem byłem już w Rąbinie. Naprzeciwko gospodarstwa Burzyńskiego spotkałem babcię, która prowadziła za rączkę Aneczkę. Przywitałem się, ale córeczka moja bardzo mnie się bała. Po wejściu do domu nastąpiło radosne powitanie z żoną i córeczką (już się mnie nie bała). Nastała wielka radość, jak nigdy wcześniej w życiu. Cieszyłem się rodziną, domem i Polską. Za wszystko niech będą Bogu dzięki!".

V Ciąg dalszy poniżej V